Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.


Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.

środa, 22 października 2014

Skarżypyta

To może najpierw kawał.

- Kowalski, powiedziano mi, że złożyliście donos.
- Nie do nos, tylko no wos, panie dyrektorze.

Żarty żartami, lecz donosicielstwo jednoznacznie źle się nam kojarzy.
Najpierw szpicle zaborców, potem konfidenci Gestapo, wreszcie agenci bezpieki.
Wszystko zdaje się jasne.

Podczas wspólnego szykowania obiadokolacji - od słowa do słowa - pogawędka zeszła nam na słynnego wrocławskiego profesora. Że ponoć (albo też wcale nie ponoć) był donosicielem esbecji.
I w tym momencie poprosiło mnie dziecię, bym odrzuciwszy racjonalizację postarała się wyartykułować pierwsze emocjonalne skojarzenie, jakie na myśl mi przyjdzie w związku z określeniem donosiciel.
Tu okazało się, jak nasze odczucia bardzo od siebie się różnią.
Mnie bowiem jednoznacznie kojarzy się z kimś, kto dla własnych korzyści wrogim organom na współbliźnich donosi.
Dziecię zaś moje - w innych żyjące realiach - do szkolnych li tylko spraw je odnosi.
Tak więc szkolnym donosicielem (a kiedyś skarżypytą) zwano tego, kto sygnalizował wyrządzone zło.
Pół biedy, jeśli chodziło o kogoś innego, gorzej, gdy na własną skarżył się krzywdę.
A przecież taki krzywdziciel w oczy się śmiał rówieśnikom, bezkarnym się czując w obliczu niepisanego prawa. Czyli zakazu informowania wychowawców o popełnionym złu.
Że niby młodzi między sobą załatwiać takie porachunki winni.
Za pomocą rękoczynów bądź też ostracyzm koleżeński stosując względem kogoś, kto słabszych krzywdzi.

- Jedzie mi tu tramwaj - pozwólcie, że spytam.

Jak zatem należałoby te sprawy regulować, skoro sami nauczyciele nie bardzo umieją z tym sobie radzić. Ambiwalentny stosunek do informatorów mając. Z powodu złych konotacji, zapewne...
Pozornie sprawa jest prosta.
Owszem - w takich na ten przykład Stanach - na pewno jednak nie u nas.
Każdy powinien zgłaszać przypadki "czynu przestępczego".
Jakieś jednak odium donosicielstwa na informatorze mimo wszystko ciąży.
I nawet ten, kto z informacji korzysta, do osoby skarżącego z dystansem się odnosi. 
Jak należałoby podejść do sprawy w praktyce.
Jak chronić słabszych przed szkolną przemocą.
Tyle się ostatnio na ten temat mówi.
Jak radzą sobie nauczyciele.
Co myślą o tym obecni uczniowie - nasze dzieci, innymi słowy.
Jak na to się zapatrują uczniowie byli - wszak każdy z nas kiedyś był uczniem.

wtorek, 14 października 2014

Technologiczny bubel

Czyli nasz uwielbiany, wszechwładnie nam panujący ...smartfon.
Bo bubel z niego ponad wszelkie buble. Nie dziw, że dowcipnisie zwą go stupid-fonem.
Rzadko się zdarza, by choć z pół dnia w stanie użyteczności łaskawie zechciał wytrzymać.
A przecież mogłoby to dla życia być niebezpieczne.
Gdyby tak, nie daj Boże, w dół jakowyś wpaść, czy też lawiną dać się przysypać.
To byłaby klapa! 
Może powinniśmy chodzić z przenośnym akumulatorem?
Co niektórzy noszą zapasową baterię.
Póki co, w domu traktować go trzeba, jak stacjonarne urządzenie na kablu.

Powie mi ktoś - dawniej "komórek" nie było.
Nie da się jednak biegu postępu zatrzymać.
Raz zakosztowawszy jego dobrodziejstw, nie sposób już bez nich się obejść.

Sądzę, że już niedługo producenci zarzucą rynek udoskonalonymi modelami.
Które, ani chybi, do tanich należeć nie będą.
Niechby choć były skuteczne.

Tymczasem pędzę reanimować swojego trupa*. Który padł bynajmniej nie na placu boju, lecz po marnych dziesięciu godzinach czuwania. O tym, by w drodze muzyczki posłuchać, nawet i nie warto myśleć...
Otóż i niesławny skargi mej bohater
 ___________________
*Samsung Galaxy S Advance

wtorek, 30 września 2014

To już rok!

Jak ten czas leci; aż trudno mi się powstrzymać od tego truizmu.
Lecz co tam, to przecież pełny rok minął, odkąd jestem tu z Wami.
I tak, jak przed rokiem, za pięć dwunasta zbieram się do napisania posta.
Ten typ tak ma - wszystko musi na ostatnią chwilę.
I znów mamy jesień. A tak niedawno przeżywałam naszą pierwszą wspólną.
Niemal pamiętam te sformułowania. Nastrój schyłku. Radość spotkania.
W tym właśnie czasie poznałam większość z Was.
Jakże inaczej Was postrzegałam.
Rezerwa, dystans. Obawa, czy zdołam sprostać.
Została już tylko obawa. Mała po prawdzie, lecz ta zawsze musi zostać.
Słowo wszak rzetelnie trzeba ważyć.
Tak trudno mi było czasem.  
Bo jestem człowiekiem osobnym.
Ja, wieczny outsider...
Kto czytał Sto lat samotności, ten wie.

Jakże inaczej postrzegam tych, których znam już rok.
Niektórzy zjednali mnie do siebie mimo pierwszych animozji.
Ileż ten rok w moje życie wniósł radości, ile samowiedzy...
Dziękuję Wam, że byliście. Dziękuję, że będziecie.
Bądźcie!
Wdzięczna jestem za komentarze, za wszystkie ciepłe, wspierające słowa.

Trochę rocznicowej statystyki:

95 opublikowanych postów
2769 komentarzy
47 obserwatorów
35479 wyświetleń

To wspaniały "plon" - nie byłoby tego bez Was.

czwartek, 18 września 2014

Małe przyjemności

Kawa. Ileż to razy słyszy się, bądź czyta, że ktoś na kawę prosi.
Już sama fraza pewien rytuał towarzyski zapowiada.
Ten niezrównany, w powietrzu  unoszący się aromat!
Mnie to już nawet sam dźwięk młynka towarzysko usposabia.
Wszystko to, razem wziąwszy, ogromną sprawia radość.
Taką, co dzień powszedni zamienia w małe święto.
Co zbliża nawet tych, którzy daleko.
Jest tylko jeden, ot, taki mały szkopuł.
Bo ja to wprost nie cierpię kawy.
Smak jej przyprawia mnie o mdłości, jak również na żołądek szkodzi.
No dobrze - zaraz mi ktoś powie - wszak równie dobrze możesz pić herbatę.
Zgadza się, choć to już całkiem inny jest rytuał.
Herbatę piję zresztą tylko na swój sposób.
Lubię przyjść z własnym kubkiem do sąsiadów. I każdy pije sobie to, co lubi.
Taka mieszanka niezależności i przynależności.
Radość integracji i poszanowanie dla osobności.
Mariaż konwencji z niekonwencjonalnością.

***
Pożarłszy cały dostępny zapas słodkości, udałam się na poszukiwanie resztek.
Coś przecież jednak mogło się uchować.
Z braku tych preferowanych*, niechby i nawet wzgardzony kawałek zwykłej, mlecznej czekolady.
Nic szczególnego, lecz dobre choć to.
Jest! - wpadła mi w ręce tabliczka napoczęta.
Choć kolor opakowania jakiś podejrzany...
O, niech mnie! Toć to tylko gorzka - na dobitkę Wawel.
Nic też dziwnego, że się uchowała.
(Kto chciałby wsuwać gorzką czekoladę!?)
Aż tak zdesperowana nie jestem przecież.
Lecz w końcu...może jednak...
Kosteczka - zamiast się "rozpływać" - zdawała mi się w ustach rosnąć.
Przy drugiej pomyślałam sobie: jak spaść, to z dobrego konia.
Jeśli utyć, to od smakołyku, nie zaś od paskudztwa.
I jak po rozum do głowy, do kosza poszłam ...wypluć.

_________________________________________________________
*Białe belgijskie czekoladki z nadzieniem nugatowym. Ostatnimi czasy (na moją zgubę!)
znów pojawiły się w Biedronce.

niedziela, 14 września 2014

Idzie rak nieborak, jak uszczypnie, będzie znak

Kiedy się człowiek dowiaduje o choróbsku, tym "wiadomym", dziwnie potrafi reagować.
Bo z jednej strony jest współczucie - to całkiem oczywiste - ludzkie, zrozumiałe.
Lecz gdzieś tam w głębi ducha ulga, że to nie nasze jednak jest choróbsko.
Czasami nawet takie wieści potrafią kogoś do radości życia sprowokować.
Sprawić, że doceni się to swoje, zdałoby się, podłe, życie.

Lecz jednak ze mną to nie tędy droga.
Bo ja to jestem z tych, co włos dzielą na czworo.
Jaki jest bowiem sens tych naszych planów i zabiegań, gdy w każdej chwili może człeka dopaść.
Ot, choćby - nie daj Boże - taki rak.
Ja to już nawet w takich razach objawów się zaczynam doszukiwać.
Bo jeśli zachorował bardzo bliski ktoś, to czemuż mnie miałoby oszczędzić.

Takie tam wyobraźni mej koszmarki.
Wszak już to przerabiałam.
Wiem, jak to jest. I jeszcze nie wiem.

Po co to wszystko, jeśli taki ma być koniec.
Powie ktoś - można leczyć. A i owszem - nawet trzeba.
Tylko jakie będzie miał życie ktoś, komu usunąć muszą cały język i połowę jamy gardła.
Potem znów naświetlania, chemia i niepewne życie.
Czy też, nieżycie raczej.
Bo jakież to (na litość Boską!) będzie życie.

Pewien przyjaciel nie po myśli mej zareagował.
Że niby wszyscy my do piachu kiedyś...
Lecz takie "kiedyś" wielką robi różnicę.
Ot, sobie człek metafizyczną myślą chciał zabłysnąć.
Tymczasem tylko plik testowy w przestrzeń rzucił.
A prawdę napisawszy, to nawet tylko plik binarny se zapodał.
Wstyd.
Choć może jednak wcale nie. Bo dobry z niego i ofiarny człowiek.
Co dziwne, bardzo jest zakorzeniony w życiu. Z tych, którzy każdą chwilę chcą smakować.
Dla mnie zaś każdy dzień udręką.

I jak to jest - bo nijak nie potrafię pojąć.
On, który ponad wszystko kocha życie, tak lekko mógłby przejść na drugą stronę.
A ja, choć mam je w nienawiści, tak bardzo się utraty boję...