Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.


Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.

niedziela, 10 stycznia 2021

O moim czytaniu i niektórych implikacjach

Powszechnie uważa się, że czytanie książek jest zajęciem szczytnym, a w hierarchii rozrywek stoi na miejscu poczesnym. O ile zgadzam się, iż płynie stąd naprawdę wiele dobra, to dostrzegam też pewne niebezpieczeństwo  takiego nieskrępowanego oddawania się lekturze. I nie chodzi mi tu o wartościowość tejże, tylko o sam fakt przebywania w tym fikcyjnym, mimo wszystko, świecie. Można tu wyróżnić takie gatunki, jak bajki i baśnie, literatura dziecięca i młodzieżowa (w tym podróżnicza), fabularyzowane powieści historyczne, sensacyjne, wielka literatura klasyczna, współczesna powieść obyczajowa, a nawet literatura faktu. Wszystko to w gruncie rzeczy jest tworzywem, które każdy z nas może w dowolny sposób wykorzystać.

Literatura w moim życiu zawsze grała rolę znaczącą. Może nawet za bardzo znaczącą. Rodzice od najmłodszych lat wpajali nam umiłowanie i szacunek dla słowa pisanego. Czytali nam i opowiadali najróżniejsze historie, potem kupowali książki, które czytaliśmy już samodzielnie. Domowe półki dosłownie uginały się od woluminów, do dyspozycji były zresztą świetnie wyposażone biblioteki miejskie oraz szkolne. Można by zatem rzec, czytanie po prostu mam we krwi. Długofalowe obcowanie ze słowem pisanym zawsze owocuje bogactwem wyobraźni, urozmaiconym słownictwem, intuicyjnym wyczuciem stylu, wrażliwością na błędy merytoryczne i formalne, gramatyczne i ortograficzne. Uczy obcowania z łaciną i greką.

Tymczasem nabrałam upodobania do ucieczek w świat nierzeczywisty. Byłam dziewczyną raczej nieśmiałą, niepewną siebie i wycofaną. Podczas gdy moi rówieśnicy bawili się na imprezach, jeździli na biwaki, słuchali modnych ówcześnie przebojów, ja żyłam w świecie literackim, czyli po prostu fikcyjnym, kompensując sobie niedostatki w sferze realiów. I tak mi zostało na długo. Potem musiałam nieźle się nagimnastykować, żeby ta moja czytelnicza skłonność nie kolidowała z obowiązkami osoby dorosłej. Będąc na studiach musiałam się zdyscyplinować - czytając wyłącznie literaturę naukową, a tę tak zwaną piękną tylko i wyłącznie podczas ferii i wakacji. Łatwo nie było ale dałam radę, nie miałam innego wyjścia. 

Odkąd pamiętam, marzyłam o pisaniu. Pragnęłam zostać sławną i bogatą, koń by się uśmiał, nie ma co! I teraz pewnie wielu z Was pomyśli, że jako "osoba lubiąca pisać" dawałam próbki talentu czy też  grafomanii, wyżywając się w pisaniu pamiętnika, wierszy albo opowiadań "do szuflady". Otóż nic z tych rzeczy; byłam, jak to się określa, "ponad to". Nie wyobrażałam sobie, bym na światło dzienne miała wytknąć jakieś nieporadne wypociny. Wszystko układałam sobie tylko w głowie, zaś pierwsze słowa w przestrzeni publicznej zamieściłam w 2011 roku. Ja już tak mam - albo piszę dobrze, albo wcale. 

Nie polecam takiego podejścia młodym adeptom pióra, mój przykład dowodzi tego aż nadto.

Czy kiedyś cokolwiek wydam? Niewykluczone, wciąż nad tym pracuję. Tyle, że po swojemu, niesystematycznie, czekając na wenę niczym na Godota.. Może ja za mało lubię ludzkość, żeby jej się produkować? A przecież pojedynczych ludzi kocham i szanuję. 

piątek, 8 stycznia 2021

Pod wieczór

 (Opowiadanie)

Sierpniowy dzień dobiegł wreszcie swego upalnego końca. Wracając z córką od rodziców zrobiła małą przerwę w podróży. Chciała tylko zatrzymać się w centrum miasta, żeby na hali targowej zrobić zakupy. Odkąd po śmierci męża została z dziećmi sama, często odwiedzała rodziców. Potrzebowała ich ciepłego wsparcia, z trudem wychodząc z depresji.
Owego dnia kupiła na hali dwa koszyczki brzoskwiń. Straganiarki spieszyły się do domów, zatem chętnie wyzbywały się towaru. Zadowolona z zakupu - wszak bez owoców nie wyobrażała sobie życia - cieszyła się na wspólną z dziećmi kolacyjkę.
Tymczasem córka przypomniała sobie, że powinna wydrukować parę stron dla swego promotora. Udała się do pobliskiego centrum kserowania, gdzie można było dokonywać wszelkich operacji edytorskich i finalnie nawet oprawić pracę. W oczekiwaniu na córkę kobieta usiadła na ławeczce, delektując się piękną pogodą. Zresztą nie tylko ona, ten miły wieczór przyciągnął rzesze spacerowiczów. Dzielnica uchodziła za jedną tych lepszych; ludzie ubrani byli dostatnio, sprawiali wrażenie spokojnych i niefrasobliwych. W pewnej chwili kobieta odniosła wrażenie pewnego dysonansu. Ulicą szła niewielka grupka, złożona z dwojga dorosłych - matki i ojca - oraz trojga dzieci w wieku szkolnym. To dziwne, jak bardzo tu "nie pasowali". W czym rzecz, pomyślała, czy to ich ubrania, znoszone i niemodne, czy raczej mowa ciała, znamionująca pokorę i podległość. Tak, jakby nagle wyłonili się z jakiejś innej bajki, w której rezydowali w ciągu dnia, teraz zaś odważyli się wychynąć na świat. Wszak ten  powinien należeć również i do nich. I widać było, że na swój, z lekka jeszcze nieśmiały, sposób prawda ta zaczyna im się krystalizować. I niewesołe kobietę ogarnęły myśli. Zważywszy jej ekonomiczną sytuację, równie dobrze i ona mogłaby się tak zdeklasować. Fakt, że sama wizualnie utrzymuje się na fali jest efektem podawania się z lekka na wyrost, zawsze troszkę na pokaz, albo nieco ponad stan. Niejeden zresztą bardzo miał jej to za złe. Co to w ogóle znaczy ponad stan? Skąd się w ogóle wzięło takie powiedzenie?
Gdyby kobieta wręcz zajadle nie walczyła o swój prestiż, mogłaby spaść na samo dno w hierarchii. Tak trudno jest utrzymać się na powierzchni, dając odpór zaniedbaniu i upokorzeniu. Czy bieda zawsze musi iść w parze z utratą godności własnej? Całą swoją wewnętrzną siłą pragnęła się tej podłej "prawdzie" przeciwstawić. Niełatwo owdowiałej matce utrzymać i wykształcić troje dzieci, samej przy tym urzymując standard. Jak cię widzą, tak cię piszą. Tak to sobie dywagowała, bowiem upodobanie do oddawania się myślom od zawsze miała we krwi. A może nie tędy droga i należałoby inną obrać?
Lecz zaraz z lekkim przekąsem pomyślała o tych, co najgłośniej trąbią o pokorze wobec biednych ludzi. Sami zarazem owej pokory nie posiadając, ugrać próbują na tej pozornej filantropii ile tylko się da. Nie, nie ma głupich, już ona z pewnością na tę ich "szlachetną" ideologię nabrać się nie pozwoli. Walczyć będzie ile sił, by utrzymać się na powierzchni, a jeśli nawet miałaby utonąć, to chociaż wizerunek po niej pozostanie. Zresztą, z pomocą kochanych rodziców na pewno wszystko się uda.
Tymczasem obserwowana przez nią rodzina powoli wtapiała się w wieczorny tłum, odchodząc do swojego świata, gdzieś na obrzeżach cywilizacji.
W nagłym przebłysku pojęła, jak powinna teraz postąpić, co jest w jej mocy zrobić.
Ruszyła biegiem w pogoń za rodziną. Chociaż na finiszu prawie się zawstydziła. Z czym do gościa?
Z koszyczkiem brzoskwiń? Cóż, dobre choć i to. Tylko - gorączkowo myślała - czy wystarczy tego?
W opakowaniu było dziesięć sztuk, ich zaś było pięcioro. Uff, wystarczy. Jednak były przecenione, może któraś jest nadpsuta. Oby tylko nie...
Przepraszam - zawołania nieco zdyszana po biegu - czy zechcą państwo przyjąć... dla dzieci. Tak skromnie, ze szczerego serca?
Ojciec jakby się lekko żachnął. ale matka już uśmiechała się nieśmiało, odsłaniając nieco nadgryzione ząbki. - Bardzo dziękuję. I to by było tyle. Potem już trzeba było wracać, rozejrzeć się za córką.
Ach, można było dać jeszcze i drugi koszyczek.
Lecz moje dzieci też chcą dziś owoce jeść!
Jutro też jest dzień i można kupić nowe
Owszem, ale co ja dzisiaj zjem?
Cóż, wilk syty i owca cała. Lecz nie zabraknie takich, co kazaliby iść na całość.
Tak, pomyślała zgryźliwie, przeważnie są to ci, którzy sami w dostatki opływają. Nie musząc łamać sobie głowy, skąd wziąć na książki szkolne, ani za co dzieciom zęby leczyć. 

Kiedy wygram te miliony, w które nie gram - rozmarzyła się swoim zwyczajem, siedząc już wygodnie w miejskim autobusie - wyleczę zęby wszystkim biednym dzieciom. Żeby nie musiały uśmiechać się półgębkiem.

poniedziałek, 4 stycznia 2021

Czapeczka

Zrobiło się zimniej, będzie zatem a propos.

Przy okazji reaktywacji czapkowego sezonu wróciłam myślami do pewnego, zabawnego z punktu widzenia czasów dzisiejszych,  zdarzenia. Będąc w ósmym miesiącu ciąży znalazłam się w drodze na egzamin do Krakowa. W trosce o swój stan podróżowałam luksusowym wagonem sypialnym; oprócz mnie była tam tylko jedna osoba, sympatyczna starsza pani. Wczesnym rankiem pociąg dotarł do celu i nadszedł czas pożegnania się z moją towarzyszką. Założyłam zimowy płaszcz, szalik i...czapeczkę. Z tej ostatniej byłam szczególnie dumna, bowiem własnoręcznie wydziergałam ją na drutach. Miała norweski wzorek w renifery i zabawny pompon na długim sznureczku. Starsza pani spojrzała z lekkim niedowierzaniem, po czym otwarcie pozwoliła sobie na krytykę: M a m a  z pomponem? Żadną miarą nie wypada! 

I pomyśleć, że miałam wtedy niespełna dwadzieścia siedem lat. 

Dziś czasy mamy już zupełnie inne, nikogo nie szokuje widok starszej wręcz osoby w zabawnej czapeczce. Przemiany mentalne przekładają się na okoliczności zewnętrza. No i bardzo dobrze, rodzimy nasz, zaściankowy sposób postrzegania mody, odszedł już w niepamięć. 

Zatem do brzegu, tadam:



To mój ostatni nabytek, filcowa czapeczka z motywem kotka. Zachwyciła mnie podczas ubiegłorocznego Jarmarku Dominikańskiego. Nie mogłam się oprzeć, choć cena była astronomiczna. 

Możecie uznać to za niepoważne, no bo kto to widział, żeby babsko w wieku średnim...

(Ach, jak ja uwielbiam ten eufemizm, bo tak cudownie mnie odmładza.)

Tak czy owak, to już nie mój problem.

piątek, 1 stycznia 2021

Niekiedy miło jest popłakać sobie

Owszem, nie przewidziało Wam się. Przed chwilą obejrzałam film, a teraz ocieram resztówkę łez. 
I wystarczy.
Jakiż to film łezkę z oczu mi wycisnął? Straszny dokument, czy może melodramat jakiś? Nie, to nie żaden z takich. Otóż nareszcie udało mi się obejrzeć Ukryte działania Theodore Melfi.
W słabej rozdzielczości, bo z Chomika, ale zawsze lepsze to niż nic.
W głowie się nie mieści - i przyznaję, po wielekroć przysłowiowy nóż w kieszeni otwierałam - że w dwudziestym wieku, wśród umysłów tęgich, takie rzeczy jak rasowa segregacja mogły miejsce mieć?! No i rzecz jasna, seksizm; tak przy okazji, niemalże mimochodem. 
Jako, że nie jest to recenzja, ani tym bardziej - zgodnie z moim modus operandi - zachęta do oglądania, na obiektywizm silić się nie zamierzam. Subiektywną ocenę i streszczenie fabuły też Wam "podaruję". Z tą ostatnią można się zresztą zapoznać w oficjalnych publikacjach. 
To tylko moja impresja, ściśle zależna od kontekstu. 

niedziela, 12 stycznia 2020

Obejrzałam

Wczoraj nareszcie (i to za friko) udało mi się obejrzeć głośny film Meirellesa, Dwóch Papieży.
Co prawda miałam już jedno podejście, jednak - lekko znudzona - poddałam się zaledwie po kwadransie. Cóż, nie był to najwyraźniej odpowiedni moment. Do rzeczy jednak.
W zasadzie film polecam, choć arcydziełem żadną miarą bym go nie nazwała. W moim odbiorze obraz nie ma dostatecznej dramaturgii, a wręcz przeciwnie, jest raczej dosyć "letni".
(Co prawda, owszem, nawet uroniłam łezkę, ale to dlatego, że akurat miałam fazę na retrospekcję.)

Narrację poprowadzono przeciwstawnie, w konwencji dosyć powierzchownej antytezy. To zaś nieuchronnie musiało poskutkować pewnym spłyceniem postaci, głównie zresztą Benedykta. Ja znam go z czasów, gdy był jeszcze Ratzingerem, wysoko cenię jego twórczość, ogromnie lubię sposób bycia. Gremialnie przypisuje mu się konserwatyzm; czy aby słusznie? Wszak ten wybitny teoretyk już choćby tylko z racji sprawowanej funkcji był wręcz zobligowany do nieustannej weryfikacji metod i procedur. Ten skromny, pełen ciepła i nieśmiały człowiek wcale nie izolował się od ludzi. Lubił przechadzać się po placu, rozmawiać z nimi, czy też choćby tylko pośród nich przebywać. Zawsze w tym swoim wysłużonym płaszczu i berecie.
Obsada głównych ról miała być atutem dzieła. Jonathan Pryce w roli papieża Franciszka świetnie wywiązał się z zadania. Natomiast mój faworyt, Anthony Hopkins, tym razem jakby nie wyczuł bluesa. W sumie to nawet nie jest zarzut, a jeśli już, to raczej do scenarzystów. Tym ostatnim nie udało się też uniknąć błędów merytorycznych. Owszem, w tej kategorii twórczej pewna swoboda interpretacji faktów jest zrozumiała i dozwolona, lecz mam wrażenie, że tutaj twórcy poszli już nieco za daleko. I o ile nieścisłość w biografii Franciszka niewiele odejmuje całości, to w przypadku papieża Benedykta już tak bynajmniej nie jest. Mam tu na myśli wątek Marciala Maciela Degollado. Przecież to nikt inny, jak właśnie Benedykt ostatecznie zdymisjonował Maciela - na którym to typku spod ciemnej gwiazdy jakoś nie poznał się jego Poprzednik. Lubię i cenię papieża Franciszka, daję mu kredyt zaufania i kibicuję jego poczynaniom.  Wszelako nie za cenę postawienia kontry wobec Benedykta.

Można było zrobić więcej, niż  t y l k o  zdymisjonować?
T e r a z  już wreszcie można zrobić więcej - i właśnie taka jest konkluzja filmu.
Jedynie to w mojej ocenie decyduje, że obraz ostatecznie jakoś tam się broni.