Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.


Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.

czwartek, 13 lutego 2014

Konkurs, a raczej konkursik; bez nagród, niestety

Dziś taki mały konkurs. Niech będzie, że krajoznawczy.
W swobodnym nawiązaniu do posta o ulubionych miejscach.
Z boku mojej strony widnieje zdjęcie opatrzone tajemnym niedomówieniem "Lecz gdybym...".
Nie, spokojnie, nie będę pytać, cóż to według Was mogłoby znaczyć.
Przedmiotem zapytania będzie natomiast określenie miejsca, skąd owa urocza fotografia pochodzi.
Przyznaję, nie jest to takie łatwe. Z tego chociażby względu, że podobne miejsca mogą znajdować się w wielu starych, zabytkowych miastach.
Gdzie zatem leży ta piękna, urokliwa uliczka; jaką nosi nazwę...
                            Nie mogę się powstrzymać i wklejam jeszcze raz. Chociaż jak byk widnieje.


                                                            Rozwiązanie konkursu

Wielu z Was się udało. Nie przypuszczałam, że jesteście takimi znawcami, czy raczej krajoznawcami.
To rzeczywiście Toruń. Ściśle biorąc, ulica Podmurna.
Zwyciężczynią jest GosiAnka Wrocławianka, niekwestionowana globtroterka naszej blogosfery.
Była pierwszą, która rozszyfrowała szczegóły.
Oczywiście Panterka wykazała się podziwu godną intuicją. Ciekawe, skąd ten trop:-).
Fajnie było... Dziękuję.

środa, 12 lutego 2014

Warto jest

Bywa, coś w duszę zapada, smutku budując labirynt.
Zapaść się w sobie, w sen wielki zapaść.
Co niepokój odcina, nieuchronność oddala.

Wtedy zdarzył się cud, choć nie czekałam go wcale.
Odezwał się przyjaciel, co pomaga i wspiera.
Warto się starać, bo jest dla kogo. I wierzyć warto, bo jest w co.

Dziękuję Ci.
(Ty wiesz, że właśnie Tobie)

wtorek, 11 lutego 2014

Moje miasto

Nie znoszę go. I kocham zarazem.
Pewien mieszkający w Krakowie bloger przedstawił pogląd na swoje miasto.
Na co dzień wydaje mu się fajne; dopiero z dystansu dostrzega, co i jak.
Będąc gdzie indziej, zdaje sobie sprawę, jak bardzo brakuje mu ...świeżego powietrza.
Kontrast z innymi miastami tak daje mu do myślenia, że rozważa przeprowadzkę.
Z powodu tej z lekka zatęchłej rodzimej atmosferki.
Zainspirowało mnie to do snucia wniosków własnych.
Skłonna jestem przyznać mu rację, Kraków bowiem znam dosyć dobrze.
Mieszkałam tam przez rok; ba, na stałe się chciałam osiedlić.
Bo to, co dla jednego jest wadą, dla kogoś innego może być zaletą.
O ile w Krakowie "świeżego powietrza" brakuje, w Gdańsku mamy go pod dostatkiem.
Właściwie, rzec można, mamy nawet przeciąg.
Wszak to przelotówa prawie. Miasto dróg.
Są miasta wielu placów. Nasze samo jest ...wielkim placem.
Wiem, wiem, specyfika miast nadmorskich, rozciągniętych na sporym obszarze wzdłuż tegoż.
Rozumiem też, jak wielkim uległo wojennym zniszczeniom. Stąd żart o tym wielkim placu.
Dostrzegam zapierające dech piękno poszczególnych elementów. Niech ktoś nie myśli sobie!
Pamiętam swoje młodzieńcze rozczarowanie warszawską starówką podczas którejś ze szkolnych wycieczek. Czym tu się zachwycać. My w Gdańsku to dopiero mamy powód. Pewnie i Amsterdam nie wytrzymałby porównania w niektórych, co bardziej precyzyjnych, szczegółach.
Zawsze byłam z Gdańska dumna. Jest bowiem z czego!
Dlaczego więc tak go nie lubię?
Brakuje mi tej "substancji miejskiej", którą często poszczycić się mogą niewielkie nawet miasteczka.
Bo w mieście rynek powinien być i basta! Jak Pan Bóg przykazał.
U nas typowego rynku jednak nie uświadczy.
Dopiero, gdy mam okazję gdzie indziej pobyć, dociera do mnie, ile na co dzień tracę.
To wysiadywanie na rynku z widokiem na cały labirynt uliczek, prowadzących odeń. To znów spacery odkrywające te obszary miasta, w których tak uroczo można się zagubić.
Bo u nas to niewykonalne. Nie ma gdzie. Wszystko jasne, ale też i nudne.
Ach, jak zazdroszczę mieszkańcom Warszawy, Wrocławia, Torunia, czy też owego "dusznego" Krakowa nawet.  Powiem więcej, całej rzeszy miast pomniejszych. Byleby tylko posiadały klasycznie rozumianą tkankę miejską. Bowiem do życia potrzebuję miasta właśnie.
Rodzinnie pochodzę z Wielkopolski, Poznań mym miejscem urodzenia.
To wielkie, klasyczne miasto od dziecka kształtowało moje poglądy na życie. Poznańskie ciocie z godnym lepszej sprawy uporem wpajały mi zasady tak zwanej "akuratności". Wszystkie te nieśmiertelne zasady czystości i elegancji, bez których człowiek niechybnie stałby się łupem wybujałych instynktów przerośniętego ego.
Z uporem wprawdzie, choć bez powodzenia raczej.
Lecz teraz to Gdańsk jest moim miastem; tu od wczesnego dzieciństwa mieszkam.
Kiedyś w autobusie zdarzyło mi się usłyszeć rozmowę. Dwie panie gorszyły się wystającym spod czyjejś koszulki stanikiem. Że nie uchodzi, że kto to widział...
Bo u nich w Poznaniu to nie do pomyślenia.
Zdziwiło mnie to i zasmuciło. To oni tam jeszcze na poważnie biorą całe to staropierdolskie pitolenie?
My pod tym względem kompletnie jesteśmy wyzwoleni.
Uwielbiam swoje obecne miasto, jedyne, które mogę nazwać własnym.
Za jego otwartość, a nawet kosmopolityzm. Za atmosferę tolerancji i akceptację różnych form ludzkiego bycia. No cóż, jak mówią, coś za coś.

wtorek, 4 lutego 2014

Rozrywka

Każdy z nas jej potrzebuje. Jako przerywnika w czynnościach "obowiązkowych".
By naładować akumulatory, albo przeciwnie, żeby od harówki mózg się nie zlasował.
Rzecz gustu, co dla kogo taką rozrywką być może. W tej kategorii różne są rodzaje.
Tymczasem linię podziału pomiędzy dwiema przeprowadźmy jakościami.
Istnieje rozrywka miałka, bądź też wartościowa.
Jak od siebie je odróżnić.
Ta miałka jest jak papka, którą się pochłania. Im szybciej, intensywniej, tym w trakcie przyjemniej.
Liczy się tu i teraz; na tym się jej rola kończy.
Nie lubimy, kiedy przestaje - czujemy się poirytowani.
Tak, jakby sprzed nosa ulubioną zabawkę zabrano. Bądź też smakowite danie.
Wracamy do swoich zajęć może i zrelaksowani, z pewnym niedosytem jednak.
Wciąż nam za mało...
Gdy do czynienia z czymś wartościowym mamy, ciągliwe bywa, dłuży się, wręcz doskwiera czasem.
Podskórnie wiemy, że kiedy się skończy, odczujemy ulgę.
Radość spełnionego obowiązku. Świadomość dobrze wykorzystanego czasu.
Właściwie jednak nigdy się nie kończy. Bo trwając w umyśle, implikuje przemyślenia.
Z dnia na dzień ewoluując, staje się zaczynem różnorakich odczuć.
Towarzyszyć nam może nawet przez czas dłuższy. Światło rzucając na dzień nasz powszedni.

sobota, 1 lutego 2014

Pomiędzy wierszami

Dzisiaj fragment większej całości, nad którą z (jeszcze większymi) przerwami pracuję.


Mój Przyjacielu
Obawiam się, że wkrótce zakończyć przyjdzie nam tę znajomość, którą za przyjaźń uważaliśmy. 
A ściśle biorąc, ja uważałam. Powód jest w gruncie rzeczy jeden: związek nasz nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Przynajmniej z mojej strony tak rzecz widzę. Przyjaźń to wielkie słowo, bo wielką symbolizuje sprawę. Tymczasem chciałbyś przykroić mnie na własną miarę. 
Mam być radosna, podczas gdy ze swej istoty taką nie jestem. Mam być szczęśliwa, podczas gdy moja natura sprzeciwia się temu. Mam wreszcie śmiać się, podczas, gdy do śmiechu mi bynajmniej nie jest.
Czy chcesz powiedzieć, że mam zadowolić się tym, co jest mi dostępne? Bo odmowa oznacza wyjście z gry? 
Tymczasem ja odmawiam gry według tychże reguł. To moja gra i tylko ja ustalam jej reguły.
Przyjaciel, to ktoś, kto nie uszczęśliwia nas na siłę. Nie zamyka nam ust, aby nie słyszeć naszego płaczu. Przyjaciel płacze razem z nami, a gdy wyczerpuje limit łez, pozwala nam płakać w samotności. Patrząc na to z bliskiego dystansu. Nie wycofuje się rakiem, by uniknąć roli świadka własnej bezsilności. 
Potrzeba wielkiej odwagi, by przyznać się do bezradności. Nie wszystkiemu można zaradzić, nie wszystko da się zażegnać. 
I tu otwiera się pole dla naszej pokory. Wniosek jest tylko jeden: nikogo na siłę nie uszczęśliwimy. Mamy więc do wyboru, zostać i patrzeć, bądź też odwrócić się, dając upust fałszywie pojętej wrażliwości. 
Ten wybór należy do Ciebie, ja bowiem pozostanę sobą, nie troszcząc się o to, czy spełniam czyjekolwiek kryteria.

Tej treści list otrzymałem od Madzi już tydzień temu. Mogę sobie wyobrazić, jak trudno jej było wyartykułować ten żal do mnie. Ostatnio rzeczywiście za bardzo starałem się wprowadzić ją w dobry nastrój. Fakt, że czyniłem to w dobrej wierze, nie stanowi usprawiedliwienia. Znam ją na tyle długo, by wiedzieć, że nie lubi zamiatać śmieci pod dywan, żeby koniecznie było czysto. Musiało ją zdrowo ponieść, skoro ujęła rzecz w ten kategoryczny sposób.
Zwykle staram się odpisać najszybciej, jak mogę, bo pisać lubię i zawsze mam o czym.
Tu zresztą swój na swego trafił; żadnego z nas zachęcać nie potrzeba do przelewania myśli na ekran monitora. Przy słowie "myśli" nasunęło mi się pewne spostrzeżenie.
Już w samych początkach naszej  znajomości Madzia szczególnie podkreślała znaczenie tego, by były to myśli. W odróżnieniu od informacji.
Tymczasem ostatnimi czasy łapię się na tym, że coraz częściej serwuję jej opowieści o tym, jak pięknie rosną drzewka w moim sadzie. Jakie to porządki udało mi się zaprowadzić w warzywniku, czy nawet o tym, co zamierzam w przyszłym roku zasiać. Madzia, owszem, chłonie z ciekawością owe miłe opowiastki, wyobrażając sobie pewnie ogrody swojego dzieciństwa.
Lecz gdzieś musiało zakiełkować zniecierpliwienie, podsycane poczuciem braku zrozumienia.
Nie wiem nawet, czy do końca bezpodstawne.
Może odczuwa to jak niewidzialny mur, którym obwarowałem się w obliczu bezsilności wobec jej problemów.
Początkowo przerwy z jej strony stawały się coraz dłuższe, potem korespondencja wkroczyła w inny wymiar.
Madzia po prostu pisała, co czuje, bez względu na to, co przeczytała u mnie. Teraz z kolei przyłapałem się na tym, że coraz mi trudniej zdobyć się na szczery list. Tym samym poważnie się zastanawiam, czy nasza znajomość podzieli los tych, które dotychczas były moim udziałem. Czeka nas ciężka próba; zaś o wyniku zdecyduje to, czy jest unikatowa. Czy warta jest kontynuacji bez względu na niepowodzenia.
Szczególnie te, które wynikają z uświadomienia sobie wzajemnej inności. Prowadząc do konfrontacji postaw i oczekiwań. 
Jakże łatwo zniechęcić się do kogoś tak różnego, niż ten, którego we własnej stworzyliśmy projekcji.
Tu zdaje się zachodzić ten przypadek. Bo na początku urzekło nas wzajemne podobieństwo, które po czasie okazało się tylko pozorne. Teraz przychodzi zmierzyć nam się z egoizmem, który podpowiada pierwsze lepsze rozwiązanie. Ot, choćby zgodę, by z rąk wypuścić coś, co okazało się trudniejsze niż zakładaliśmy. Jak sądzę, rozważania dotyczą w tym samym stopniu mnie, jak też i mojej Przyjaciółki.
I to jest coś, co zbliża nas najbardziej.
Na przekór temu, co mawia się o przyjaźni damsko-męskiej, głęboko wierzę w tę możliwość.
Ale na innych zasadach, w innym już wymiarze.
Nie ma powrotu do tego, co minęło; przypominałoby to jakieś blade popłuczyny.
W czasach, gdzie lekką ręką pozwala się na zanik wszelkich głębszych więzi, potem zaś paradoksalnie cierpi się z ich braku, warto podjąć trud wyjścia z impasu.
Refleksyjna, introwertyczna natura mojej Przyjaciółki pociąga mnie coraz bardziej. Za nic nie chciałbym utracić niepowtarzalnej okazji przebywania w tych niebezpiecznie szarpiących sferach. Choć nie ukrywam, że jest mi ciężko porozumiewać się takim kodem. Po prostu do tego nie przywykłem.
Wyczuwam jednak wielki kredyt zaufania z jej strony. Tak, jakby już wystarczała sama tylko intencja okazania się godnym.
I tak się stanie, bo pragnę temu sprostać bez względu na wyniki.

Kiedyś napisała:
Janku, nie upieram się być szczęśliwą za wszelką cenę; nie każdy rodzaj szczęścia godny jest mojej akceptacji. Jestem ogromnie wymagająca i wolę być nieszczęśliwa, jeśli nie jest możliwe szczęście na moich warunkach. Obserwując tych, którzy cieszą się każdym drobiazgiem, wcale im nie zazdroszczę. Co więcej, trudno mi powstrzymać się od pewnej dozy lekceważenia, a nawet politowania, że tak mało im potrzeba. Czy to właściwa postawa? Nie mam pojęcia; wszystko zależy od  punktu widzenia. I generalnie biorąc, mam dyspozycję do bycia nieszczęśliwą, nigdy bowiem nie otrzymam tego, czego pragnę. Żadnymi zaś resztkami nie zamierzam się zadowolić. 
Wszystko albo nic, to moja maksyma. Nawet, jeśli pamięć o tym nie zawsze mi towarzyszy...