Nasze dzieci niekiedy wykazują skłonność, by popełniać te akurat błędy, przed którymi najbardziej ustrzec byśmy je pragnęli. Czyli nie inne, tylko właśnie te, które my sami w przeszłości popełniliśmy. To, zdaje się, boli nas najbardziej. Tymczasem niedaleko pada jabłko od jabłoni...
Jakich słów użyć, by siła perswazji zadziałała najskuteczniej?
By nie narazić się na - słuszny czy niesłuszny - zarzut emocjonalnego szantażu.
Ów bowiem w takich sprawach zgoła nieskuteczny.
Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.
Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.
Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.
środa, 25 stycznia 2017
wtorek, 24 stycznia 2017
Staś - cud narodzin
Przyszedł na świat wczoraj wczesnym rankiem, o 4:25. Potomek mojego syna, Jerzego.
Mój wnuk. To dziwne, jak za sprawą tych narodzin wszystko pojaśniało...
Dziecię moje młodsze, zerknąwszy mi przez ramię rzecze: jakże można kogoś tak unieszczęśliwiać, by go na ten beznadziejny świat sprowadzać.
I choć rozumem pogląd ów podzielam, serce mi mówi coś przeciwnego.
Czyżby na tym polegał fenomen ciągłości?
![]() |
| Staś - 23.01.2017. |
piątek, 20 stycznia 2017
6
Kilka ostatnich dni porządnie dało się Marcie we znaki. Najpierw był ten nieszczęsny weekend, kiedy to wpadła na pomysł, by posegregować pocztę. Poczytać, powspominać, pocieszyć się, popłakać. (Niepotrzebne skreślić.) Zajęło jej to, z przerwami na przekąskę, prawie cały dzień. Poczytała, powspominała, nie pocieszyła się, bo i nie za bardzo miała czym, ani nawet nie popłakała sobie porządnie. Od dłuższego już bowiem czasu nie potrafiła wygenerować łez. Porządkując foldery, znalazła sporo takich listów, które datowane były od najdawniejszych czasów jej bytności w internecie. Od (i do) koleżanek i kolegów tudzież całkiem obcych, zapomnianych już z kretesem ludzi. Zniesmaczyło ją to i zdziwiło, jaka była wtedy przemądrzała. Dla każdego z nich miała na podorędziu stek komunałów i gładkich formułek. Czuła się na siłach, by rozpoznać każdą niemal prawidłowość, jaką by tylko mogły rządzić się motywy bliźnich. Taka to z niej Ciocia Dobra Rada była...
Lecz prawdę mówiąc głównym celem tej demolki było prześledzenie korespondencji z Kubą. Tej, która jeszcze się ostała, wyrywkowej, niekompletnej i dającej pogląd tylko w połączeniu z tym, co pamiętała z ich wielogodzinnych rozmów. Tyle, że pamięć do takich rzeczy miała zadziwiająco dobrą.
Potem jeszcze, jakby tego było mało, ktoś mimochodem zwrócił jej uwagę, że w istocie taki wyrok, jaki opisała, żadną miarą nie mógł zostać orzeczony. Prawodawstwo nie przewiduje takich procedur. Kropka. Tylko co ona teraz ma z tym zrobić? Pozostało już tylko jedno, zasięgnąć języka u źródła, czyli przycisnąć do muru sprawcę tego zamieszania. Łatwo powiedzieć - Marta już na samą myśl dostała szczękościsku. Trzeba z tym uważać, reflektuje się - dentyści są drodzy. Zaś na dodatek już trzeci dzień męczy ją kamica żółciowa. Ot, porwała się z motyką na słońce i teraz ma za swoje.
Jakie znaczenie mogą mieć te sporne fakty, czy są istotne dla tej opowieści? To trochę zależy od punktu widzenia. Bo może dla głównego nurtu niekoniecznie. Teraz jednak przyszło Marcie na myśl, by tę niepewność zamienić w pewność. I to jakąkolwiek - dostępną jej doświadczeniu - pewność.
Marta K(...)
Miejscowość, ulica, numer.
Tel(...)
Miły Kolego Stanisławie
Trochę mi niezręcznie, że kontaktuję się z Tobą przez Kancelarię, sprawa jest bowiem ściśle prywatna. Ach, przepraszam, powinnam zacząć od przedstawienia się. Dawniej nazywałam się G(...), byliśmy kolegami ze szkolnej ławy w naszym niezapomnianym TŁ (Od Janka W. dowiedziałam się o Twojej praktyce.) Teraz mam małe pytanie, którego nie za bardzo miałabym komu zadać, padło zatem na Ciebie.
Ktoś dawniej bardzo mi bliski miał nieszczęście wdać się w bójkę, w wyniku której poszkodowany stracił życie. Była to, zdaje się, tak zwana obrona konieczna, bowiem mój znajomy bronił katowanego człowieka, który nie dawał już oznak życia. Rzucił się na agresora, wymierzywszy mu silny cios karate. Za silny, jak się okazało. Zdarzenie miało miejsce na ulicy, znajomy nigdy wcześniej nie miał do czynienia z którymkolwiek z jego uczestników. (Wniosek: nie warto się angażować i lepiej ograniczyć się do zawezwania odpowiednich służb, czyż tak?) I teraz, po tym przydługim wstępie, dochodzę do meritum.Uzyskałam informację, że wyrok opiewał na 7 lat, w zawieszeniu na 7 lat. ( Było to w roku 2013.) Czy nasze prawodawstwo przewiduje taki wymiar kary? Sam wiesz, że czerpanie wiadomości z internetu nie jest najszczęśliwszym pomysłem. Stąd też moja brawurowa akcja, by do Ciebie napisać.
Chciałbym tylko wiedzieć, czy wyrok w takim kształcie mógł mieć rację bytu. Są przecież procedury określające, kiedy karę można zawiesić. Oczywiście wiem, że w 2015 roku nastąpiła nowelizacja ustawy. Mnie chodzi jednak o te procedury, które obowiązywały w roku 2013.
Pozdrawiam Cię serdecznie i proszę o krótką odpowiedź. Marta
Tej treści list po dłuższym wahaniu wysłała Marta za pośrednictwem elektronicznej poczty. Adres kontaktowy do swojego kolegi ze szkoły średniej pozyskała w internecie. Oczekując na odpowiedź zadręczała się wątpliwościami - czy też aby z lekka się nie wygłupiła. Ku jej wielkiej uldze nazajutrz kolega zadzwonił. Powspominali żywych tudzież zmarłych, wymienili stosowne grzeczności, po czym przeszli do meritum. Stało się jasne, iż wzmiankowany wyrok nie mógł mieć najmniejszej racji bytu; ani obecnie, ani w przeszłości. Czyli to wszystko bujda na resorach; innymi słowy, dała się w butelkę nabić. Lecz jaki mógł był cel mistyfikacji? Tego żadną miarą nie mogła zrozumieć. Lecz oto już walczyły ze sobą o lepsze dwie przeciwstawne racje. Dać sobie spokój i zapomnieć o sprawie, albo przeciwnie - stanowczo dociekać prawdy. I to u samego źródła, czyli u sprawcy tego zamieszania. Wiązał się z tym pewien problem; niechęć Marty do rozmów zadecydowała, by napisać raczej. Póki co, nie dostała odpowiedzi. Wziąwszy jednak pod uwagę cały kontekst, nie musiało to oznaczać absolutnie nic. Na razie. Potem jednak zrobiła się niecierpliwa. Postanowiła drążyć temat, wbrew przestrodze, którą serwowała jej w dzieciństwie babcia - ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Trudno, jeżeli nawet, to taka właśnie była jej decyzja. Tymczasem znowu miała wątpliwości, jak postąpić. Nie mogąc już ponownie napisać, teraz mogła tylko zadzwonić na domowy numer. Ot, po prostu zapytać o tę sporną sprawę i skończone. Czyżby? Za dużo w tym planie było słabych punktów. Wprawdzie ich znajomość w żadnym razie nie kwalifikowała się jako przysłowiowy trup w szafie, niemniej czułaby się nieco zbita z tropu, gdyby tak - dajmy na to - odebrała ewentualna żona bądź partnerka. Wszak w ciągu tych minionych lat mógł już ułożyć sobie jakoś życie. No dobrze, załóżmy jednak, że odbierze ojciec Kuby - i co wtedy? Może nawet uda jej się przytomnie wyrecytować tę przygotowaną treść. "Dzień dobry, nazywam się Marta K. Przed paroma laty przyjaźniłam się z pańskim synem i teraz intryguje mnie pytanie, co też się z nim dzieje. Proszę nie traktować mojego zainteresowania w kategoriach pospolitej ciekawości, to dla mnie bardzo ważne (i proszę nie dociekać, dlaczego), jak potoczyły się jego losy. Jeśli wszystko jest w porządku, wystarczy mi taka wiadomość i nie będę więcej państwa niepokoić. Lecz jeśli jest inaczej, to również chciałabym o tym wiedzieć (i znów zmuszona jestem prosić, by nie pytał pan, dlaczego)".
Marta już oczami duszy przymierzała się do roli. A ściśle mówiąc, wcale się w tej roli nie widziała. Lecz po chwili przyszło jej na myśl, że podobna formuła mogłaby stanowić treść listu. Oczywiście tradycyjnego, papierowego listu, pan Franciszek nie korzystał bowiem z internetu. Wystarczy w grzecznościowych zwrotach zmienić małe litery na wielkie i gotowe. O, tak, w tym akurat Marta czuła się jak ryba w wodzie. Pisać mogłaby do każdego - i to na każdy możliwy temat. Z mówieniem to już zgoła inna sprawa, zwłaszcza przez telefon. Jeśli ze względu na wzrok mężczyzna sam nie będzie w stanie listu przeczytać, pomoże mu w tym żona. Zresztą, na wszelki wypadek zaadresuje go do obojga. (Oby tylko się nie okazało, że któreś z nich już opuściło padół).
Tylko czy warto, czy wypada, czy powinna... Po tylu latach?
Zdaje się, taka jest powszechna praktyka ludzkości w tych sprawach. Dlatego też wszystkie one umierają śmiercią naturalną. Czy zasadne jest reaktywowanie trupa obumarłej znajomości? Czy to ma jakiś sens? Oczywiście wiedziała, że nie musi to być mile widziane, lecz jej niekonwencjonalna, anarchistyczna natura opierała się tej wiedzy. Ona wszak byłaby w siódmym niebie, gdyby odezwał się do niej któryś z dawnych jej przyjaciół. Fenomen przyjaźni polega między innymi również na tym, że nie może ona ulec przedawnieniu. Nawet i po nie wiem ilu latach. Czego to niestety nie da się powiedzieć o miłości. Ta ostatnia kwestia domaga się jednak obszerniejszego rozwinięcia. Musi zatem poczekać na swoją kolej. Tak czy owak, relacje międzyludzkie są wartością nie do przecenienia. Zatem klamka zapadła i nie było już odwrotu.
Cdn.
Lecz prawdę mówiąc głównym celem tej demolki było prześledzenie korespondencji z Kubą. Tej, która jeszcze się ostała, wyrywkowej, niekompletnej i dającej pogląd tylko w połączeniu z tym, co pamiętała z ich wielogodzinnych rozmów. Tyle, że pamięć do takich rzeczy miała zadziwiająco dobrą.
Potem jeszcze, jakby tego było mało, ktoś mimochodem zwrócił jej uwagę, że w istocie taki wyrok, jaki opisała, żadną miarą nie mógł zostać orzeczony. Prawodawstwo nie przewiduje takich procedur. Kropka. Tylko co ona teraz ma z tym zrobić? Pozostało już tylko jedno, zasięgnąć języka u źródła, czyli przycisnąć do muru sprawcę tego zamieszania. Łatwo powiedzieć - Marta już na samą myśl dostała szczękościsku. Trzeba z tym uważać, reflektuje się - dentyści są drodzy. Zaś na dodatek już trzeci dzień męczy ją kamica żółciowa. Ot, porwała się z motyką na słońce i teraz ma za swoje.
Jakie znaczenie mogą mieć te sporne fakty, czy są istotne dla tej opowieści? To trochę zależy od punktu widzenia. Bo może dla głównego nurtu niekoniecznie. Teraz jednak przyszło Marcie na myśl, by tę niepewność zamienić w pewność. I to jakąkolwiek - dostępną jej doświadczeniu - pewność.
Marta K(...)
Miejscowość, ulica, numer.
Tel(...)
Miły Kolego Stanisławie
Trochę mi niezręcznie, że kontaktuję się z Tobą przez Kancelarię, sprawa jest bowiem ściśle prywatna. Ach, przepraszam, powinnam zacząć od przedstawienia się. Dawniej nazywałam się G(...), byliśmy kolegami ze szkolnej ławy w naszym niezapomnianym TŁ (Od Janka W. dowiedziałam się o Twojej praktyce.) Teraz mam małe pytanie, którego nie za bardzo miałabym komu zadać, padło zatem na Ciebie.
Ktoś dawniej bardzo mi bliski miał nieszczęście wdać się w bójkę, w wyniku której poszkodowany stracił życie. Była to, zdaje się, tak zwana obrona konieczna, bowiem mój znajomy bronił katowanego człowieka, który nie dawał już oznak życia. Rzucił się na agresora, wymierzywszy mu silny cios karate. Za silny, jak się okazało. Zdarzenie miało miejsce na ulicy, znajomy nigdy wcześniej nie miał do czynienia z którymkolwiek z jego uczestników. (Wniosek: nie warto się angażować i lepiej ograniczyć się do zawezwania odpowiednich służb, czyż tak?) I teraz, po tym przydługim wstępie, dochodzę do meritum.Uzyskałam informację, że wyrok opiewał na 7 lat, w zawieszeniu na 7 lat. ( Było to w roku 2013.) Czy nasze prawodawstwo przewiduje taki wymiar kary? Sam wiesz, że czerpanie wiadomości z internetu nie jest najszczęśliwszym pomysłem. Stąd też moja brawurowa akcja, by do Ciebie napisać.
Chciałbym tylko wiedzieć, czy wyrok w takim kształcie mógł mieć rację bytu. Są przecież procedury określające, kiedy karę można zawiesić. Oczywiście wiem, że w 2015 roku nastąpiła nowelizacja ustawy. Mnie chodzi jednak o te procedury, które obowiązywały w roku 2013.
Pozdrawiam Cię serdecznie i proszę o krótką odpowiedź. Marta
Tej treści list po dłuższym wahaniu wysłała Marta za pośrednictwem elektronicznej poczty. Adres kontaktowy do swojego kolegi ze szkoły średniej pozyskała w internecie. Oczekując na odpowiedź zadręczała się wątpliwościami - czy też aby z lekka się nie wygłupiła. Ku jej wielkiej uldze nazajutrz kolega zadzwonił. Powspominali żywych tudzież zmarłych, wymienili stosowne grzeczności, po czym przeszli do meritum. Stało się jasne, iż wzmiankowany wyrok nie mógł mieć najmniejszej racji bytu; ani obecnie, ani w przeszłości. Czyli to wszystko bujda na resorach; innymi słowy, dała się w butelkę nabić. Lecz jaki mógł był cel mistyfikacji? Tego żadną miarą nie mogła zrozumieć. Lecz oto już walczyły ze sobą o lepsze dwie przeciwstawne racje. Dać sobie spokój i zapomnieć o sprawie, albo przeciwnie - stanowczo dociekać prawdy. I to u samego źródła, czyli u sprawcy tego zamieszania. Wiązał się z tym pewien problem; niechęć Marty do rozmów zadecydowała, by napisać raczej. Póki co, nie dostała odpowiedzi. Wziąwszy jednak pod uwagę cały kontekst, nie musiało to oznaczać absolutnie nic. Na razie. Potem jednak zrobiła się niecierpliwa. Postanowiła drążyć temat, wbrew przestrodze, którą serwowała jej w dzieciństwie babcia - ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Trudno, jeżeli nawet, to taka właśnie była jej decyzja. Tymczasem znowu miała wątpliwości, jak postąpić. Nie mogąc już ponownie napisać, teraz mogła tylko zadzwonić na domowy numer. Ot, po prostu zapytać o tę sporną sprawę i skończone. Czyżby? Za dużo w tym planie było słabych punktów. Wprawdzie ich znajomość w żadnym razie nie kwalifikowała się jako przysłowiowy trup w szafie, niemniej czułaby się nieco zbita z tropu, gdyby tak - dajmy na to - odebrała ewentualna żona bądź partnerka. Wszak w ciągu tych minionych lat mógł już ułożyć sobie jakoś życie. No dobrze, załóżmy jednak, że odbierze ojciec Kuby - i co wtedy? Może nawet uda jej się przytomnie wyrecytować tę przygotowaną treść. "Dzień dobry, nazywam się Marta K. Przed paroma laty przyjaźniłam się z pańskim synem i teraz intryguje mnie pytanie, co też się z nim dzieje. Proszę nie traktować mojego zainteresowania w kategoriach pospolitej ciekawości, to dla mnie bardzo ważne (i proszę nie dociekać, dlaczego), jak potoczyły się jego losy. Jeśli wszystko jest w porządku, wystarczy mi taka wiadomość i nie będę więcej państwa niepokoić. Lecz jeśli jest inaczej, to również chciałabym o tym wiedzieć (i znów zmuszona jestem prosić, by nie pytał pan, dlaczego)".
Marta już oczami duszy przymierzała się do roli. A ściśle mówiąc, wcale się w tej roli nie widziała. Lecz po chwili przyszło jej na myśl, że podobna formuła mogłaby stanowić treść listu. Oczywiście tradycyjnego, papierowego listu, pan Franciszek nie korzystał bowiem z internetu. Wystarczy w grzecznościowych zwrotach zmienić małe litery na wielkie i gotowe. O, tak, w tym akurat Marta czuła się jak ryba w wodzie. Pisać mogłaby do każdego - i to na każdy możliwy temat. Z mówieniem to już zgoła inna sprawa, zwłaszcza przez telefon. Jeśli ze względu na wzrok mężczyzna sam nie będzie w stanie listu przeczytać, pomoże mu w tym żona. Zresztą, na wszelki wypadek zaadresuje go do obojga. (Oby tylko się nie okazało, że któreś z nich już opuściło padół).
Tylko czy warto, czy wypada, czy powinna... Po tylu latach?
Zdaje się, taka jest powszechna praktyka ludzkości w tych sprawach. Dlatego też wszystkie one umierają śmiercią naturalną. Czy zasadne jest reaktywowanie trupa obumarłej znajomości? Czy to ma jakiś sens? Oczywiście wiedziała, że nie musi to być mile widziane, lecz jej niekonwencjonalna, anarchistyczna natura opierała się tej wiedzy. Ona wszak byłaby w siódmym niebie, gdyby odezwał się do niej któryś z dawnych jej przyjaciół. Fenomen przyjaźni polega między innymi również na tym, że nie może ona ulec przedawnieniu. Nawet i po nie wiem ilu latach. Czego to niestety nie da się powiedzieć o miłości. Ta ostatnia kwestia domaga się jednak obszerniejszego rozwinięcia. Musi zatem poczekać na swoją kolej. Tak czy owak, relacje międzyludzkie są wartością nie do przecenienia. Zatem klamka zapadła i nie było już odwrotu.
Cdn.
poniedziałek, 16 stycznia 2017
Część 5
W miasteczku dosłownie zawrzało, takie sprawy zawsze elektryzują opinię publiczną. Problem obrony koniecznej bez wątpienia należy do tych, które budzą ogromne emocje. Przeważnie generują współczucie wobec sprawcy, przy niemal zerowym zrozumieniu dla zabitego agresora. Może stąd właśnie - niejako dla przeciwwagi - organa ścigania i sądy tak wnikliwie rozpatrują problem. To oczywiście zrozumiałe, lecz skutki tej skrupulatności bywają niekiedy opłakane. Zbyt wiele jest tragedii ludzi odsiadujących nieadekwatnie wysokie wyroki. Zdawać by się mogło, iż taki sprawca już właściwie został ukarany - wyrzuty sumienia będzie miał do końca życia. Po co więc karać go podwójnie - chyba już tylko dla zemsty. Oko za oko, ząb za ząb; ktoś stracił życie, zatem ktoś musi za to zapłacić. Niekiedy nazbyt drogo. Właśnie takich rzeczy Marta nie mogła zrozumieć najbardziej. Zresztą, niezależnie od teorii, miała wrażenie, iż w tej sprawie jest parę kwestii, które domagają się wyjaśnienia. Dlaczego w ogóle rzecz musiała trafić do sądu? Przecież wszystko było oczywiste, nie powinno być właściwie żadnych niejasności. Tymczasem obrońcy przyszło mierzyć się z takimi trudnościami natury proceduralnej, jakich nie przewidywał zrazu. Termin rozprawy był wciąż odraczany, bez przerwy pojawiały się jakieś nowe okoliczności mogące mieć decydujący wpływ na jej całokształt. Nareszcie pojawiła się szansa na przełom w sprawie. Poszkodowany przez zmarłego chłopak odzyskał przytomność i był w stanie zeznawać. Jakie będzie jego stanowisko i kto okaże mu się bliższy - kumple, wśród których dorastał, czy ten, który mu uratował życie? I, co najważniejsze, czy był w ogóle zdolny do rzeczowej oceny zajścia - wszak mógł już być nieprzytomny w momencie wkroczenia wybawcy do akcji. Na szczęście zeznania chłopaka okazały się korzystne, zaś dwaj pozostali uczestnicy bójki dobrowolnie poddali się karze. Teraz Kuba wreszcie miał poważny atut w ręku. A jednak oskarżyciel nie chciał odpuścić, tocząc ze swoim adwersarzem bezkompromisowy bój. Czyżby chodziło o coś osobistego? (Tak myślała sobie Marta.) Na szczęście poręczenie ojca uznano za wiążące i chłopak uzyskał zgodę na krótki wyjazd z kraju. To był już naprawdę spory sukces. Kuba w sumie trzykrotnie skorzystał z okazji; ostatni, prawie miesięczny pobyt spożytkował pracując w swojej dawnej firmie. Teraz nie pozostawało nic innego, jak tylko czekać na ostateczną decyzję sądu.
Od momentu nieszczęśliwego zajścia do ostatecznej rozprawy sądowej upłynęło osiem miesięcy. Marta postrzegała to jako niepotrzebne przeciąganie, ale równie dobrze mogło to być celowe działanie obrony. Aby nieco rzecz wyciszyć, zyskując przy tym na czasie. Ten ostatni potrzebny był na zinterpretowanie całej tej obszernej dokumentacji dotyczącej tła wypadku.
Wyrok, który ostatecznie zapadł, zadziwić a nawet zbulwersować mógł niejednego z obserwatorów.
Siedem lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na siedem lat.
Kuba i jego najbliżsi przyjęli werdykt z powagą i spokojem. Zdaje się, z pewnym poddaniem, a nawet, o zgrozo, ulgą - myślała zniesmaczona Marta. Była zdania, iż powinien zostać całkowicie oczyszczony z zarzutów, ba, nawet nie powinny być mu jakiekolwiek, choćby potencjalnie, postawione. Wystąpił przecież w obronie katowanego człowieka, bez wątpienia ratując mu życie. Zatem jego postawa zasługiwała na pochwałę, i to niezależnie od tragicznego finału zajścia. Wystarczającą karę zgotowało mu własne sumienie, stając się najsurowszym sędzią i katem. Co znamienne, kiedy zadawał sobie pytanie, jak by postąpił, gdyby czas się cofnął i zostałby postawiony jeszcze raz w tym samym miejscu - był całkowicie pewien, że identycznie. Tyle, że interweniowałby już z większą rozwagą, nie w takim stresie, jak tego feralnego wieczora.
Jeśli zaś mowa o Marcie, niezależnie od powziętej oceny, była w jej odczuciu obecna jeszcze jakaś inna, bliżej nieokreślona intuicja. Może j e d n a k było w tej sprawie jakieś drugie dno. Przecież ona znała całą rzecz jedynie z relacji Kuby. Co prawda nie podejrzewała go o kłamstwo, ani nawet o konfabulację - na to był za mało wyrafinowany - jednak nasuwało się nieodparte wrażenie, iż coś przemilcza. Mogło to jakoś wiązać się z jego przeszłością, bliższą albo dalszą.
Rozmawiając o tym z synem - zwanym przez nią najmądrzejszym człowiekiem na świecie - rozważali parę takich ewentualności. Czyżby istniało coś, co mogło zaważyć na tak surowym werdykcie sadu? Na przykład jakieś wcześniejsze incydenty "bojownicze", pranie brudnych pieniędzy bądź wręczanie korzyści majątkowych. Albo i jeszcze coś całkiem innego, o czym pojęcia nie mieli. Dość, że nabrali zwyczaju dworowania sobie na ten temat. Marta nie miała żadnych pretensji do mężczyzny, przecież było jasne, że nie mają obowiązku mówić sobie wszystkiego, wszakże ona sama nie w inny sposób z nim postępowała. Postanowiła na razie nie drążyć tematu, przyjęła przecież założenie, iż wspierać będzie Kubę niezależnie od okoliczności. Trochę tak, jak wspiera się swojego ulubionego bohatera książkowego. Wszak nie miała praktycznej styczności z Kubą, nic co go dotyczyło nie mogło mieć wpływu na jej realne życie, zatem nie ryzykowała tutaj niczym. Kontaktowali się za pośrednictwem ekranu monitora, a potem dodatkowo jeszcze słuchawki telefonu. Póki co, wszystko było w porządku. Choć z drugiej strony, trzeba tu powiedzieć, czuła jakieś zniecierpliwienie.
Często się bowiem słyszy, że skazani na długoletnie uwięzienie prowadzą aktywnie swoje obrony, a nawet w zamknięciu kończą studia prawnicze. No dobra, może głównie dzieje się tak w amerykańskich produkcjach, jednak wzmiankowany, odsiadujący 25-letni wyrok mężczyzna tak właśnie postąpił. Nie mieściło jej się w głowie, żeby Kuba - dorosły, inteligentny człowiek - mógł być aż takim ignorantem we własnej sprawie. Rzecz jasna nie musiało to niczego szczególnego oznaczać, ale jednak równie dobrze mogło. Takie to rozmowy wiedli przy śniadaniu matka z synem, czyli Marta z dziecięciem swym. Zostawmy to już na razie, bowiem w tak zwanym międzyczasie...
Od momentu nieszczęśliwego zajścia do ostatecznej rozprawy sądowej upłynęło osiem miesięcy. Marta postrzegała to jako niepotrzebne przeciąganie, ale równie dobrze mogło to być celowe działanie obrony. Aby nieco rzecz wyciszyć, zyskując przy tym na czasie. Ten ostatni potrzebny był na zinterpretowanie całej tej obszernej dokumentacji dotyczącej tła wypadku.
Wyrok, który ostatecznie zapadł, zadziwić a nawet zbulwersować mógł niejednego z obserwatorów.
Siedem lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na siedem lat.
Kuba i jego najbliżsi przyjęli werdykt z powagą i spokojem. Zdaje się, z pewnym poddaniem, a nawet, o zgrozo, ulgą - myślała zniesmaczona Marta. Była zdania, iż powinien zostać całkowicie oczyszczony z zarzutów, ba, nawet nie powinny być mu jakiekolwiek, choćby potencjalnie, postawione. Wystąpił przecież w obronie katowanego człowieka, bez wątpienia ratując mu życie. Zatem jego postawa zasługiwała na pochwałę, i to niezależnie od tragicznego finału zajścia. Wystarczającą karę zgotowało mu własne sumienie, stając się najsurowszym sędzią i katem. Co znamienne, kiedy zadawał sobie pytanie, jak by postąpił, gdyby czas się cofnął i zostałby postawiony jeszcze raz w tym samym miejscu - był całkowicie pewien, że identycznie. Tyle, że interweniowałby już z większą rozwagą, nie w takim stresie, jak tego feralnego wieczora.
Jeśli zaś mowa o Marcie, niezależnie od powziętej oceny, była w jej odczuciu obecna jeszcze jakaś inna, bliżej nieokreślona intuicja. Może j e d n a k było w tej sprawie jakieś drugie dno. Przecież ona znała całą rzecz jedynie z relacji Kuby. Co prawda nie podejrzewała go o kłamstwo, ani nawet o konfabulację - na to był za mało wyrafinowany - jednak nasuwało się nieodparte wrażenie, iż coś przemilcza. Mogło to jakoś wiązać się z jego przeszłością, bliższą albo dalszą.
Rozmawiając o tym z synem - zwanym przez nią najmądrzejszym człowiekiem na świecie - rozważali parę takich ewentualności. Czyżby istniało coś, co mogło zaważyć na tak surowym werdykcie sadu? Na przykład jakieś wcześniejsze incydenty "bojownicze", pranie brudnych pieniędzy bądź wręczanie korzyści majątkowych. Albo i jeszcze coś całkiem innego, o czym pojęcia nie mieli. Dość, że nabrali zwyczaju dworowania sobie na ten temat. Marta nie miała żadnych pretensji do mężczyzny, przecież było jasne, że nie mają obowiązku mówić sobie wszystkiego, wszakże ona sama nie w inny sposób z nim postępowała. Postanowiła na razie nie drążyć tematu, przyjęła przecież założenie, iż wspierać będzie Kubę niezależnie od okoliczności. Trochę tak, jak wspiera się swojego ulubionego bohatera książkowego. Wszak nie miała praktycznej styczności z Kubą, nic co go dotyczyło nie mogło mieć wpływu na jej realne życie, zatem nie ryzykowała tutaj niczym. Kontaktowali się za pośrednictwem ekranu monitora, a potem dodatkowo jeszcze słuchawki telefonu. Póki co, wszystko było w porządku. Choć z drugiej strony, trzeba tu powiedzieć, czuła jakieś zniecierpliwienie.
Często się bowiem słyszy, że skazani na długoletnie uwięzienie prowadzą aktywnie swoje obrony, a nawet w zamknięciu kończą studia prawnicze. No dobra, może głównie dzieje się tak w amerykańskich produkcjach, jednak wzmiankowany, odsiadujący 25-letni wyrok mężczyzna tak właśnie postąpił. Nie mieściło jej się w głowie, żeby Kuba - dorosły, inteligentny człowiek - mógł być aż takim ignorantem we własnej sprawie. Rzecz jasna nie musiało to niczego szczególnego oznaczać, ale jednak równie dobrze mogło. Takie to rozmowy wiedli przy śniadaniu matka z synem, czyli Marta z dziecięciem swym. Zostawmy to już na razie, bowiem w tak zwanym międzyczasie...
Cdn.
wtorek, 10 stycznia 2017
Następna, 4 część
(Pomiędzy wierszami)
Nastały pracowite, po brzegi wypełnione zajęciami dni. Dla Kuby i jego najbliższych liczyło się teraz przede wszystkim to, aby opracować jak najskuteczniejszą linię obrony. Bowiem prokurator zdecydował się postawić go w stan oskarżenia pod zarzutem nieumyślnego spowodowania śmierci i tym samym sprawa została skierowana do sądu.
Skoro już się stało, co się stało i zabitemu nic już życia nie przywróci, trzeba samemu dalej żyć. Nawet jeśliby to miało w jakimś ograniczonym sensie oznaczać przejście do porządku dziennego. Tak to po prostu działa, choć w żadnym razie nie uwalnia sprawcy od żalu i wyrzutów sumienia.
Już następnego dnia, zaraz po powrocie z posterunku, duży pokój zamieniono w salę narad. Prawnicy - niestrudzony pan Leon i jego przyjaciel, Adam, najlepszy karnista w mieście - operując nie do końca zrozumiałym dla postronnych językiem, starali się pogrupować fakty, przyporządkowując je odnośnym paragrafom. Wstępne procedury zajęły im cały następny tydzień.Trzeba było zdecydować się na którąś z linii, w zanadrzu mając też alternatywną. Przez krótką chwilę rozważano nawet kwestię ewentualnej niepoczytalności w chwili zajścia. Tę jednak zdecydowanie odrzucił Kuba.
Rzecz jasna, odbyły się testy. Tuż po incydencie badanie krwi na obecność alkoholu - na szczęście żadnej "obecności" nie stwierdzono (a przecież miałby prawo do jednego choćby, sobotniego piwka w domu). Następnie skierowano go do kliniki na specjalistyczne testy, które miały zbadać jego profil osobowościowy. Wszystko okazało się być w jak najlepszym porządku.
W najbliższy weekend do rodzinnego domu przyjechała starsza siostra, aby wspierać brata i rodziców.
Ci ostatni z konieczności jakoś się trzymali - aż dziw, że nie nastąpiło pogorszenie stanu matki. Ojciec, co zrozumiałe, początkowo mocno się załamał, szybko jednak wziął się w garść i zaczął działać. Trzeba w tym miejscu przyznać, że nie trafiło na nieświadomego poczciwinę, który to w kaszę dałby sobie dmuchać. Ten skromny, niepozorny człowiek posiadał autorytet i miał przyjaciół spośród tych, którzy "coś tam jeszcze w mieście znaczą".
Należało również wybadać, jakie stanowisko przyjmie rodzina zmarłego, która przecież wywodziła się z półświatka. Niewykluczone było, że planują coś w odwecie. Biorąc to pod uwagę, lepiej by było nie wchodzić im w drogę i nie rzucać im się w oczy. Dobrze by było, gdyby na jakiś czas mógł się gdzieś przechować, na przykład na swojej Wyspie. Niestety, procedury stanowiły, że nie wolno mu opuszczać kraju. Zresztą sam zainteresowany stwierdził, że nie będzie kryć się, jak szczur; przeciwnie, zamierza stawić temu czoło. Jakby tego było mało, poszedł na pogrzeb zabitego Piotra i miał odwagę, a właściwie czelność, żeby wyrazić swój najgłębszy żal przed jego matką. (Marta nawet nie umiała sobie tego wyobrazić.)
Potem, pocztą pantoflową, uzyskano dosyć wiarygodne informacje. Obaj bracia Piotra zadecydowali, że odpuszczą i nie podejmują zemsty. Chcieli zacząć nowe życie, wolne od awantur i pijatyk; siostra planowała poddać się terapii. Matka, mimo oczywistego przecież, bólu, podeszła do tego ze spokojem, godząc się ze stratą. Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę - orzekła sentencjonalnie.
Tymczasem sprawa okazała się nie taka prosta, jakby się zdawało. Nie było nawet pewne, czy zdarzenie zostanie zakwalifikowane jako obrona konieczna i czy Kuba całkowicie uwolniony będzie od zarzutów. Trzeba było liczyć się z jakimś - oby tylko możliwie najniższym i w zawieszeniu - wyrokiem. Wiele zależało również od ewentualnych zeznań poszkodowanego - który wciąż znajdował się w terapeutycznej śpiączce.
(Może istniały jeszcze jakieś inne powiązania i zaszłości, o których zrazu nie było mowy.)
Cdn.
Nastały pracowite, po brzegi wypełnione zajęciami dni. Dla Kuby i jego najbliższych liczyło się teraz przede wszystkim to, aby opracować jak najskuteczniejszą linię obrony. Bowiem prokurator zdecydował się postawić go w stan oskarżenia pod zarzutem nieumyślnego spowodowania śmierci i tym samym sprawa została skierowana do sądu.
Skoro już się stało, co się stało i zabitemu nic już życia nie przywróci, trzeba samemu dalej żyć. Nawet jeśliby to miało w jakimś ograniczonym sensie oznaczać przejście do porządku dziennego. Tak to po prostu działa, choć w żadnym razie nie uwalnia sprawcy od żalu i wyrzutów sumienia.
Już następnego dnia, zaraz po powrocie z posterunku, duży pokój zamieniono w salę narad. Prawnicy - niestrudzony pan Leon i jego przyjaciel, Adam, najlepszy karnista w mieście - operując nie do końca zrozumiałym dla postronnych językiem, starali się pogrupować fakty, przyporządkowując je odnośnym paragrafom. Wstępne procedury zajęły im cały następny tydzień.Trzeba było zdecydować się na którąś z linii, w zanadrzu mając też alternatywną. Przez krótką chwilę rozważano nawet kwestię ewentualnej niepoczytalności w chwili zajścia. Tę jednak zdecydowanie odrzucił Kuba.
Rzecz jasna, odbyły się testy. Tuż po incydencie badanie krwi na obecność alkoholu - na szczęście żadnej "obecności" nie stwierdzono (a przecież miałby prawo do jednego choćby, sobotniego piwka w domu). Następnie skierowano go do kliniki na specjalistyczne testy, które miały zbadać jego profil osobowościowy. Wszystko okazało się być w jak najlepszym porządku.
W najbliższy weekend do rodzinnego domu przyjechała starsza siostra, aby wspierać brata i rodziców.
Ci ostatni z konieczności jakoś się trzymali - aż dziw, że nie nastąpiło pogorszenie stanu matki. Ojciec, co zrozumiałe, początkowo mocno się załamał, szybko jednak wziął się w garść i zaczął działać. Trzeba w tym miejscu przyznać, że nie trafiło na nieświadomego poczciwinę, który to w kaszę dałby sobie dmuchać. Ten skromny, niepozorny człowiek posiadał autorytet i miał przyjaciół spośród tych, którzy "coś tam jeszcze w mieście znaczą".
Należało również wybadać, jakie stanowisko przyjmie rodzina zmarłego, która przecież wywodziła się z półświatka. Niewykluczone było, że planują coś w odwecie. Biorąc to pod uwagę, lepiej by było nie wchodzić im w drogę i nie rzucać im się w oczy. Dobrze by było, gdyby na jakiś czas mógł się gdzieś przechować, na przykład na swojej Wyspie. Niestety, procedury stanowiły, że nie wolno mu opuszczać kraju. Zresztą sam zainteresowany stwierdził, że nie będzie kryć się, jak szczur; przeciwnie, zamierza stawić temu czoło. Jakby tego było mało, poszedł na pogrzeb zabitego Piotra i miał odwagę, a właściwie czelność, żeby wyrazić swój najgłębszy żal przed jego matką. (Marta nawet nie umiała sobie tego wyobrazić.)
Potem, pocztą pantoflową, uzyskano dosyć wiarygodne informacje. Obaj bracia Piotra zadecydowali, że odpuszczą i nie podejmują zemsty. Chcieli zacząć nowe życie, wolne od awantur i pijatyk; siostra planowała poddać się terapii. Matka, mimo oczywistego przecież, bólu, podeszła do tego ze spokojem, godząc się ze stratą. Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę - orzekła sentencjonalnie.
Tymczasem sprawa okazała się nie taka prosta, jakby się zdawało. Nie było nawet pewne, czy zdarzenie zostanie zakwalifikowane jako obrona konieczna i czy Kuba całkowicie uwolniony będzie od zarzutów. Trzeba było liczyć się z jakimś - oby tylko możliwie najniższym i w zawieszeniu - wyrokiem. Wiele zależało również od ewentualnych zeznań poszkodowanego - który wciąż znajdował się w terapeutycznej śpiączce.
(Może istniały jeszcze jakieś inne powiązania i zaszłości, o których zrazu nie było mowy.)
Cdn.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
