Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.


Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.

wtorek, 25 lutego 2014

Nie samym chlebem...

Wspaniale jest mieć kuzyna. To prawie brat, tyle, że cioteczny. W moim przypadku stryjeczny.
Można o wszystkim pogadać, pospacerować niespiesznie po mieście, zasiąść w przytulnej kawiarni, zajadając się pysznym ciastkiem. A jeszcze gdy - jak w ubiegłą sobotę - do kina zaprosi, to już jest cud i miód. W posiadaniu takiego to wspaniałego kuzyna mam zaszczyt być.
Zapragnęłam obejrzeć film - Tajemnica Filomeny*. Tak się złożyło, że mój kuzyn też.
Od słowa, do słowa, mówisz - masz.

Co mam powiedzieć o samym filmie. By rąbka tajemnicy uchylić, nie odbierając jednocześnie przyjemności z oglądania.
Bo wprawdzie i tak nie zamierzałam robić tego, czego nie lubię u innych, czyli opowiadać fabuły, lecz teraz szczególnie chcę być ostrożna. Kuzyn przestrzegał mnie bowiem, żebym pod żadnym pozorem nie zdradzała zakończenia. Tak też i postąpię, ograniczając się jedynie do własnych impresji.
Muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś w typie słynnych "Sióstr Magdalenek".
Tymczasem ten film jest z zupełnie innej bajki. Poruszający w swojej cudownej prostocie przekaz, stał się możliwy dzięki niezwykle trafnej obsadzie. To dosłownie strzał w dziesiątkę.
Odtwórczyni głównej roli, brytyjska aktorka  Judi Dench, stworzyła kreację pełną ciepła, ludzkiej prawdy i ducha wybaczenia.  Ekranowy partner Steve Coogan okazał się godnym partnerem.
Przez cały czas trwania film trzymał w napięciu. Nie przez dynamikę akcji, tej bowiem tutaj jak na lekarstwo.
Uwagę skupiał nie tyle z powodu "dziania się", co raczej dzięki sekwencji zbliżeń - pełnych zamyśleń i wielorakich podtekstów.
Jak też za sprawą przekazu - słownego i podskórnego - z nienachalnym poczuciem humoru.
Ten, kto spodziewał się konfrontacji, musiał się rozczarować. Niektórzy to nawet mile.
Jak- nie przymierzając - ja.
To film o wybaczeniu, przyjęciu odpowiedzialności za całość własnej historii, pogodzeniu się z nieuchronnością. Jak też odmowie przyjęcia roli ofiary. Żal, który musiał zostać wyartykułowany, nie miał konkretnego adresata. Na pewno zaś nie był nim Kościół.
W tym miejscu wyznać muszę - moja anarchistyczna natura co i rusz zgłaszała przeciw temu sprzeciw. Wybaczyć, owszem, lecz nie tak bezwarunkowo. Jakaś satysfakcja (u licha!) musi przecież być. Lecz za sprawą końcowych sekwencji ...stopniałam jak lód. I mam wrażenie, że nie tylko ja. Wszelka gorycz i bunt rozpłynęły się w morzu miłości i przebaczenia. Takiego, które znosi potrzebę konfrontacji. Ta bowiem nijak nie mogłaby się ostać w obliczu odwiecznej Mądrości.
Tytułem podsumowania powiem tylko jedno: wart jest tej renomy, którą sobie zdobył.

Taki to, rzec można, a nawet trzeba, miły miałam wieczór. Bo jeszcze i spacer ulicami miasta, a to znów herbatka w uroczym lokalu. Że o ciastkowej rozpuście nie będę wzmiankować.
Jakby jeszcze tego było mało, w niedzielę uczestniczyłam we wspaniałym koncercie.
Muzyka Fryderyka Chopina, Wojciecha Kilara i Witolda Lutosławskiego rozbrzmiewała w Gdańskiej Akademii Muzycznej.
A to jeszcze, okazuje się, nie koniec atrakcji. Teraz za sprawą rodzonego brata stałam się szczęśliwą posiadaczką biletów na premierę opery Mozarta, Cosi Fan Tutte - w najbliższą sobotę.
Będzie się działo.
Tylko w co ja się, nieszczęsna (w obliczu zgubnych skutków objadania ciasteczkami), ubiorę.
Idąc za ciosem, może by tak jeszcze udało się zdobyć bilety na występ André Rieu w Ergo Arenie, kochany Braciszku.

_______________________________________________
*Produkcja: Francja, USA, Wielka Brytania. Reżyseria: Stephen Frears.









niedziela, 23 lutego 2014

Konkurs u Fidrygauki

W ostatniej chwili zauważyłam, że u Fidrygauki jest kolejny konkurs na wprawkę.
Aktualny temat - "Ja". Trudno, a nawet diabelnie trudno jest coś sensownego na taki temat sklecić.
Oto moja propozycja.

Ja

Niezwykle trudno jest mówić o tym, co jest JA, a co już nim nie jest.
Bo jakość kreacji własnej osoby bardzo wiele mówi o kimś, kto prezentacji takiej dokonuje.
Kto wie, czy nie więcej, niż zewnętrzny ogląd według klucza "gołych faktów".  
Wszak one prawie nigdy tak zupełnie gołe nie są.
Powiedz mi, w czym gustujesz, a zgadnę, kim naprawdę jesteś. 
Stanowimy przecież odbicie swoich pragnień, ambicji, marzeń; kto wie, czy nie projekcji nawet.
Przyjmując na siebie określone role, stajemy się realnymi podmiotami własnych kreacji. 
I nic w tym szczególnego, to proces nieuchronny. 
Jak kształtowanie odlewu na bazie określonej formy.
Dlatego zawsze ustalam wzorce a' priori. 
Są mi drogowskazem w tym żmudnym procesie pracy nad JA

sobota, 22 lutego 2014

Nie zawsze się skórka za wyprawkę opłaci

Zapragnęłam śledzików w occie. Marzyłam o nich już od tygodnia.
Takich, co to się je najpierw opieka, potem marynuje w occie z cebulą tudzież przyprawą wszelką.
Niepomna zupełnie na to, co się rok temu przy podobnej okazji działo.
Pamięć, wiadomo, zawodna; wspomnień przykrych dłużej niż rok nie hoduje.
I nie mówię teraz o mojej kamicy żółciowej, dzisiaj o czym inszym zgoła.
Daremnie odradzała mi siostra, że niby od dawna już nie czyni tego.
Posłuchałam przyjaciółki, która poradziła ...otworzyć okno. Mądrala jedna.
Jak (żarłoczny) mus, to mus; śledzie zakupiłam. Półtora kilo, jakby kilogram mi nie wystarczył.
No to się wpakowałam, ogólnie biorąc to-to mnie przerosło. Smażyłam w sześciu etapach, dwa razy zmieniając olej. Powietrze tak zostało tłuszczem nasycone, że drobinki osiadły dosłownie wszędzie. Kuchenka, zlewozmywak, naczynia na suszarce.
Moje ubranie, perfekcyjny makijaż, włosy tudzież okulary.
A pod nimi ...oczy. Które mi teraz na potęgę łzawią. Piszę i płaczę.
Uprzedzając pytania, okna otwarte były podczas całej operacji, a już po wszystkim nawet i balkon. Wszystko bezskutecznie, przez trzy najbliższe dni, kładąc się do snu będę czuć w nozdrzach ten namolny zapach. Trzy dni - nie dlatego jednak, że potem się ulotni - lecz z powodu przyzwyczajenia węchu raczej.
Kuchnia wyszorowana, ale to na nic; tłuszcz wdarł się we wszystkie szczeliny i zakamarki.
Osiadł na wtyczkach i dostał się do kontaktów.
Oczy i nos przepłukane solą fizjologiczną. Prysznic wzięty, wszystkie ubrania w pralce, za chwilę będę zmieniać pościel.
Wezwanie czyściciela dywanów i malowanie ścian jednak odpuszczę sobie. Płaszcze też poczekają na czyszczenie w swoim zwykłym trybie.
Nie tyle z powodu braku konieczności, ile z braku środków na opłacenie tychże.
Tak to mi się skórka za wyprawkę "opłaciła"!
Teraz zawarłam z rodziną umowę. Gdybym w ciągu najbliższego roku choćby nieśmiało napomknęła, że majaczy mi na horyzoncie wizja smażonych śledzików, czym prędzej mają mi ją z głowy wybić. Niechby nawet i tłuczkiem do ziemniaków.

Teraz grzeję się myślą o dniu jutrzejszym, gdyż zapowiada się interesująco.
Wybieramy się z kuzynem do kina - na film, o którym marzyłam - Tajemnica Filomeny.
Potem pójdziemy obejrzeć postępy prac przy budowie Teatru Szekspirowskiego, na koniec zaś pogadamy przy kawie w którejś z przytulnych knajpek Starego Miasta.
Jutro zdam relację, czy ten (tak bardzo nagłośniony) film spełnił moje oczekiwania.

niedziela, 16 lutego 2014

Fascynacja abstraktem

Zachwyt, fascynacja... Jakimi się to prawami rządzi.
Bywa, że kogoś zachwyci człowiek.
A właściwie jego abstrakt - wyizolowany element osoby.
Którego przedmiotem są przemyślenia, poczucie humoru, przejawy osobowości.
Wszystko w porządku, można i tak. Pod jednym wszakże warunkiem.
Nie może to stanowić pożywki pod projekcję całości osoby.
Kiedy to posiłkując się wiedzą własną wnioskujemy z czyjegoś słowa pisanego, kto on zacz.
Niestety, jak wiadomo, wiedza ogranicza. Im większa, tym ogranicza bardziej. Taki paradoks.
Dlatego, gdy do czynienia mamy z abstraktem, najlepiej odrzucić cały jej zasób, skupiając się na odbiorze treści podanych. Bez zbędnej nadinterpretacji.
Czy fascynacja abstraktem może wytrzymać próbę czasu?
Otóż może - dłużej, niż każda inna. Potrafi nawet obrosnąć legendą.
Czy jednak można wyłącznie na tym zbudować więź międzyosobową? Więź pełnokrwistą?
Nie, bo fascynacja owa z natury swojej bezkrwistą jest.
Lecz nawet jako taka ma niezaprzeczalną wartość.
Może być elementem edukacji, duchowym wsparciem, ogólnie biorąc, źródłem inspiracji wszelkich.
Nie wolno wyznawać abstraktowi miłości do grobowej deski. Chyba że wyłącznie w obszarze abstraktu. Skierowaną do tego jedynie aspektu osoby. Nazywając rzecz po imieniu.
Nie sposób na tak kruchej podstawie przyjąć odpowiedzialności za całość osoby, której jest składową. Wszak cała reszta okazać się może niestrawna.
Nie godzi się wyznawać miłości przez Internet; ani przez telefon nawet.
Warunkiem przemiany relacji w godziwą jest przejście na etap realnej znajomości. 
Z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Nie biorę żadnej odpowiedzialności za zrodzone w czyjeś głowie projekcje mojej osoby.
Nawet, jeśli powstały w oparciu o prezentowany przeze mnie abstrakt.
Prawdziwy i logicznie spójny w swym wyrazie. Niedomówiony, jednak, choć zaszyfrowany, w sposób nietrudny do odcyfrowania. 
Kto na tej kanwie stwarza sobie wizję osoby z krwi i kości, czyni to na własną odpowiedzialność.

Oto odpowiedź, mój Przyjacielu.
- To, co w chwili obecnej pasuje mi najbardziej - nic.
Jakie było pytanie?

piątek, 14 lutego 2014

Doczesne szczątki

Umarł muzyk.
Jak to u artystów bywa, nie był ubezpieczony.
Kto go pochowa zatem. Rodzina?
Miał żonę. Też bez ubezpieczenia.
Zwłoki - poważna rzecz - z tych co to "nie cierpią zwłoki".
Żona nie może. Nie stać jej - jasna rzecz.
To na koszt państwa!
Niestety, odmowa. Że niby żona i takie tam dyrdymały.
W kostnicy trzymać nie sposób - za każdy dzień trzeba płacić extra. 
Zostawić do utylizacji nie da rady. Policja przyjdzie, zacznie się sprawa.
Miał facet kolegów paru, zrobili zrzutkę.
Lecz pech, żaden nie zasobny; uzbierali raptem stówek parę.
Co robić?
Nie można nawet zwołać Rady Kahalnej*, nie ta religia.
Zakopać w lesie z udziałem tych, co pamiętali.
Bo na cmentarzu w opuszczonym grobie to kryminał przecież.
Spalić i prochy rozsypać? Brrrrrrrr! Nie uchodzi. Rozniósłby się zapach...
Może w ogródku. Ma ktoś ogródek lub ustronną działkę?
Nie, to elity zerowego stanu posiadania są.
W końcu już nie wiem, jak problem zażegnano. Wieści dotarły do mnie przypadkiem.
Niedawno działo się to - w moim mieście. Wspomniałam, że je uwielbiam?
Widać, nie warto chwalić dnia przed zachodem. 
_____________________________________
ydowski samorząd reprezentujący gminę wyznaniową