Ten inspirowany Andrzejkami post miałam już napisany w czasie odpowiednim.
Brakowało tylko przysłowiowej kropki nad "i".
Trudno mi było w obliczu trapiących mnie przypadłości zdobyć się na dokończenie.
Dziś Urodziny Dziecięcia mego. Wypadałoby zatem uczcić je adekwatnie.
- Co chcemy robić - pytam zainteresowanego.
- Łaskawie dokończ post o Andrzejku!
Zatem aby stało się zadość osobliwym zwyczajom naszym, oto post na cześć nosiciela imienia tegoż.
Obładowana zakupami, przekładając torby do jednej ręki, z trudem wystukuję kod domofonu.
Przeczuwam już, co za chwilę będzie.
Fetor jest tak dotkliwy, że z ogromnym wysiłkiem powstrzymuję mdłości. Nie ma sposobu, by go zignorować. Na pierwszym piętrze, tuż przed drzwiami do mieszkania leży coś.
Na pierwszy rzut oka brudny kłąb łachmanów.
Ja jednak wiem, że to on.
Andrzejek. Przywykliśmy, by go tak nazywać, chociaż teraz to dorosły chłop.
Skupiam całą uwagę, by nie tknąć poręczy.
Może być zanieczyszczona - siostra żartuje, że od samego powietrza.
Od trzeciego piętra zdaje się być nieco lepiej, choć nozdrza i tak kumulują zapach.
Na czwartym, gdzie mieszka moja mama, prawie nic już nie czuć.
"Prawie nic nie czuć" - tak właśnie zwykle odpowiada, gdy zagadujemy o to.
Mama nigdy nie użyłaby określenia "śmierdzi". Żadnego zresztą niecenzuralnego zwrotu.
Gdy Andrzej był mały, zdarzył się wypadek. Poszli z tatą zmienić opony na zimowe.
Lewarek się obsunął, samochód zmiażdżył ojcu płuca. Zmarł na miejscu, nim przyjechała karetka.
Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia. Na oczach pięcioletniego synka.
Po latach rodzina podzieliła się majątkiem. Andrzejkowi w rozliczeniu dano inne mieszkanie, drugi syn został z matką w tym dotychczasowym.
Po to, by się nią opiekować. Od śmierci męża jakoś nie mogła kobieta do ładu dojść.
Zamieszkał Andrzej w innej części miasta. Przez jakiś czas sprawy toczyły się swoim trybem.
Potem los chyba przestał mu sprzyjać, stracił pracę, zaczął pić, popadł w długi.
Koniec końców stracił wszystko.
Pozbawiony środków do życia nocował na klatkach schodowych, w piwnicach, albo i gdzie popadnie.
Zbierał puszki, cierpliwie przeszukując okolice śmietników. W nadziei, że wypatrzy niedopałek papierosa. Albo coś nadającego się do spożycia, bo i z tym zaczynało być krucho.
Nie wiem, czy korzystał z noclegowni bądź z darmowych jadłodajni. Dość, że snuł się po osiedlu, brudny i odrażający. Czasami litościwy kumpel dał mu się napić ze wspólnej flaszki.
Wreszcie wpadła mu do głowy myśl, by wrócić do rodzinnego gniazda.
Ot, niemal jak biblijny, marnotrawny syn.
Tyle, że jego powrotu nie życzył sobie nikt.
Ojciec nie żyje, matka znalazła sobie konkubenta, a bratu właśnie powiększyła się rodzina.
Tak więc Andrzejek spędzał dni pod drzwiami dawnego mieszkania.
Żywiąc się tym, co łaskawa rodzina wystawiła mu w reklamówce.
Czasem pozwalano mu się wykąpać i zmienić ubranie. To już przecież coś.
Gdy wychodził z budynku, brat zmywał podłogę, chcąc zatrzeć ślady bytności Andrzejka.
Nie zawsze skutecznie. Brud wżerał się w podłoże, na drzwiach znaczył miejsca, których dotykały gnijące łachmany. Odrażający fetor nie miał szans się ulotnić w zastałym powietrzu.
Sąsiedzi zaczęli się burzyć.
To być nie może. Wszak obniża wartość lokali. Sformułowano petycję.
Niechaj stosowne władze się Andrzejkiem zajmą, zabronią wstępu na klatkę.
Zaczęto zbierać podpisy. Oprócz mojej mamy zgodzili się wszyscy.
Czyż nie przeszkadza jej zapach? Owszem, przeszkadza, lecz miłość bliźniego pojmuje serio.
- A gdyby tak o mnie chciano decydować...
Jakie uczucia mamy odnośnie bezdomnych?
Czujemy się od nich lepsi.
Dlatego, że bardziej uprzywilejowani. Bardziej ogarnięci. Albo mądrzejsi.
Że nam należy się więcej.
Że sami sobie są winni.
Żądamy, by wyrzucać ich z dworców, autobusów, tuneli.
Bo brudni, paskudni i...śmierdzą.
Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.
Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.
Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.
poniedziałek, 8 grudnia 2014
poniedziałek, 24 listopada 2014
Uwielbiam panacea wszelakie
Nie owijając w bawełnę - ciężkie dopadło mnie choróbsko.
Siostra dworuje ze mnie, jaką to antyreklamą zdrowego trybu życia jestem.
Nie palę, nie piję, odżywiam się witaminowo, kocham wszelaki ruch i spacery.
Tymczasem można by zapytać, co mi nie dolega.
Siostrze - mądrali - odpowiem, że gdyby nie mój zdrowy tryb, wspomniane przypadłości dopadłyby mnie jeszcze wcześniej.
No, może zresztą nie do końca taki zdrowy. Dopiero wszak przed trzema miesiącami zarzuciłam niecny swój proceder. Czyli żarcie słodyczy w hurtowych ilościach.
Próby zaradcze w oparciu o rodzimy system służby zdrowia, póki co, spaliły na panewce.
Można by rzec, siedzę na beczce prochu.
Cóż począć, gdy jedynym wyjściem jest operacyjny zabieg, na który czekać trzeba parę ładnych (albo raczej niezbyt ładnych) lat.
Który w dodatku nie daje rękojmi, lecz tylko szansę.
W takich razach jedyną, bywa, nadzieją, jawią się człeku ...panacea.
Lubię sobie poczytać "cudownych" ozdrowień świadectwa.
Zwłaszcza, gdy nastąpiły po krótkiej, nieskomplikowanej, przede wszystkim zaś niedrogiej, kuracji.
Swego czasu pisałam o urynoterapii.
Spokojnie, bez obawy; ten temat dla mnie dawno jest zamknięty.
Eureka - Laminina!
Już, już, zdecydowana byłam - z kasy wyskoczywszy - zakupić ów cudowny, rewelacyjny, rewolucyjny wręcz, drogi specyfik... Tak drogi, że miesięczna kuracja pochłaniałaby dwie trzecie tego, co zostaje mi na życie. (Czyli, obiektywnie biorąc, nie taki znowu drogi. Tyle, że - bagatela - nie na moją kieszeń.)
Lecz tymczasem...
Trafiłam na pewien blog popularyzujący naturalne sposoby radzenia sobie z problemami zdrowia.
Zaskakujące, jak bardzo podatny jest człek na takie sympatyczne pranko mózgu.
Ach, jak kocham wszystkie te "nieinwazyjne", "naturalne" i "fizjologiczne" sposoby na odzysk zdrówka. Lektura takowa do śniadania stanowi najlepszy poranny brukowiec.
Tak oto uzyskałam informację o metodzie płukania ust olejem.
Metoda bynajmniej nie nowa. Z dzieciństwa pamiętam, jak stosowała ją moja mama.
Nazywała to żuciem oleju. Jak zwał, tak zwał.
Fiku miku - łyżka oleju do paszczy - i po krzyku.
Za to jakaż to dla zdrowia korzyść! W tym cała nadzieja.
Olej należy żuć na czczo. I to przez pół godziny!
Dziś nastał ten wielki dzień. Olej zaaplikowany.
I tu zaczęły się przysłowiowe schody. Co począć z nadmiarem śliny.
Przełykać jakoś w tylnej części gardła? Tak się zdawało przesuszone, że niemal połknęłam zawartość.
Zemdliło mnie na tę myśl, odruchem grożąc wymiotnym. Że już nie wspomnę tu o konsekwencjach - same szkodliwe to substancje. Po pięciu minutach, pod sankcją udławienia się, musiałam skapitulować.
Naiwna, krótkotrwała nadzieja - bezcenna.
Czyżby ostatnią deską ratunku (patrz punkt pierwszy) miała być kosztowna kuracją lamininą?
Przy okazji - ktokolwiek słyszał, ktokolwiek zna?
Tu wieść z ostatniej chwili.
Właśnie odkryłam (dzięki wspomnianemu już blogowi), następny przecudowny środek.
Co godne uwagi, znacznie mniej uciążliwy w stosowaniu.
Chodzi o olej kokosowy, którego do tej pory - według klucza grupy krwi - starałam się unikać raczej.
Ciekawe, że nic nie napisano o tym.
Środek ów ma takie krocie zastosowań tudzież tyle chorób leczy, że gdybym chciała je wymieniać, zanudzilibyście się na śmierć.
Chyba, że i na nudę działa również.
Póki co, nie doczytałam, czy i moja przypadłość znajduje się w tym spisie.
W te pędy lecę czytać dalej.
Wprawdzie z chorobą nie ma żartów, lecz skoro nie ma też nadziei, pozwolę sobie potraktować ją z właściwym sobie, wisielczym poczuciem humoru.
Innymi słowy, ciekawi mnie, czy jesteście w stanie odgadnąć, jakież to paskudne choróbsko uwzięło się na mój organizm.
Gwoli ścisłości dodam, że nie jest to nowotwór, choroba Alzheimera, SM, ani też epilepsja.
Żartownisiów zaś uprzedzam, że nie jest to demencja, nietrzymanie moczu, ani hemoroidy.
Nie ten trop.
W oko wpadła mi jeszcze jeszcze jedna, wielce osobliwa koncepcja. W myśl której pokarmy winniśmy spożywać głównie na surowo. Ach, któż ogarnie wszystkie te rewelacje...
Całej niedzieli nie starczy mi na rozpracowanie co ciekawszych prezentacji tego blogu.
Siostra dworuje ze mnie, jaką to antyreklamą zdrowego trybu życia jestem.
Nie palę, nie piję, odżywiam się witaminowo, kocham wszelaki ruch i spacery.
Tymczasem można by zapytać, co mi nie dolega.
Siostrze - mądrali - odpowiem, że gdyby nie mój zdrowy tryb, wspomniane przypadłości dopadłyby mnie jeszcze wcześniej.
No, może zresztą nie do końca taki zdrowy. Dopiero wszak przed trzema miesiącami zarzuciłam niecny swój proceder. Czyli żarcie słodyczy w hurtowych ilościach.
Próby zaradcze w oparciu o rodzimy system służby zdrowia, póki co, spaliły na panewce.
Można by rzec, siedzę na beczce prochu.
Cóż począć, gdy jedynym wyjściem jest operacyjny zabieg, na który czekać trzeba parę ładnych (albo raczej niezbyt ładnych) lat.
Który w dodatku nie daje rękojmi, lecz tylko szansę.
W takich razach jedyną, bywa, nadzieją, jawią się człeku ...panacea.
Lubię sobie poczytać "cudownych" ozdrowień świadectwa.
Zwłaszcza, gdy nastąpiły po krótkiej, nieskomplikowanej, przede wszystkim zaś niedrogiej, kuracji.
Swego czasu pisałam o urynoterapii.
Spokojnie, bez obawy; ten temat dla mnie dawno jest zamknięty.
Eureka - Laminina!
Już, już, zdecydowana byłam - z kasy wyskoczywszy - zakupić ów cudowny, rewelacyjny, rewolucyjny wręcz, drogi specyfik... Tak drogi, że miesięczna kuracja pochłaniałaby dwie trzecie tego, co zostaje mi na życie. (Czyli, obiektywnie biorąc, nie taki znowu drogi. Tyle, że - bagatela - nie na moją kieszeń.)
Lecz tymczasem...
Trafiłam na pewien blog popularyzujący naturalne sposoby radzenia sobie z problemami zdrowia.
Zaskakujące, jak bardzo podatny jest człek na takie sympatyczne pranko mózgu.
Ach, jak kocham wszystkie te "nieinwazyjne", "naturalne" i "fizjologiczne" sposoby na odzysk zdrówka. Lektura takowa do śniadania stanowi najlepszy poranny brukowiec.
Tak oto uzyskałam informację o metodzie płukania ust olejem.
Metoda bynajmniej nie nowa. Z dzieciństwa pamiętam, jak stosowała ją moja mama.
Nazywała to żuciem oleju. Jak zwał, tak zwał.
Fiku miku - łyżka oleju do paszczy - i po krzyku.
Za to jakaż to dla zdrowia korzyść! W tym cała nadzieja.
Olej należy żuć na czczo. I to przez pół godziny!
Dziś nastał ten wielki dzień. Olej zaaplikowany.
I tu zaczęły się przysłowiowe schody. Co począć z nadmiarem śliny.
Przełykać jakoś w tylnej części gardła? Tak się zdawało przesuszone, że niemal połknęłam zawartość.
Zemdliło mnie na tę myśl, odruchem grożąc wymiotnym. Że już nie wspomnę tu o konsekwencjach - same szkodliwe to substancje. Po pięciu minutach, pod sankcją udławienia się, musiałam skapitulować.
Naiwna, krótkotrwała nadzieja - bezcenna.
Czyżby ostatnią deską ratunku (patrz punkt pierwszy) miała być kosztowna kuracją lamininą?
Przy okazji - ktokolwiek słyszał, ktokolwiek zna?
Tu wieść z ostatniej chwili.
Właśnie odkryłam (dzięki wspomnianemu już blogowi), następny przecudowny środek.
Co godne uwagi, znacznie mniej uciążliwy w stosowaniu.
Chodzi o olej kokosowy, którego do tej pory - według klucza grupy krwi - starałam się unikać raczej.
Ciekawe, że nic nie napisano o tym.
Środek ów ma takie krocie zastosowań tudzież tyle chorób leczy, że gdybym chciała je wymieniać, zanudzilibyście się na śmierć.
Chyba, że i na nudę działa również.
Póki co, nie doczytałam, czy i moja przypadłość znajduje się w tym spisie.
W te pędy lecę czytać dalej.
Wprawdzie z chorobą nie ma żartów, lecz skoro nie ma też nadziei, pozwolę sobie potraktować ją z właściwym sobie, wisielczym poczuciem humoru.
Innymi słowy, ciekawi mnie, czy jesteście w stanie odgadnąć, jakież to paskudne choróbsko uwzięło się na mój organizm.
Gwoli ścisłości dodam, że nie jest to nowotwór, choroba Alzheimera, SM, ani też epilepsja.
Żartownisiów zaś uprzedzam, że nie jest to demencja, nietrzymanie moczu, ani hemoroidy.
Nie ten trop.
W oko wpadła mi jeszcze jeszcze jedna, wielce osobliwa koncepcja. W myśl której pokarmy winniśmy spożywać głównie na surowo. Ach, któż ogarnie wszystkie te rewelacje...
Całej niedzieli nie starczy mi na rozpracowanie co ciekawszych prezentacji tego blogu.
sobota, 8 listopada 2014
I znowu mamy listopad
Jakoś tak w zeszłym roku dotarło do mnie, że...od zawsze kocham listopad.
Iść szybkim krokiem wśród szelestu liści.
Ze schyłku snując mgliste i niejasne wątki.
Za światłem morskiej podążać latarni.
Kochanymi oczami kreować nadziei drogę.
Wolniutko podążam ze światełkiem w dłoni.
Dat wypatrując znaczących.
Kim byli - kim teraz.
Po tamtej będący już stronie.
Mądrością.
Wiedząc, czego nie wiedzieli.
Widząc, co było zakryte.
Pojąwszy, czego pojąć nie mogli.
Miłością.
Kochając, choć kiedyś krzywdzili.
Znajomi tak, jak dawniej obcy.
Tak bliscy, jak niegdyś dalecy.
Nadzieją.
Że drogi oświetlą
Łaski uproszą...
Iść szybkim krokiem wśród szelestu liści.
Ze schyłku snując mgliste i niejasne wątki.
Za światłem morskiej podążać latarni.
Kochanymi oczami kreować nadziei drogę.
Wolniutko podążam ze światełkiem w dłoni.
Dat wypatrując znaczących.
Kim byli - kim teraz.
Po tamtej będący już stronie.
Mądrością.
Wiedząc, czego nie wiedzieli.
Widząc, co było zakryte.
Pojąwszy, czego pojąć nie mogli.
Miłością.
Kochając, choć kiedyś krzywdzili.
Znajomi tak, jak dawniej obcy.
Tak bliscy, jak niegdyś dalecy.
Nadzieją.
Że drogi oświetlą
Łaski uproszą...
piątek, 31 października 2014
Wyborcze El Dorado
Łał! Załapałam się do pracy w komisji! Wyborczej, gwoli ścisłości należy dodać.
Wieść, że tym razem (nareszcie!) płacą więcej, nie mogła pozostawić mnie obojętną.
Ludziska walą jak w dym, a ja się mimo to załapałam.
Pierwsze zebranie - w pobliskiej szkole.
Nasza komisja to same panie. W sąsiedniej zaś panów sztuk trzy. Nieważne.
Choć może wcale i nie, bo kto nam będzie te sterty papierzysk nosił?
Pod uwagę wziąwszy stan zdrowia naszego gremium.
Dzień wcześniej nabawiłam się kontuzji nogi. Zerwane ścięgno.
Wchodząc, dyskretnie zasłaniam sobą kulę. Na wszelki wypadek, bo a nuż mi "podziękują".
Tymczasem nie bój żaby. Za chwilę o kulach wchodzi szkolna pedagog młoda.
Dwie inne panie skarżą się na urazy kręgosłupa. O swoim własnym zmilczałam skromnie, wszak już wystarczy wzmiankowana noga.
Sympatyczny pan koordynator otwiera zebranie.
Którego celem koronnym jest wybór przewodniczącego. Tudzież jego zastępcy.
Nikt podjąć się tego nie chce, chociaż to dodatkowy pieniądz.
I nie dziwota; w uposażeniu różnica nie tak znów wielka, za to w obowiązkach - ogromna.)*
Do wczesnych godzin rannych tuła się taki delikwent, w urzędzie kolei swej wyczekując.
A jeszcze dojazd i powrót, niech Boska broni nas ręka!
Po części oficjalnej zaczyna się artystyczna. Czyli ...polowanie na "jeleni".
- A może pani zechce być przewodniczącą - zwraca się do mnie poznana przed szkołą kobieta.
(Wszystkiemu winien ten mój inteligentny wyraz pyska.)
Coś jest na rzeczy, to zawsze ku mnie wzrok swój kierują prelegenci wszystkich nasiadówek świata.
Pierwsza reakcja bywa kluczowa.
Zbieram się tedy do kupy, tak, by stosowny odpór tej niecnej supozycji dać.
- Ja? Żadną miarą! Zresztą kontuzja i co by jeszcze...
Na jakiś przynajmniej czas wyklucza mnie to z obiegu. Teraz niech martwią się inni.
Tymczasem staje się jasne, że każdy z nas ciepłą chce zająć posadkę, nikt nadwerężać się nie zamierza.
Wszyscy idą w zaparte. Sytuacja robi się podbramkowa.
Przewodniczącymi bywają zwyczajowo osoby zmotoryzowane. Tu nagle okazało się, że nikt nie jest w posiadaniu samochodu. Choć wiem, że jedna z osób takowy ma do własnej dyspozycji.
Nie moja sprawa, nie będę wszak donosić.
Inwigilacja trwała przez czas jakiś.
Widać, myśli me przełożyły się na nieprzenikniony wyraz twarzy, bo oto w moją stronę oskarżycielski wycelowano paluch.
- Pani na pewno ma samochód!
(Znów ten mój wygląd; wszyscy bezzasadnie biorą mnie za osobę z wyższej finansowej półki.)
- Niestety, nie mam nawet prawa jazdy. Argument nie do obalenia.
Wreszcie skończyły się żarty. Dwie apodyktyczne panie bez pardonu poczęły typować kandydatury.
Młoda pani pedagog, wykazawszy się zawodowymi umiejętnościami, definitywnie odcięła się od sprawy.
Niech żyje asertywność.
Domorosłe inkwizytorki wzięły teraz na cel młodą kobietę skromnie siedzącą w ostatnim rzędzie.
Owa, przyparta do muru, wydusiła z siebie wyznanie, że ...jest w odmiennym stanie.
Jakże jej współczułam; nie tak przecież chciałoby się obwieszczać światu swoją radość.
Gdyby nie ta kontuzja, wybawiłabym ją z opresji.
Nieuchronna wizja losowania w końcu musi kogoś z mniej odpornych skłonić do kapitulacji.
Znamienne, jakich komicznych owa sytuacja dostarczyć może człeku wniosków z obserwacji.
Dwie panie jednoczą się przeciwko trzeciej, potem zaś nieoczekiwany zwrot akcji sprawia ...że jedna zwraca się przeciwko drugiej.
Widząc, że to nie przelewki, sympatyczna studentka nagle zgodziła się być vice.
Niezła strategia, teraz ktoś inny będzie miał się gorzej.
Nareszcie, po krótkich już przepychankach, inna dziewczyna dała się namówić do objęcia głównej funkcji. Wszyscy deklarowali pomoc, aczkolwiek nikt oficjalnie nie chciał tego brać na klatę.
Wszak w tym roku wprowadzono korespondencyjne głosowanie.
No i jeszcze ta (postrach siejąca!) obsługa elektroniczna.
Atmosfera została oczyszczona, wszyscy wydawali się zadowoleni.
Jedni, bo udało im się wywinąć; inni, że mają to już za sobą i może nie taki diabeł straszny.
Jeszcze tylko podział, kto rano, a kto po południu...i wsio.
Przez chwilę było groźnie, lecz - jak to zwykle - więcej było rannych ptaszków.
Uff, jaka ulga.
O tak nieludzkiej porze mój zegar biologiczny poważnie mógłby szwankować.
Organizm bowiem o siódmej rano stanowczo odmawia mi posłuszeństwa.
Sądzę, że takie perturbacje, mające zresztą miejsce w większości znanych mi komisji, można byłoby skutecznie wyeliminować. Jak widać, różnica w uposażeniu nadal nie jest adekwatna do przypisanych poszczególnym stanowiskom obowiązków. Może należałoby jeszcze bardziej wynagrodzenie takie zróżnicować.
El Dorado? Raczej nie.
_________________________________________________________________
)* W tym roku szeregowy członek komisji otrzymuje 300, zastępca 330, a przewodniczący 380 PLN.
Jak widać, motywacja finansowa niezbyt silna.
Wieść, że tym razem (nareszcie!) płacą więcej, nie mogła pozostawić mnie obojętną.
Ludziska walą jak w dym, a ja się mimo to załapałam.
Pierwsze zebranie - w pobliskiej szkole.
Nasza komisja to same panie. W sąsiedniej zaś panów sztuk trzy. Nieważne.
Choć może wcale i nie, bo kto nam będzie te sterty papierzysk nosił?
Pod uwagę wziąwszy stan zdrowia naszego gremium.
Dzień wcześniej nabawiłam się kontuzji nogi. Zerwane ścięgno.
Wchodząc, dyskretnie zasłaniam sobą kulę. Na wszelki wypadek, bo a nuż mi "podziękują".
Tymczasem nie bój żaby. Za chwilę o kulach wchodzi szkolna pedagog młoda.
Dwie inne panie skarżą się na urazy kręgosłupa. O swoim własnym zmilczałam skromnie, wszak już wystarczy wzmiankowana noga.
Sympatyczny pan koordynator otwiera zebranie.
Którego celem koronnym jest wybór przewodniczącego. Tudzież jego zastępcy.
Nikt podjąć się tego nie chce, chociaż to dodatkowy pieniądz.
I nie dziwota; w uposażeniu różnica nie tak znów wielka, za to w obowiązkach - ogromna.)*
Do wczesnych godzin rannych tuła się taki delikwent, w urzędzie kolei swej wyczekując.
A jeszcze dojazd i powrót, niech Boska broni nas ręka!
Po części oficjalnej zaczyna się artystyczna. Czyli ...polowanie na "jeleni".
- A może pani zechce być przewodniczącą - zwraca się do mnie poznana przed szkołą kobieta.
(Wszystkiemu winien ten mój inteligentny wyraz pyska.)
Coś jest na rzeczy, to zawsze ku mnie wzrok swój kierują prelegenci wszystkich nasiadówek świata.
Pierwsza reakcja bywa kluczowa.
Zbieram się tedy do kupy, tak, by stosowny odpór tej niecnej supozycji dać.
- Ja? Żadną miarą! Zresztą kontuzja i co by jeszcze...
Na jakiś przynajmniej czas wyklucza mnie to z obiegu. Teraz niech martwią się inni.
Tymczasem staje się jasne, że każdy z nas ciepłą chce zająć posadkę, nikt nadwerężać się nie zamierza.
Wszyscy idą w zaparte. Sytuacja robi się podbramkowa.
Przewodniczącymi bywają zwyczajowo osoby zmotoryzowane. Tu nagle okazało się, że nikt nie jest w posiadaniu samochodu. Choć wiem, że jedna z osób takowy ma do własnej dyspozycji.
Nie moja sprawa, nie będę wszak donosić.
Inwigilacja trwała przez czas jakiś.
Widać, myśli me przełożyły się na nieprzenikniony wyraz twarzy, bo oto w moją stronę oskarżycielski wycelowano paluch.
- Pani na pewno ma samochód!
(Znów ten mój wygląd; wszyscy bezzasadnie biorą mnie za osobę z wyższej finansowej półki.)
- Niestety, nie mam nawet prawa jazdy. Argument nie do obalenia.
Wreszcie skończyły się żarty. Dwie apodyktyczne panie bez pardonu poczęły typować kandydatury.
Młoda pani pedagog, wykazawszy się zawodowymi umiejętnościami, definitywnie odcięła się od sprawy.
Niech żyje asertywność.
Domorosłe inkwizytorki wzięły teraz na cel młodą kobietę skromnie siedzącą w ostatnim rzędzie.
Owa, przyparta do muru, wydusiła z siebie wyznanie, że ...jest w odmiennym stanie.
Jakże jej współczułam; nie tak przecież chciałoby się obwieszczać światu swoją radość.
Gdyby nie ta kontuzja, wybawiłabym ją z opresji.
Nieuchronna wizja losowania w końcu musi kogoś z mniej odpornych skłonić do kapitulacji.
Znamienne, jakich komicznych owa sytuacja dostarczyć może człeku wniosków z obserwacji.
Dwie panie jednoczą się przeciwko trzeciej, potem zaś nieoczekiwany zwrot akcji sprawia ...że jedna zwraca się przeciwko drugiej.
Widząc, że to nie przelewki, sympatyczna studentka nagle zgodziła się być vice.
Niezła strategia, teraz ktoś inny będzie miał się gorzej.
Nareszcie, po krótkich już przepychankach, inna dziewczyna dała się namówić do objęcia głównej funkcji. Wszyscy deklarowali pomoc, aczkolwiek nikt oficjalnie nie chciał tego brać na klatę.
Wszak w tym roku wprowadzono korespondencyjne głosowanie.
No i jeszcze ta (postrach siejąca!) obsługa elektroniczna.
Atmosfera została oczyszczona, wszyscy wydawali się zadowoleni.
Jedni, bo udało im się wywinąć; inni, że mają to już za sobą i może nie taki diabeł straszny.
Jeszcze tylko podział, kto rano, a kto po południu...i wsio.
Przez chwilę było groźnie, lecz - jak to zwykle - więcej było rannych ptaszków.
Uff, jaka ulga.
O tak nieludzkiej porze mój zegar biologiczny poważnie mógłby szwankować.
Organizm bowiem o siódmej rano stanowczo odmawia mi posłuszeństwa.
Sądzę, że takie perturbacje, mające zresztą miejsce w większości znanych mi komisji, można byłoby skutecznie wyeliminować. Jak widać, różnica w uposażeniu nadal nie jest adekwatna do przypisanych poszczególnym stanowiskom obowiązków. Może należałoby jeszcze bardziej wynagrodzenie takie zróżnicować.
El Dorado? Raczej nie.
_________________________________________________________________
)* W tym roku szeregowy członek komisji otrzymuje 300, zastępca 330, a przewodniczący 380 PLN.
Jak widać, motywacja finansowa niezbyt silna.
piątek, 24 października 2014
Co to jest grazmo
Z cyklu: Rodzinne anegdoty
Pieśni kościelne, bez dwóch zdań, własnymi prawami się rządzą.
Niekiedy trudno dopatrzeć się w tym sensu.
Powstały, by spełniać określone kryteria. Nie nam się o to spierać.
Nawet jeśli pozornie gdzieś tkwi błąd, okazuje się, że ...to my jesteśmy w błędzie.
W latach wczesnego dzieciństwa, bywając z babcią u Ojców Dominikanów, często słyszałam pewną bardzo starą pieśń. Rozumiałam, że z treścią tejże dyskutować nie wolno.
Jednak od pewnego czasu dręczyło mnie pytanie. Chodziło o pewną frazę.
Tak bardzo chciałam zapytać o to babcię. Wszak kto jak kto, lecz ona na pewno musiałaby wiedzieć.
Bywała "w kręgach" osoba nie mogłaby tego nie wiedzieć.
Babciu, powiedz mi, proszę, co to jest grazmo.
Te słowa uwięzły mi w gardle i za nic nie mogły (choć bardzo chciały) przez nie przejść.
Skąd ta obawa, mógłby się zdziwić niewtajemniczony ktoś. Pytać wszak dziecka przywilejem.
Owszem, lecz ja bardzo się bałam utracić status "najmądrzejszej wnuczki".
To zaś mnie nieuchronnie czekało wobec odkrycia niechlubnej mej ignorancji.
Taka duża dziewczynka, a ważnej rzeczy nie wie!
Zagadka wyjaśniła się kilka lat później - w całkiem naturalny sposób.
Gdy tylko nauczyłam się czytać, czarno na białym ukazały mi się zagadkowe do tej pory słowa.
Co igra z morza falami(...)
Cała rzecz w nietypowym, a dla pieśni kościelnych właśnie typowym, rozłożeniu akcentów.
W odbiorze słuchowym powstało nieznane mi (bo nieistniejące) słowo.
Grazmo stało się dla nas symbolem najdziwaczniejszych słownych skojarzeń, a co za tym idzie, obiektem kolektywnych "śniadaniowych" żartów.
Pieśni kościelne, bez dwóch zdań, własnymi prawami się rządzą.
Niekiedy trudno dopatrzeć się w tym sensu.
Powstały, by spełniać określone kryteria. Nie nam się o to spierać.
Nawet jeśli pozornie gdzieś tkwi błąd, okazuje się, że ...to my jesteśmy w błędzie.
W latach wczesnego dzieciństwa, bywając z babcią u Ojców Dominikanów, często słyszałam pewną bardzo starą pieśń. Rozumiałam, że z treścią tejże dyskutować nie wolno.
Jednak od pewnego czasu dręczyło mnie pytanie. Chodziło o pewną frazę.
Tak bardzo chciałam zapytać o to babcię. Wszak kto jak kto, lecz ona na pewno musiałaby wiedzieć.
Bywała "w kręgach" osoba nie mogłaby tego nie wiedzieć.
Babciu, powiedz mi, proszę, co to jest grazmo.
Te słowa uwięzły mi w gardle i za nic nie mogły (choć bardzo chciały) przez nie przejść.
Skąd ta obawa, mógłby się zdziwić niewtajemniczony ktoś. Pytać wszak dziecka przywilejem.
Owszem, lecz ja bardzo się bałam utracić status "najmądrzejszej wnuczki".
To zaś mnie nieuchronnie czekało wobec odkrycia niechlubnej mej ignorancji.
Taka duża dziewczynka, a ważnej rzeczy nie wie!
Zagadka wyjaśniła się kilka lat później - w całkiem naturalny sposób.
Gdy tylko nauczyłam się czytać, czarno na białym ukazały mi się zagadkowe do tej pory słowa.
Co igra z morza falami(...)
Cała rzecz w nietypowym, a dla pieśni kościelnych właśnie typowym, rozłożeniu akcentów.
W odbiorze słuchowym powstało nieznane mi (bo nieistniejące) słowo.
Grazmo stało się dla nas symbolem najdziwaczniejszych słownych skojarzeń, a co za tym idzie, obiektem kolektywnych "śniadaniowych" żartów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)