Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.


Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.

sobota, 17 października 2015

Trauma

Miałam opowiedzieć Wam tę historię przynajmniej jakiś rok temu. Tymczasem, jak to zwykle bywa, została odłożona ad acta i z kretesem zapomniana. Po odświeżeniu jej u źródła - choć już bez tamtych emocji - przedstawiam ją teraz. Jako, że 15 października obchodziliśmy Światowy Dzień Dziecka Utraconego, będzie chyba à propos.

Dwa lata temu 37 letnia wówczas Justyna, z zawodu pedagog, była szczęśliwą żoną i matką półtorarocznego Piotrusia. Przebywała wciąż na urlopie wychowawczym, kiedy zdecydowała, że ponownie chce doświadczyć uroków macierzyństwa. Widok maleńkich dzieci w wózeczkach był dla niej tak inspirujący, że zapragnęła jeszcze raz poczuć w sobie bicie maleńkiego serca. Nie musiała zbyt długo czekać - już wkrótce mogła podzielić się radością z mężem. Pierwsze badanie USG sugerowało, że będzie to córeczka. Niestety, przy okazji wyszły na jaw poważne wady rozwojowe, między innymi nieuleczalna choroba serca. Lekarz bez ogródek zasugerował radykalne zakończenie ciąży.
Ze względu na swój katolicki światopogląd rodzice ani przez chwilę nie brali takiej możliwości pod uwagę. Zdecydowali, że odtąd już wszystko pozostawią w rękach Boga.
Na wniosek lekarza prowadzącego Justyna odstawiła Piotrusia od piersi. Z ogromnym żalem, wszak ta niepowtarzalna więź matki i dziecka w praktyce nie ma sobie równych. Zdarzało jej się czasem zrobić odstępstwo, gdy Piotruś był niespokojny, albo mocno płakał. Słyszała wprawdzie, iż hormon sprzyjający laktacji może wywierać działanie poronne, ale...może nie będzie tak źle.
Pewnego dnia, gdzieś w połowie szóstego miesiąca ciąży, zdała sobie sprawę, że od rana nie czuje ruchów dziecka. Natychmiast skonsultowała się ze swoim lekarzem, który zalecił ścisłą obserwację. Nazajutrz - poważnie już zaniepokojona - udała się na badanie do szpitala. Potwierdziło ono z całkowitą pewnością, że płód jest martwy.
Rozpacz rodziców pojąć mogą jedynie ci, którym wypadło zmierzyć się z podobną traumą.

Teraz już nie pozostawało nic innego, jak tylko wywołać poród. Siłami natury, bowiem w takich przypadkach operacja jest (podobno) niebezpieczna dla kobiety. Kto by się tam jednak spieszył z martwym dzieckiem - z powodu pełnego obłożenia musiała czekać jeszcze prawie tydzień. Z uwagi na brak wolnych łóżek umieszczono ją na oddziale patologii ciąży, wraz z kobietami oczekującymi na urodzenie żywych dzieci. Nie trzeba wysilać wyobraźni, by uzmysłowić sobie ogrom bólu, który, prócz tego nieuniknionego, stał się dodatkowo jej udziałem. Kobiecie zaaplikowano oksytocynę, bowiem naturalna akcja porodowa zazwyczaj nieprędko ma miejsce w takich razach. Trzeba było zatem wywołać ją sztucznie. Wyobraźmy sobie te godziny męczarni w niepewności i stresie wywołanym poczuciem bezsilności. Czuła się niemal intruzem -  i to zarówno wobec personelu, jak i towarzyszek z sali. Dawano jej to do zrozumienia prawie bez ogródek.
Po pewnym czasie nie była już w stanie powstrzymać - siłą woli do tej pory tłumionych - oznak bólu. A przecież nie były to przejawy histerii bądź przewrażliwienia - kobieta dzielnie się starała sprostać swojej sytuacji. W tym miejscu małe uściślenie. W przypadku "porodu" tego typu rozwarcie szyjki macicy może być nieadekwatne w stosunku do nasilenia bólów partych wywołanych za pomocą leków. Czyż trzeba dodawać coś więcej? Jak bardzo cierpieć musi kobieta w sytuacji, gdy nikt nad nią nie czuwa i nie udziela stosownych instrukcji. Bo trzeba powiedzieć to jasno - zostawiono ją praktycznie samej sobie. Na tym etapie "opieka" personelu polegała li tylko na uciszaniu za pomocą złośliwych komentarzy. Nie wiedząc, co jeszcze mogłaby w tej sytuacji zrobić - tracąc nieomal rachubę czasu, zapadając w letarg, a następnie wybudzając się - przypomniała sobie lekturę jednego z numerów National Geographic. Traktował on o sposobach rodzenia praktykowanych przez Indianki z dżungli amazońskiej. Rodzą one w pozycji kucznej, ponieważ siła grawitacji skutecznie pomaga dziecku przejść przez kanał rodny. Wymknęła się zatem do łazienki, która szczęśliwym trafem okazała się wolna. W ostatnim akcie desperacji próbowała wyprzeć z siebie martwy płód. Po pewnym czasie, bliska już utraty przytomności, poczuła wychodzące z niej ...nogi dziecka. (Martwy płód przeważnie znajduje się w nieodpowiednim do porodu ułożeniu.) Przerażona, podtrzymując je rękami, z krzykiem wypadła na korytarz. Dopiero teraz wszyscy rzucili się na ratunek. Okazało się, że rozwarcie jest na tyle małe, iż głowa nie ma szansy się wydostać. Zaaplikowano narkozę, po czym rozkawałkowano czaszkę płodu, zaś następnie wyłyżeczkowano pozostałość.

Kiedy już było po wszystkim, lekarz odradził rodzicom wizualne pożegnanie się z córeczką.
Justyna długo odchorowywała stratę, potem jednak pomyślała o mądrości natury.
Jeżeli dziecko okazało się nieuleczalnie chore, zapewne było to najsensowniejsze wyjście.
Natura tak właśnie od wieków działa.

Dziś - choć minął już rok od tamtych wydarzeń - dziewczyna wciąż próbuje o nich zapomnieć.
Głównie z tego powodu nie zdecydowała się na wniesienie skargi przeciwko szpitalowi.
Chce wyprzeć z pamięci tę ogromną traumę. Już więcej nie zamierza starać się o dziecko.

wtorek, 13 października 2015

Moje "samotne" dzieciństwo

Dzieciństwo - obiektywnie biorąc - bardzo szczęśliwe miałam. Troskliwy, kochający Tata, zapobiegliwa, tryskająca pomysłami Mama. Prawdziwy gejzer energii i tytan pracy na dokładkę.
Tudzież całe mnóstwo młodych, nieustannie zachwyconych cioć. Najwspanialsza w świecie Babcia i uważny, pedagogicznie myślący Dziadek. Sęk w tym, że oprócz tego było jeszcze kilka "Starszych Ciotek", czyli Babci mojej sióstr. Bynajmniej zresztą żadną z nas nie zachwyconych, a wprost przeciwnie, wiecznie znajdujących pretekst do łajania. Jeśliby zsumować wszystkie ich zarzuty, trzeba by mniemać, iż musiałam być najgorszym dzieckiem na tym łez padole. Niegodnym miłości ani uwagi niczyjej. Ja i dwie siostry. Brat urodził się kilkanaście lat później. Innymi słowy, w całkiem nowej erze. 
Mając wokół siebie rodzinę tak liczną i "zaangażowaną" nietrudno wyobrazić sobie, o czym marzyłam najbardziej.
Otóż ...o samotności. O prawie do niezależności, autonomii i wolności. Cóż zresztą innego mogłoby konkurować z tymi popołudniami w cudownym odosobnieniu najbardziej zapuszczonego zakątka wielkiego ogrodu na modłę Tajemniczego. Z oddawaniem się marzeniom, imaginacjom, tudzież mrocznym, bliżej nie sprecyzowanym rytuałom. Od zawsze przeczuwałam, jak niewiele mam wspólnego z całą resztą populacji. Zazwyczaj podobały mi się rzeczy diametralnie różne. Zwyczajne, "ludzkie" pasje, smutki, czy radości do całkiem innej przynależały kategorii. Zaś jednym z najulubieńszych miejsc dzieciństwa jawił mi się cmentarz.
Już bardzo wcześnie musiałam wypracować sobie model bezkolizyjnego obcowania z ludźmi. Zarówno w grupie rówieśniczej, jak też i w rodzinie. Nie licząc drobnych perturbacji, całkiem nieźle mi się udawało. Lecz to, co było mi najmilsze, zaludniało moje myśli, kształtowało wyobraźnię.
I niedostępnym się jawiło komukolwiek z zewnątrz. "Współcześni" żartują nawet, iż prawdziwe moje życie upływało w nurcie wirtualnym. Chociaż pojęcie wirtualny nieznane było podówczas nikomu.
Życie to może akurat niekoniecznie - ono było realne w całej rozciągłości.
Za to szczęście - to już całkiem inna sprawa.
Jedynie w świecie wirtualnym potrafiłam być szczęśliwa. Bo tylko tam lubiłam tak naprawdę być.
Zawsze miałam wrażenie, iż zewnętrzy przekaz mojej osoby różni się od tego, kim czuję się wewnątrz. Tak, jakbym nie do końca potrafiła uzewnętrznić to, co mnie wyraża. Może w obawie, by nie zostało strywializowane bądź też na tapetę wzięte.

Zastanawiam się, kim dzisiaj jest dla mnie tamta dziewczynka z chmurnym wejrzeniem i ogryzionymi paznokciami. Ze starannie przez matkę wplecionymi we włosy kokardami.
Być może jeszcze nie dotarłam tak daleko.

--------------------

Post inspirowany tym, co dzisiaj u Róży. Czy pisanie o "samotnym dzieciństwie" należy do kategorii zanadto prywatnej, by się na to kusić? Może tak, a może wcale nie. Wszystko zależy od tego, jak do tematu podejdziemy. Jeżeli natomiast ktoś poczułby się z lekka zakłopotany moimi szczerymi wywodami - to tylko jego problem. O ile bowiem na co dzień wyznaczam sobie pewne ramy - tak, by nikogo nie urazić - w tym akurat przypadku to tak nie działa. Mój blog - moje prawo do ekshibicji. Uwielbiam to. Widać, drzemią we mnie nieprzebrane pokłady egocentryzmu.

sobota, 3 października 2015

Kult ciała?

Wiele się w dzisiejszej dobie mówi o tak zwanym kulcie ciała. Tak zwanym zaś dlatego, iż na dobrą sprawę trudno się dopatrzeć czegoś podobnego w nowoczesnym podejściu do ludzkiego ciała. Chociaż po prawdzie to nawet i nie sposób określić go "nowoczesnym". Bo czym na dobrą sprawę różni się propagowana w wiekach średnich wzgarda tudzież umartwienie ciała - jako tej gorszej cząstki człowieczeństwa - od tego, co nam się narzuca dzisiaj. Powszechnie praktykuje się mordercze, katorżnicze wręcz ćwiczenia na siłowni, głodówkę zaś na pograniczu anoreksji wynosi się do rangi działań prozdrowotnych. Zaiste, nawet najbardziej wyrafinowane średniowieczne praktyki nie dorównują tej ascezie. Zmienił się jedynie obiekt kultu.
Dawniej czyniono tak w imię Boga, dziś rolę tę pełni...czyżby człowiek?
Otóż nic z tych rzeczy. Zdaje się bowiem, że nigdy jeszcze w historii nie odnotowano tak wielkiej pogardy dla ludzkiego ciała. Takiej negacji, w całości podporządkowującej funkcjonalność organizmu estetyce li tylko. I to estetyce kastrującej przyrodzoną cielesność w imię wyabstrahowanej idei seksualizmu. Ciało ludzkie - damskie czy męskie, bez różnicy - nigdy nie jawi się wystarczająco dobrym. Zawsze się znajdą jakieś, hipotetyczne choćby, fałdki tłuszczu. Zmarszczki i obwisłości, rzeczywiste, czy też wydumane. Zbyt obfite zdaniem poniektórych owłosienie, bądź też nie taki jak trzeba kolor cery. Do tego stopnia, że nawet takie najbardziej wycyzelowane, jeszcze jest poddawane obróbce w foto-shopie. Dopiero wtedy jest "godne", by zawisnąć na bilbordach. A jeszcze i tak ten czy ów łatkę gotów mu przyprawić. Wszystko, co naturalne i fizjologiczne, jest z zasady be.

Kto zatem, albo raczej co, jest obiektem tego współczesnego kultu?
Wygląda na to, że komercja omamiła nas do tego stopnia, że się trochę w tym pogubiliśmy.
Domorośli guru piorą nam mózgi, zaś producenci coraz wymyślniejszych, za to niekoniecznie przydatnych nam "dóbr" służących zaspokajaniu tych potrzeb, których jeszcze nawet nie zdążyliśmy wyartykułować, zacierają ręce. Wszystko to, rzecz jasna, pod szyldem Zdrowie. No i Szczęście, bo to takie wygodne, dobrze sprzedające się slogany. Cóż stąd, że niewiele wspólnego mają z prawdziwym zdrowiem, albo szczęściem godnym swojej nazwy.

Jedna z blogerek przekonuje nas do rezygnacji ze słodkości. Jeden cukierek - twierdzi - może przysporzyć nam w ciągu roku aż pięć nadliczbowych kilogramów. Nie będę polemizować z tą katastroficzną wizją, bowiem nie o to teraz chodzi. O wiele ważniejsza jest argumentacja.
Nikogo w gruncie rzeczy nie przekonują zepsute zęby, osteoporoza kości, groźba cukrzycy, utrata zdrowia i młodości a jedynie rozmiar zero. Tylko to tak naprawdę jest w stanie nas zmotywować.  
O tempora, o mores! - za Cyceronem chciałoby się wykrzyknąć.
Bo jeśli o mnie idzie, powodem rezygnacji ze słodyczy może być wyłącznie ich zabójczy wpływ na moje zdrowie. Wiedza o tym, iż zawarte w nich szkodliwe tłuszcze trans i cukier sieją spustoszenie w moim organizmie, powinna motywować mnie skutecznie. I głównie nad tym - z pomocą różnorakich technik - zamierzam właśnie popracować. Ta gra jest warta świeczki - wszak metabolizm, funkcjonalność, stan skóry, zębów, kości. Natomiast wszelkie - w tej liczbie i moralne - argumenty, w myśl których kilka nadliczbowych kilogramów odbiera prawo do godnego życia, pomiędzy bajki włożyć. Z wiekiem - chcąc, nie chcąc - i tak się ich dorobię; nawet restrykcyjnie słodyczy unikając.
 
Na koniec o sposobach, za pomocą których wspomniana blogerka radzi nam unikać słodkości.
Jak tego dokonać?
1. Nie kupować słodyczy. Owszem, to akurat w pełni aprobuję.
2. Odgonić pokusę na małe co nieco ścierając kurz, zmywając, albo porządkując szafki.
No dobrze, lecz te czynności nie będą przecież trwały wiecznie. Tego zatem raczej nie kupuję.
3. Szklanka wody zamiast, potem jeszcze druga. (Na całe szczęście trzecia już nie, uff, co za ulga!)
Bo jeśli nie poskutkuje ta druga możemy w nagrodę przekąsić owoc, garść orzechów, bądź rodzynek.
Dzięki Ci, o Łaskawco!
4. Zamiast czekoladki, mały trening. To wywołuje wszak endorfiny. Według fit-maniaków, ma się rozumieć. Któż bowiem na tym świecie większym może być dla nas autorytetem, jeśli nie oni właśnie.
Nie, tego to ja znowu nie kupuję. Żadni maniacy, fit, czy nie fit, rządzić mną nie będą.
(Zaś po treningu - pozwólcie, że zgadnę - znowu szklanka wody).

Czy Wam odpowiada taka wizja szczęśliwości życia?
Ja to bym wolała udać się do lasu. W poszukiwaniu mocnej gałęzi - coby się nie złamała.
Nie, nie, spokojnie, to oczywiście tylko makabryczny żart.
Bo tak naprawdę jedynym skutecznym środkiem jest pełna akceptacja własnego ciała.
Wtedy i tylko wtedy uda się zmienić myślenie na takie, które posłuży naszemu - holistycznie pojętemu - zdrowiu. 

czwartek, 1 października 2015

Warto coś na tę okoliczność palnąć

Właśnie mijają dwa lata. Tuż przed północą ostatniego dnia września poważyłam się na pierwszy wpis. Wypadałoby zatem dokonać zwyczajowego podsumowanka. Z czego też skwapliwie zamierzam skorzystać. Jak wielu już zauważyło, nastąpiła tutaj dłuższa przerwa "w nadawaniu".
A to sprawy pilne, nie cierpiące zwłoki, to znowu deprecha, jakże by inaczej.
Nie, wróć, wszystko nieprawda. Albo półprawda jeno. Przyczyny głównej szukać należy gdzie indziej.
Otóż zamilkłam na cały miesiąc, albowiem, jak to się mawia, biłam się z myślami.
Pisać, czy nie pisać - oto jest pytanie. Ciągle od nowa i bez odpowiedzi.
Jedno zdawało się być pewne - jeśli nie napiszę o tym, najprawdopodobniej nie napiszę już o niczym innym. Póki co, sprawa jeszcze jest otwarta.
Postanowiłam jednak - jako, że jubileusz - milczenie przerwać.
Potem kolejno ukażą się dwa posty. Pierwszy o sprawach zwanych ostatecznymi, drugi zaś będzie dotyczył  wzmiankowanej kwestii spornej. Wóz, albo przewóz. Nawet, jeśli część z Was wyklnie mnie ze swego grona. Jakiż bowiem sens ma zabieganie o sympatię ludzką, jeśli ta na fałszywych przesłankach oparta.

Teraz jednak będzie jubileuszowo.  Postaram się odnieść do tych paru ważkich dla mnie kwestii.
Czym dla mnie jest ten blog. Czy spełnił moje oczekiwania. Czy cokolwiek chciałabym zmienić.
Czy aby odpowiedni był ten czas inauguracji.
Otóż, nic a nic bym nie zmieniła. Z czego wnoszę, iż był to najodpowiedniejszy czas.
Gdybym bowiem rozpoczęła blogowanie wcześniej, z całą pewnością musiałabym modyfikować formułę. Podejrzewam nawet, że wielokrotnie. Czy to jest argument wytrzymujący krytykę?
Może i niekoniecznie - wszak mówi się, że ćwiczenie czyni mistrza.
Ja jednak nie działam w taki sposób. Nie piszę do szuflady. A może po prostu ćwiczę w myślach. 
Przyznaję, kiedy przeglądam Wasze archiwa, niektóre nawet sprzed kilku lat, miewam czasami załamkę, odczuwając coś na kształt zazdrości. Ja w tamtym czasie daleko byłam w polu - nie będąc w mocy, by stworzyć spójny całościowo blog.
Mój czas jest dopiero teraz. Ani wcześniej, ani później.
To idealny dla mnie czas, choć - obiektywnie biorąc - bardzo to późny czas.
Wielkiej trzeba pokory, by umieć to zaakceptować.

Jaki pożytek przyniosły mi te dwa lata?
Myślę, że chodzi tu o pewien rodzaj pokorą zaprawionej mądrości. Również o samowiedzę i rozeznanie reguł w świecie relacji międzyludzkich.
W tym miejscu niejeden przecież - bo i nawet koń - by się z tego uśmiał - że niby rychło w czas taka mądrość w moim wieku. Spokojnie, jak na wojnie, lepiej późno, niż później.
Zakładając, że mądrość to rzeczywista, nie zaś wydumana. (Lecz to akurat w jednakim stopniu wszystkich nas dotyczy.)
W czasie, gdy piszę, licznik wskazuje 89 439 wyświetleń i 5 470 komentarzy.
Czy to jest dużo, czy też raczej mało? Zależy, jakie przyjąć kryteria. Nie sposób tego oszacować w oderwaniu od kontekstu - na który składa się zarówno czas, jak miejsce. Ot, choćby i witryna internetowa, w której dany blog jest usytuowany. Blogi Onetowe bez wątpienia mają większą możliwość wypromowania się, niż te nasze, zaściankowe z lekka.
Mój wybór Bloggera był czystym przypadkiem, lecz - z dzisiejszego punktu widzenia - błogosławionym wręcz przypadkiem.
W tej chwili doskonale zdaję sobie sprawę, że nie będę blogerką popularną. Prawdopodobnie zawsze pozostanę "w niszy". Nie spełniam zresztą (i spełniać nie zamierzam) wiążących kryteriów "populizmu". Wszelako muszę to wyrazić jasno: nie dość, że ów stan rzeczy akceptuję, to wręcz sobie życzę, by tak pozostało. I dopiero w tym kontekście uznaję tę poczytność, którą osiągnęłam, za niemałą. Nie byłoby jej, oczywiście, bez Was. Jestem Wam, kochani, wielce za to wdzięczna.
Zauważyliście pewnie, jak znacząco kształt mojego blogu odbiega od tego wizerunku "gazety", ku któremu tak pilnie zdają się poniektórzy zdążać. Jest to w pełni zamierzony efekt - zarówno pod względem merytorycznym, jak i formalnym.
Ogromną satysfakcję czerpię z tej pozycji, którą w Waszym oglądzie zajmuję.
Choć nie ukrywam, że nie zawsze jest on z własnym moim oglądem zbieżny.
Swego czasu ktoś napisał o mnie, że poruszam ważkie i kontrowersyjne treści.
Być może do pewnego stopnia jest i tak. Choćby z uwagi na zgodność wyżej wymienionych z tym, co w życiu ważne również dla mnie. Lecz w żadnym razie nie zamierzam pełnić tutaj roli zbawcy świata, nie poczytuję sobie też za honor być mentorem blogosfery.
A już na pewno nie zamierzam produkować popularnych ostatnimi czasy "poradników", które wyrastają, jak  po deszczu grzyby. Takich, co to zdają się polegać na pobieżnej tylko prezentacji ogólnie znanych trendów i teorii. Choć na takowe zdaje się być (zwłaszcza w pewnych kręgach) wielkie zapotrzebowanie. Czego wyrazem są miliony wejść na Onetowe blogi prosperujące w taki właśnie sposób.

Bo u mnie to tylko prywata. I jeszcze prywatą pogania. W tym względzie zresztą nic się tu nie zmieni.

Zawsze najbardziej zaciekawia mnie konkretny człowiek. Najwyżej cenię sobie takie blogi, których autorzy mają niebanalną osobowość. Muszę w tym miejscu powiedzieć, że miałam wielkie szczęście poznać właśnie takich.
Na koniec zdradzę Wam, co stanowi dla mnie główne źródło satysfakcji. Otóż najbardziej mnie radują takie spostrzeżenia, które są adekwatne do kreowanego wizerunku mego blogu. Jedna z najnowszych komentatorek sprawiła mi ogromną radość, artykułując właśnie to, co jest mi tak szczególnie  drogie.      

niedziela, 30 sierpnia 2015

Urodziny

Ponownie mam urodziny. I znowu nic wiekopomnego się nie wydarzyło.
Trochę to deprymujące - wszak chciałby się człek jak ten Feniks z popiołów...
Tymczasem ciągnie się za mną niczym kula u nogi ten metafizyczny dług, który wreszcie wypadałoby spłacić. (Określenie zastosowane przez Anię M. w odpowiedzi na mój komentarz do jej rozważań.)
Które to - szczególnie adekwatne w obliczu trapiącego mnie deficytu dobrostanu - ogromnie mi do gustu przypadło. Określenie tyleż wieloznaczne, co niedookreślone.
Kiedyż, ach, kiedyż ten "dług" spłacę, wyzbywając się ciężaru ponad moje siły.