Odwiedzając w dzieciństwie Wesołe Miasteczko nieraz miewałam do czynienia z gokartami. To chyba było tak, że nie mając (jeszcze)* syna, ojciec przelewał na nas, córki, swoje motoryzacyjne pasje. Niestety, ku rozczarowaniu taty, miałam okazać się wyjątkowym antytalentem. Ciągle na kogoś wpadałam, ciągle kogoś potrącałam, bądź się zderzałam czołowo ze ścianą.
Stąd moje późniejsze przekonanie, że żadną miarą nie dam rady zrobić prawa jazdy. Mama jeszcze i dzisiaj potrafi mi wypomnieć, jak to zdezerterowałam tuż przed opłaconym kursem.
Jakże zatem mogę sobie wytłumaczyć swój dzisiejszy sen?
Jechałam nowiutką, czerwoną yariską, slalomem biorąc takie przeszkody, jakie nie lada wyzwaniem byłyby nawet dla kierowcy z wieloletnim stażem. Miałam świadomość każdego manewru, moje ruchy były przemyślane w najdrobniejszym wprost szczególe. Ogólnie biorąc świetnie się spisałam.
No i teraz myślę, czy to nie jest dla mnie jakiś znak.
Kto wie, może we śnie znalazłam się w alternatywnym życiu - ot, coś na modłę Życia po życiu - gdzie jest możliwość nabycia nieposiadanej dotychczas umiejętności.
W końcu nie byłabym ani pierwszą, ani też ostatnią co przekracza niewidzialną przepaść, która jawi się nie do przebycia.
___________
Nasz brat urodził się kilkanaście lat później, a wtedy to dopiero się działo...
Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.
Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.
Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.
wtorek, 26 kwietnia 2016
sobota, 23 kwietnia 2016
"Moja mama nic nie robi."
Wróciwszy po tygodniowej nieobecności musiałam dać się zainspirować.
Za sprawą wpisu Emki, a zaraz potem jej rekomendacji tegoż, przypomniałam sobie dawną, szkolną, historyjkę. Gdy moje dziecię było bodaj w trzeciej klasie, pani zadała im wypracowanie. Każdy musiał napisać coś o swojej mamie. Czym (zawodowo) się zajmuje, co lubi robić w wolnym czasie, no i takie tam, ogólnie. Rzecz przypuszczalnie działa się w okolicach Dnia Matki.
Tego dnia większość z dzieci wprost wyrywała się do odpowiedzi. Nauczycielka odpytywała na wyrywki. Dziecię moje, widząc, że się może nie doczekać, wzięło sprawy w swoje ręce. W końcu każdemu się marzy jego własne "pięć minut".
- Proszę pani, ja znam swoją pracę na pamięć - woła w desperacji.
- Dobrze, wobec tego czytaj.
Moja mama nic nie robi - wygłosiło moje dziecię dumnie.
To już był koniec czytania. Dzieci spojrzały po sobie zgaszone, pani nauczycielce szczęka opadła z wrażenia. Chcąc troszkę ratować sytuację, stwierdziła, że pewnie mama zajmuje się domem - a to wszak bardzo poczesna profesja. Dziecięciu mojemu nie spodobało się takie spłaszczenie problemu.
- Wcale nie, bo moja mama siedzi z nogami na zlewie, je czekoladę i czyta książki!
Fakt, że w tym zlewie zazwyczaj rezyduje sterta nieumytych naczyń przemilczany został taktownie.
Za sprawą wpisu Emki, a zaraz potem jej rekomendacji tegoż, przypomniałam sobie dawną, szkolną, historyjkę. Gdy moje dziecię było bodaj w trzeciej klasie, pani zadała im wypracowanie. Każdy musiał napisać coś o swojej mamie. Czym (zawodowo) się zajmuje, co lubi robić w wolnym czasie, no i takie tam, ogólnie. Rzecz przypuszczalnie działa się w okolicach Dnia Matki.
Tego dnia większość z dzieci wprost wyrywała się do odpowiedzi. Nauczycielka odpytywała na wyrywki. Dziecię moje, widząc, że się może nie doczekać, wzięło sprawy w swoje ręce. W końcu każdemu się marzy jego własne "pięć minut".
- Proszę pani, ja znam swoją pracę na pamięć - woła w desperacji.
- Dobrze, wobec tego czytaj.
Moja mama nic nie robi - wygłosiło moje dziecię dumnie.
To już był koniec czytania. Dzieci spojrzały po sobie zgaszone, pani nauczycielce szczęka opadła z wrażenia. Chcąc troszkę ratować sytuację, stwierdziła, że pewnie mama zajmuje się domem - a to wszak bardzo poczesna profesja. Dziecięciu mojemu nie spodobało się takie spłaszczenie problemu.
- Wcale nie, bo moja mama siedzi z nogami na zlewie, je czekoladę i czyta książki!
Fakt, że w tym zlewie zazwyczaj rezyduje sterta nieumytych naczyń przemilczany został taktownie.
czwartek, 14 kwietnia 2016
Z cylku: Witajcie Na Dnie
***
Nie, nie mogę o sobie powiedzieć, że się wypaliłam.
Bo tak po prawdzie to nie zapaliłam się. Jeszcze.
Zdążę?
Nie, nie mogę o sobie powiedzieć, że się wypaliłam.
Bo tak po prawdzie to nie zapaliłam się. Jeszcze.
Zdążę?
wtorek, 15 marca 2016
Bądźmy w kontakcie, czyli w końskim takcie
Po raz kolejny przekonałam się wczoraj, jak źle nam się może przysłużyć niefrasobliwe potraktowanie wiodącej zdobyczy cywilizacji. Umówiłam się z siostrą w dużej galerii handlowej. Ot, na chwileczkę, by posłużyć radą w kwestii nowej ramoneski. Wiadomo - co dwie głowy dwie pary oczu...
Już w autobusie coś wyglądało mi podejrzanie - jakaś zbyt lekka ta moja torebka.
Nie wzięłam telefonu. (Ach, jaka wolność!)
Lecz zaraz potem - jakże ja teraz siostrę w tych czeluściach znajdę?
Mam pomysł - wszak wiem, w którym sklepie jest rzeczona ramoneska. Jak pomyślałam, tak też
zrobiłam. Niestety... Kto zna moją siostrę ten zrozumie. Dla tych, którzy nie znają: zanim ona dojdzie w umówione miejsce, musi zawiesić oko dosłownie na wszystkim, co tylko znajdzie się na trasie.
Co robić? (Głodno, chłodno i do domu daleko.) Żartuję, dojazd do domu to zaledwie jakieś osiem minut. Co i tak nie zmienia faktu, że nie sposób będzie nam się spotkać.
Automatów telefonicznych w zasięgu wzroku brak. (Po co komu automaty, wszak nawet bezdomni mają teraz komórki.) Obcej osoby nijak o użyczenie telefonu nie poproszę. To już byłaby ostateczność - godziwa tylko w obliczu niebezpieczeństwa.
Zresztą, gdybym nawet cudem zyskała dostęp do aparatu - i tak nie miałabym do kogo zadzwonić.
Bowiem nie pamiętam żadnego z numerów. (Oj, niedobrze, niedobrze.)
Ani do siostry, ani do żadnego z dzieci. O pozostałych nawet i nie warto gadać.
No dobra, w nieużywanych czeluściach pamięci czai się gdzieś jeszcze mój numer domowy. Jednak na nic mi on teraz - dziecię moje wszak wybyło na ten wieczór z domu.
Dość, że spędziłam w tym sklepie godzinę. Straciwszy już wszelką nadzieję udałam się po zakup dóbr priorytetowych (chleba tudzież papieru toaletowego). Atoli tuż przed wyjściem coś mnie jednak tknęło i wróciłam do "naszego" sklepu. Tam na siebie wpadłyśmy. Miast paść sobie w ramiona, "najgorsze wyrazy powtarzałyśmy po tysiąc razy". (To taka nasza parafraza z Boya.)
Jednak popsioczyłyśmy tylko dla formalności, bowiem w istocie obie byłyśmy uradowane.
Mimo, iż finał tym razem udany - ramoneska szczęśliwie została zakupiona - warto się jakoś na podobną okoliczność zabezpieczyć.
- Wbić sobie do łba choćby jeden (najłatwiejszy) numer do któregoś z dzieci.
- Mieć przy sobie karteluszek z najważniejszymi kontaktami.
- No i kluczowe: pod żadnym pozorem nie zapominać o telefonie!
Wolność wprawdzie bezcenna, lecz odwrotu od cywilizacji (już niestety) nie ma.
Już w autobusie coś wyglądało mi podejrzanie - jakaś zbyt lekka ta moja torebka.
Nie wzięłam telefonu. (Ach, jaka wolność!)
Lecz zaraz potem - jakże ja teraz siostrę w tych czeluściach znajdę?
Mam pomysł - wszak wiem, w którym sklepie jest rzeczona ramoneska. Jak pomyślałam, tak też
zrobiłam. Niestety... Kto zna moją siostrę ten zrozumie. Dla tych, którzy nie znają: zanim ona dojdzie w umówione miejsce, musi zawiesić oko dosłownie na wszystkim, co tylko znajdzie się na trasie.
Co robić? (Głodno, chłodno i do domu daleko.) Żartuję, dojazd do domu to zaledwie jakieś osiem minut. Co i tak nie zmienia faktu, że nie sposób będzie nam się spotkać.
Automatów telefonicznych w zasięgu wzroku brak. (Po co komu automaty, wszak nawet bezdomni mają teraz komórki.) Obcej osoby nijak o użyczenie telefonu nie poproszę. To już byłaby ostateczność - godziwa tylko w obliczu niebezpieczeństwa.
Zresztą, gdybym nawet cudem zyskała dostęp do aparatu - i tak nie miałabym do kogo zadzwonić.
Bowiem nie pamiętam żadnego z numerów. (Oj, niedobrze, niedobrze.)
Ani do siostry, ani do żadnego z dzieci. O pozostałych nawet i nie warto gadać.
No dobra, w nieużywanych czeluściach pamięci czai się gdzieś jeszcze mój numer domowy. Jednak na nic mi on teraz - dziecię moje wszak wybyło na ten wieczór z domu.
Dość, że spędziłam w tym sklepie godzinę. Straciwszy już wszelką nadzieję udałam się po zakup dóbr priorytetowych (chleba tudzież papieru toaletowego). Atoli tuż przed wyjściem coś mnie jednak tknęło i wróciłam do "naszego" sklepu. Tam na siebie wpadłyśmy. Miast paść sobie w ramiona, "najgorsze wyrazy powtarzałyśmy po tysiąc razy". (To taka nasza parafraza z Boya.)
Jednak popsioczyłyśmy tylko dla formalności, bowiem w istocie obie byłyśmy uradowane.
Mimo, iż finał tym razem udany - ramoneska szczęśliwie została zakupiona - warto się jakoś na podobną okoliczność zabezpieczyć.
- Wbić sobie do łba choćby jeden (najłatwiejszy) numer do któregoś z dzieci.
- Mieć przy sobie karteluszek z najważniejszymi kontaktami.
- No i kluczowe: pod żadnym pozorem nie zapominać o telefonie!
Wolność wprawdzie bezcenna, lecz odwrotu od cywilizacji (już niestety) nie ma.
piątek, 4 marca 2016
4 marca - imieniny Kazimierza
Gdyby mój tata żył, miałby dziś imieniny. Lecz, na dobrą sprawę, jeśli jest w pamięci, nic nie stoi na przeszkodzie, by je nadal miał. Świętujemy zatem. Napisz coś o dziadku - prosi córka, Basia.
Czemuż by nie; dawno wszak nie było tu wspominkowego posta.
We wczesnym dzieciństwie mieszkaliśmy w samym centrum miasta. Latem często bywaliśmy nad morzem, co wiązało się z przeszło półgodzinną podróżą starym, rozklekotanym tramwajem. Obecnie, rzecz jasna, trwa to o wiele krócej - nowoczesne pojazdy pokonują ten dystans w niespełna 20 minut.
Pewnej upalnej niedzieli (wolnych sobót wówczas nie było) tata wybrał się ze swoimi trzema córeczkami na plażę. Jak sądzę, mama musiała mieć pilne zajęcie, w przeciwnym razie nie zaprzepaściłaby takiej okazji. Bo, chociaż trudno dziś w to uwierzyć, wypad z rodziną nad morze był wtedy dla ludzi pracy nie lada atrakcją. (Nawiasem mówiąc, obecnie bywa tak, że całymi latami mogę nie oglądać morza.)
W mocno przepełnionym tramwaju - nawet pomimo otwartych okien - trudno było wytrzymać. Za to jaka potem była ulga, gdy na końcowym przystanku udało nam się wreszcie rozprostować nogi i odetchnąć świeżym powietrzem. No dobrze, w tym konkretnym dniu powietrze nie było zbyt rześkie.
Pamięć jak to pamięć, bywa zawodna, zatem nie wspomnę, jak długo trwał ten nasz pobyt na plaży i czy w ogóle była jakaś kąpiel. Znając słynną ostrożność taty, bardziej prawdopodobne jest, że zezwolił nam jedynie popluskać się przy brzegu.
Tak czy owak w końcu trzeba było wracać. Łatwiej powiedzieć niźli wykonać.
Wszystkie pojazdy tak były zatłoczone, że szpilki przysłowiowej nie sposób już było wcisnąć. Mało tego, ludzie siedzieli nawet na stopniach, inni uczepili się poręczy niczym winne grona. Co bardziej zdeterminowani zwisali z pootwieranych okien.
Tata podjął szybką decyzję - wracamy piechotą. Przynajmniej dopóki nie nadjedzie jakiś mniej przepełniony tramwaj. Aby wzbudzić w nas entuzjazm, obiecał, że przez całą drogę będziemy robić postoje przed każdą napotkaną budką z lodami, by orzeźwić się i odpocząć. Jak obiecał, tak też zrobił.
W połowie drogi byłyśmy już tak objedzone lodami, że miałyśmy dość. (Kto by pomyślał, że naprawdę istnieje taka możliwość.) Niewiele już brakowało, by spełniła się czyjaś groźba, że zamarznie nam w tyłkach. Nareszcie przyszło wybawienie, nadjechał wyludniony już tymczasem tramwaj i mogliśmy odciążyć umęczone nogi. W domu okazało się, że nasze klapki na piankowych podeszwach są kompletnie zdarte. Mama nie była tym stanem rzeczy zbytnio zachwycona.
Po latach ojciec opowiadał tę historię naszym dzieciom - czyli swoim wnukom. One zaś ochoczo przyjmowały "lodowatą" propozycję, zwłaszcza, że teraz do przejścia miały zaledwie jeden przystanek. Bowiem rodzice zamieszkali w tej nadmorskiej okolicy, do której z takim samozaparciem dojeżdżaliśmy w dzieciństwie.
Czemuż by nie; dawno wszak nie było tu wspominkowego posta.
We wczesnym dzieciństwie mieszkaliśmy w samym centrum miasta. Latem często bywaliśmy nad morzem, co wiązało się z przeszło półgodzinną podróżą starym, rozklekotanym tramwajem. Obecnie, rzecz jasna, trwa to o wiele krócej - nowoczesne pojazdy pokonują ten dystans w niespełna 20 minut.
Pewnej upalnej niedzieli (wolnych sobót wówczas nie było) tata wybrał się ze swoimi trzema córeczkami na plażę. Jak sądzę, mama musiała mieć pilne zajęcie, w przeciwnym razie nie zaprzepaściłaby takiej okazji. Bo, chociaż trudno dziś w to uwierzyć, wypad z rodziną nad morze był wtedy dla ludzi pracy nie lada atrakcją. (Nawiasem mówiąc, obecnie bywa tak, że całymi latami mogę nie oglądać morza.)
W mocno przepełnionym tramwaju - nawet pomimo otwartych okien - trudno było wytrzymać. Za to jaka potem była ulga, gdy na końcowym przystanku udało nam się wreszcie rozprostować nogi i odetchnąć świeżym powietrzem. No dobrze, w tym konkretnym dniu powietrze nie było zbyt rześkie.
Pamięć jak to pamięć, bywa zawodna, zatem nie wspomnę, jak długo trwał ten nasz pobyt na plaży i czy w ogóle była jakaś kąpiel. Znając słynną ostrożność taty, bardziej prawdopodobne jest, że zezwolił nam jedynie popluskać się przy brzegu.
Tak czy owak w końcu trzeba było wracać. Łatwiej powiedzieć niźli wykonać.
Wszystkie pojazdy tak były zatłoczone, że szpilki przysłowiowej nie sposób już było wcisnąć. Mało tego, ludzie siedzieli nawet na stopniach, inni uczepili się poręczy niczym winne grona. Co bardziej zdeterminowani zwisali z pootwieranych okien.
Tata podjął szybką decyzję - wracamy piechotą. Przynajmniej dopóki nie nadjedzie jakiś mniej przepełniony tramwaj. Aby wzbudzić w nas entuzjazm, obiecał, że przez całą drogę będziemy robić postoje przed każdą napotkaną budką z lodami, by orzeźwić się i odpocząć. Jak obiecał, tak też zrobił.
W połowie drogi byłyśmy już tak objedzone lodami, że miałyśmy dość. (Kto by pomyślał, że naprawdę istnieje taka możliwość.) Niewiele już brakowało, by spełniła się czyjaś groźba, że zamarznie nam w tyłkach. Nareszcie przyszło wybawienie, nadjechał wyludniony już tymczasem tramwaj i mogliśmy odciążyć umęczone nogi. W domu okazało się, że nasze klapki na piankowych podeszwach są kompletnie zdarte. Mama nie była tym stanem rzeczy zbytnio zachwycona.
Po latach ojciec opowiadał tę historię naszym dzieciom - czyli swoim wnukom. One zaś ochoczo przyjmowały "lodowatą" propozycję, zwłaszcza, że teraz do przejścia miały zaledwie jeden przystanek. Bowiem rodzice zamieszkali w tej nadmorskiej okolicy, do której z takim samozaparciem dojeżdżaliśmy w dzieciństwie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)