Kiedy odwiedzam swoją zamieszkałą w Sopocie córeczkę, zdarza mi się wyręczyć ją w jakimś pilnym zajęciu. Ot, tak, dla treningu, podchodzę do zlewu i naczynko jakieś zmyję. Tu coś ułożę, tam znów kwiat podleję; zwyczajny macierzyński odruch.
Razu pewnego całkiem z rozpędu całą suszarkę zapełniłam naczyniami.
Córeczka w stanowczych słowach do porządku mnie przywiodła.
- Nie rób tego więcej. Nie po to mnie odwiedzasz, by u mnie pracować. Oszczędzaj siły.
O, myślę sobie, jak dobre mam dziecko - tak się o stare matczysko troszczy.
- Oszczędzaj siły ...na własne mieszkanie - kończy niecnota jedna!
I taka mi teraz - odkrywcza wielce - myśl do łepetyny przyszła.
Wszak Papież radził: jeden drugiego brzemiona noście.
Tak łatwo mi dbać o porządek w czyimś domu. (Całkiem przeciwnie, niż we własnym.)
Może to więc niegłupie, by każdy czasem u kogoś drugiego posprzątał.
Świeżym się okiem wszystko inaczej ogląda.
Cóż stąd, że nosi cechy widzenia źdźbła w cudzym - a niewidzenia belki we własnym - oku.
W tym akurat przypadku wielce pożyteczne.
Zawsze mi żal cokolwiek wyrzucić - wszystko zalega, kurzy się po kątach.
Ktoś obcy łatwo zrobiłby z tym krótki proces, poddając kwarantannie klamoty.
Z tą myślą, że jeśli nie zatęsknię za "depozytem", ów bezceremonialnie zostanie wyrzucony.
Ja zaś w rewanżu umyję komuś kuchenne szafki. (Czemuż, ach, czemuż nie własne.)
Każdy ma jakieś słabe punkty. Moim - wzmiankowane chomikowanie.
Jednemu trudniej przychodzi mycie okien, drugi bez końca odkłada porządki w szafach.
Gdyby ktoś obiektywnym okiem rzucił na moje rupiecie, doradził, co warto przechować, co bez litości wyrzucić. Wywalić, wykopać, zezłomować, wyeliminować, eksterminować.
Wykwaterować, wyeksmitować, zdymisjonować, deportować, tudzież ze schodów zrzucić.
Ach, marzenie ściętej głowy. Bo jestem niezwykle trudnym negocjatorem.
Wyrzucone przedmioty jeszcze i w środku nocy od utylizacji niechybnej potrafię ratować.
Pominąwszy opór materii, mądre, papieskie przesłanie również i w tej odsłonie ma szansę się uskutecznić.
__________
Teraz zaś miło mi obwieścić, że dzięki Wam:
Teraz czekam na 77777, potem już tylko na okrągłą setkę. Dalej niech sprawy toczą się swoim trybem.
Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.
Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.
Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.
poniedziałek, 8 czerwca 2015
sobota, 6 czerwca 2015
Czy Pan Jezus lubi kwiatki
(Z cyklu: Rozważania na pograniczu)
Sądzę, że tak, tylko nie jestem przekonana, czy koniecznie w tej postaci: oskubanych, zwiędłych, butami podeptanych płatków.
Tegoroczną uroczystość Bożego Ciała mieliśmy okazję przeżyć z członkami chóru, na kaszubskiej wsi. Były - jak zawsze - feretrony, konie, strażacy, no i pierwszokomunijne dzieci.
Cokolwiek zaskoczyły mnie proporcje w populacji tychże. Zwykle dziewczynek jest w procesji więcej.
A tutaj zaskoczenie. Chłopców było siedemnastu, dziewczynek jedynie sześć. Dlaczegóż to?
Skłonna jestem mniemać, iż nie obrodziły latoś kwiatki. Obrodziły, czy nie, dość, że podaż była mała.
Procesja Bożego Ciała w Szymbarku na Kaszubach (04.06.2015.)
Jako mała dziewczynka sypać kwiatki pragnęłam nieustająco. Biała sukienka, biały koszyczek, ach...
Pamiętam, jaką się trzeba było wykazać inwencją, żeby te nieszczęsne kwiatki zdobyć. Nie sztuka bowiem wypełnić koszyczek zwykłym polnym chwastem. On mógł stanowić tylko "wypełniacz", w koszyczku musiało być, przynajmniej w miarę, kolorowo. A zatem lądowały tam wszystkie oberwane płatki z domowych wazonów. Bzy, piwonie, margerytki. Kiedy był na nie sezon i udało mi się zdobyć maki, to już sukces murowany. Jako, że mieszkałam w dużym mieście, zostawały mi kwiaciarnie i stragany. Czasem w odruchu dobrej woli panie z hali targowej nasypywały dzieciom do koszyczków to, co już zdążyło opaść, bądź to, co się nie sprzedało.
Nie było, oj nie było lekko...
Sypało się w myśl specjalnej procedury. Tyleż efektywnie, co i efektownie.
W dzisiejszych czasach zwyczaj ten nam jakoś podupada.
Co to będzie, można by zapytać, jeśli okaże się, że nie ma już kto sypać?
Czy księża zaczną bić na alarm?
Czy bez sypania już nie może być procesji?
Sięgająca korzeniami trzynastego wieku uroczystość Bożego Ciała została ustanowiona ku czci Ciała i Krwi Pańskiej. Nosi cechy radosnego dziękczynienia za Eucharystię.
Procesja ma charakter manifestu wiary, deklaracji przynależności do Chrystusa i Kościoła.
Taki jest jej główny cel.
Tradycja obrosła w różnorakie procedury, przybierając charakterystyczne dla regionu, niezwykle barwne i spektakularne formy.
To bardzo piękne, podniosłe święto. Zarazem okazja do zaznaczenia swej przynależności.
Trzeba to kultywować.
Jeno po kiego te nieszczęsne kwiatki.
(Wiem, wiem - zostanę za to zlinczowana.)
Wszelako powoływanie się na starotestamentową tradycję zdaje mi się z lekka naciągane.
Niedobrze byłoby, gdyby o taki szczegół w puch się miała rozbić główna oprawa święta.
Bo po mojemu znacznie jest stosowniej złożyć Panu w darze najpiękniejsze (i najświeższe) kwiaty, miast obrzucać drogę przywiędłymi ich szczątkami.
Potem te kwiaty zdobią ołtarze, krzyże i figury.
Zdeptane płatki z ogołoconych badyli zwyczajnie zostają do rowu zmiatane.
W tym miejscu - gwoli uczciwości - rozważmy wątpliwość.
Wszak jest nam znamy ten fragment ze św. Jana (J 12, 11).
Maria z Betanii drogim olejkiem namaszcza Jezusowi stopy. Oburzony Judasz stwierdza, że powinno się go sprzedać, dochód przeznaczając dla ubogich.
(Już, już, słyszę oburzone głosy, żem jest jak ten Judasz.)
Tymczasem tutaj nie zachodzi żadna analogia. Nie zachodzi zaś, ponieważ:
Chcę raczej miłosierdzia, niż ofiary (Mt 12,7)
Nie zabijamy już na ołtarzach cielców, wciąż jednak łby urywamy kwiatkom.
To może jednak okażmy miłosierdzie kwiatkom.
Nie trzeba? One już i tak okwitły?
Cóż to więc za "ofiara", pozwólcie, że spytam.
Dobry Ojcze Franciszku, ujmij się za kwiatuszkami.
Sądzę, że tak, tylko nie jestem przekonana, czy koniecznie w tej postaci: oskubanych, zwiędłych, butami podeptanych płatków.
Tegoroczną uroczystość Bożego Ciała mieliśmy okazję przeżyć z członkami chóru, na kaszubskiej wsi. Były - jak zawsze - feretrony, konie, strażacy, no i pierwszokomunijne dzieci.
Cokolwiek zaskoczyły mnie proporcje w populacji tychże. Zwykle dziewczynek jest w procesji więcej.
A tutaj zaskoczenie. Chłopców było siedemnastu, dziewczynek jedynie sześć. Dlaczegóż to?
Skłonna jestem mniemać, iż nie obrodziły latoś kwiatki. Obrodziły, czy nie, dość, że podaż była mała.
Procesja Bożego Ciała w Szymbarku na Kaszubach (04.06.2015.)
Jako mała dziewczynka sypać kwiatki pragnęłam nieustająco. Biała sukienka, biały koszyczek, ach...
Pamiętam, jaką się trzeba było wykazać inwencją, żeby te nieszczęsne kwiatki zdobyć. Nie sztuka bowiem wypełnić koszyczek zwykłym polnym chwastem. On mógł stanowić tylko "wypełniacz", w koszyczku musiało być, przynajmniej w miarę, kolorowo. A zatem lądowały tam wszystkie oberwane płatki z domowych wazonów. Bzy, piwonie, margerytki. Kiedy był na nie sezon i udało mi się zdobyć maki, to już sukces murowany. Jako, że mieszkałam w dużym mieście, zostawały mi kwiaciarnie i stragany. Czasem w odruchu dobrej woli panie z hali targowej nasypywały dzieciom do koszyczków to, co już zdążyło opaść, bądź to, co się nie sprzedało.
Nie było, oj nie było lekko...
Sypało się w myśl specjalnej procedury. Tyleż efektywnie, co i efektownie.
W dzisiejszych czasach zwyczaj ten nam jakoś podupada.
Co to będzie, można by zapytać, jeśli okaże się, że nie ma już kto sypać?
Czy księża zaczną bić na alarm?
Czy bez sypania już nie może być procesji?
Sięgająca korzeniami trzynastego wieku uroczystość Bożego Ciała została ustanowiona ku czci Ciała i Krwi Pańskiej. Nosi cechy radosnego dziękczynienia za Eucharystię.
Procesja ma charakter manifestu wiary, deklaracji przynależności do Chrystusa i Kościoła.
Taki jest jej główny cel.
Tradycja obrosła w różnorakie procedury, przybierając charakterystyczne dla regionu, niezwykle barwne i spektakularne formy.
To bardzo piękne, podniosłe święto. Zarazem okazja do zaznaczenia swej przynależności.
Trzeba to kultywować.
Jeno po kiego te nieszczęsne kwiatki.
(Wiem, wiem - zostanę za to zlinczowana.)
Wszelako powoływanie się na starotestamentową tradycję zdaje mi się z lekka naciągane.
Niedobrze byłoby, gdyby o taki szczegół w puch się miała rozbić główna oprawa święta.
Bo po mojemu znacznie jest stosowniej złożyć Panu w darze najpiękniejsze (i najświeższe) kwiaty, miast obrzucać drogę przywiędłymi ich szczątkami.
Potem te kwiaty zdobią ołtarze, krzyże i figury.
Zdeptane płatki z ogołoconych badyli zwyczajnie zostają do rowu zmiatane.
W tym miejscu - gwoli uczciwości - rozważmy wątpliwość.
Wszak jest nam znamy ten fragment ze św. Jana (J 12, 11).
Maria z Betanii drogim olejkiem namaszcza Jezusowi stopy. Oburzony Judasz stwierdza, że powinno się go sprzedać, dochód przeznaczając dla ubogich.
(Już, już, słyszę oburzone głosy, żem jest jak ten Judasz.)
Tymczasem tutaj nie zachodzi żadna analogia. Nie zachodzi zaś, ponieważ:
Chcę raczej miłosierdzia, niż ofiary (Mt 12,7)
Nie zabijamy już na ołtarzach cielców, wciąż jednak łby urywamy kwiatkom.
To może jednak okażmy miłosierdzie kwiatkom.
Nie trzeba? One już i tak okwitły?
Cóż to więc za "ofiara", pozwólcie, że spytam.
Dobry Ojcze Franciszku, ujmij się za kwiatuszkami.
![]() |
| Post ten pisząca w roli kwiatki sypiącej :) |
wtorek, 2 czerwca 2015
Zatrzaśnięte drzwi
Skoro nie mogłam mieć Wszystkiego -
Nie dbałam o brak mniejszych Rzeczy.*
Emily Dickinson, najsłynniejsza amerykańska poetka, najwybitniejsza i najbardziej oryginalna.
Tajemnicza, kochająca samotność - będącą "praktycznym wyborem i wewnętrzną koniecznością".
Za życia niedoceniona z powodu swej niekonwencjonalności, do końca pewna była swoich racji.
Sprzeciwiała się przeredagowywaniu swoich tekstów, dbając o każdą kropkę, każdy przecinek.
Do perfekcji doprowadzała ich formę, starannej poddając obróbce.
Nawet, jeśli posługuje się dosadnym, potocznym językiem, zamiast kropek stawiając niekiedy myślniki, wszystko to służy ekspresji, wszystko ma swoją wymowę.
Czasami pomija tytuły - aby nie osłabiać wyrazu pierwszej linijki.
Ot, jak choćby w tym wezwaniu:
Mów całą Prawdę — lecz stopniowo —
Ostrożnie i okrężnie —
Nie zniesie błysku nagłej Prawdy
Nasz Zachwyt niedołężny —
Jak Błyskawica — gdy się Dziecku
Naturę jej naświetli —
Tak prawda niech olśniewa z wolna,
Abyśmy nie oślepli –
Stanisław Barańczak, wybitny tłumacz, poeta i krytyk literacki, autor przekładu poezji Emily Dickinson na język polski, tak puentuje twórczość poetki:
Cała poezja Emily Dickinson mieści się w tej szczelinie uchylonych Drzwi: drzwi jej pokoiku na piętrze, ale także drzwi Duszy, "zatrzaskiwanych" przez nią samą i coraz to na nowo "otwieranych" przez zewnętrzną rzeczywistość, innych ludzi i Boga.
Jeszcze inny poeta, Richard Wilbur, ujmuje to jako oksymoron: Wystawny niedostatek albo Przepych ubóstwa. Czy można wyrazić to trafniej?
Pisze Emily:
Mieszkam w pałacu Możliwości -
Piękniejszy to dom od Prozy -
O wiele więcej Okien -
Drzwi można szerzej otworzyć -
I jeszcze:
Mózg-rozleglejszy jest niż niebo-
Bo zmierz je-co do cala-
Ujrzysz, że w Mózgu się pomieści
I Pan-i przestrzeń cała-
Mózg-bezdenniejszy jest niż Morze-
Bo zgłęb je-co do joty-
Ujrzysz, że Mózg Ocean wchłonie
Jak Gąbka-Wiadro Wody
Mózg ma dokładnie ciężar Boga-
Bo zważ ich-co do grama-
A Waga z Wagą-jak Litera
Z Głoską-będzie tożsama
W obliczu niemożności posiadania Wszystkiego rezygnacja z tego, co małe, zwykłe, powszednie, jawi się postawą skrajnie maksymalistyczną. Wszystko albo nic.
Dostrzeganie paradoksów, akceptowanie wewnętrznych sprzeczności.
Jakże bliskie mojemu własnemu jest takie widzenie rzeczywistości.
(Tłumaczenie wszystkich utworów - Stanisław Barańczak)
__________
* Dwie początkowe linijki wiersza nr 985.
Nie dbałam o brak mniejszych Rzeczy.*
Emily Dickinson, najsłynniejsza amerykańska poetka, najwybitniejsza i najbardziej oryginalna.
Tajemnicza, kochająca samotność - będącą "praktycznym wyborem i wewnętrzną koniecznością".
Za życia niedoceniona z powodu swej niekonwencjonalności, do końca pewna była swoich racji.
Sprzeciwiała się przeredagowywaniu swoich tekstów, dbając o każdą kropkę, każdy przecinek.
Do perfekcji doprowadzała ich formę, starannej poddając obróbce.
Nawet, jeśli posługuje się dosadnym, potocznym językiem, zamiast kropek stawiając niekiedy myślniki, wszystko to służy ekspresji, wszystko ma swoją wymowę.
Czasami pomija tytuły - aby nie osłabiać wyrazu pierwszej linijki.
Ot, jak choćby w tym wezwaniu:
Mów całą Prawdę — lecz stopniowo —
Ostrożnie i okrężnie —
Nie zniesie błysku nagłej Prawdy
Nasz Zachwyt niedołężny —
Jak Błyskawica — gdy się Dziecku
Naturę jej naświetli —
Tak prawda niech olśniewa z wolna,
Abyśmy nie oślepli –
Stanisław Barańczak, wybitny tłumacz, poeta i krytyk literacki, autor przekładu poezji Emily Dickinson na język polski, tak puentuje twórczość poetki:
Cała poezja Emily Dickinson mieści się w tej szczelinie uchylonych Drzwi: drzwi jej pokoiku na piętrze, ale także drzwi Duszy, "zatrzaskiwanych" przez nią samą i coraz to na nowo "otwieranych" przez zewnętrzną rzeczywistość, innych ludzi i Boga.
Jeszcze inny poeta, Richard Wilbur, ujmuje to jako oksymoron: Wystawny niedostatek albo Przepych ubóstwa. Czy można wyrazić to trafniej?
Pisze Emily:
Mieszkam w pałacu Możliwości -
Piękniejszy to dom od Prozy -
O wiele więcej Okien -
Drzwi można szerzej otworzyć -
I jeszcze:
Mózg-rozleglejszy jest niż niebo-
Bo zmierz je-co do cala-
Ujrzysz, że w Mózgu się pomieści
I Pan-i przestrzeń cała-
Mózg-bezdenniejszy jest niż Morze-
Bo zgłęb je-co do joty-
Ujrzysz, że Mózg Ocean wchłonie
Jak Gąbka-Wiadro Wody
Mózg ma dokładnie ciężar Boga-
Bo zważ ich-co do grama-
A Waga z Wagą-jak Litera
Z Głoską-będzie tożsama
W obliczu niemożności posiadania Wszystkiego rezygnacja z tego, co małe, zwykłe, powszednie, jawi się postawą skrajnie maksymalistyczną. Wszystko albo nic.
Dostrzeganie paradoksów, akceptowanie wewnętrznych sprzeczności.
Jakże bliskie mojemu własnemu jest takie widzenie rzeczywistości.
(Tłumaczenie wszystkich utworów - Stanisław Barańczak)
__________
* Dwie początkowe linijki wiersza nr 985.
niedziela, 31 maja 2015
Zmaganie ducha z oporem materii
Zgodnie z naszym śniadaniowym zwyczajem czas na kolejną - z cyklu zabawnych - historyjkę.
Choć z drugiej strony, może i wcale nie tak zabawną.
Razu pewnego zdarzyło mi się wziąć udział w papieskiej pielgrzymce.
Wyjątkowo, bo z reguły staram się unikaćspędów zgromadzeń wszelkiego typu.
Inna sprawa, gdy Papież gościł w Gdańsku - wtedy to był po prostu mus.
Tym razem jednak była to podróż do Gniezna. Niewiele myśląc, zdecydowałam się raz-dwa.
Prócz mnie jechała jeszcze mama i siostrzenica. Około północy autokar nasz dotarł do wiejskiej szkoły, w której zaplanowany był nocleg. Za to tuż po czwartej była pobudka. W moim przypadku po niespełna godzinie snu. Cóż, siła wyższa...
Na miejsce, czyli w pobliże placu celebry, przybyliśmy przed piątą.
Zimno. Drętwo. Spać się chce.
Na samą myśl o tym jeszcze i teraz czuję brrrrrr.
Do mszy cztery godziny, musimy jednak pilnie udać się do sektorów.
Klnę (jak to mam w zwyczaju) na czym świat stoi. Tudzież psioczę, że nigdy więcej.
Tak, jak cała reszta ludu, rozkładamy karimaty, chowamy się do śpiworów i próbujemy spać dalej.
Wreszcie Msza Święta. Serce mi rośnie. Jednak było warto.
Co mi tam zmęczenie, niestraszne mi trudy.
Ach, ta duchowa wspólność, życzliwość, braterstwo.
Cudownie.
Jest tylko pewien niewielki szkopuł. Ot, zwykła proza życia.
Krótko mówiąc, człowiek i jego ...fizjologia.
Uroczystość miała miejsce na głównym placu przed katedrą, czyli w samym centrum miasta.
Powierzchnia wyznaczona była przez zabudowania miejskie i ograniczona stojącymi budynkami.
Nigdzie nie było możliwości ustawienia "tojtojek". Można było zatem przypuszczać, że znajdują się w bocznych uliczkach. Jednak nic podobnego.
Już na długo przed rozpoczęciem uroczystości dały się zauważyć nieskoordynowane poszukiwania ustronnego miejsca. Na wszelki wypadek od rana nic nie piłam, więc nie zdążyłam odczuć potrzeby.
Lecz nawet najwytrwalszy i w bojach zaprawiony bywalec takich imprez kiedyś w końcu skorzystać z przybytku musi. Zatem dopadło i mnie.
Pocztą pantoflową dowiedziałam się, że toalety usytuowano wzdłuż szosy wylotowej na Poznań. Udałam się w wyznaczonym przez "procesję" kierunku. Po dobrym kilometrze dało się wreszcie zauważyć jakichś stojących ludzi. Niestety, okazało się, że czoło kolejki znajduje się jeszcze dodatkowy kilometr dalej - czyli kolejka musiała mieć taką mniej więcej długość. Nie było wyboru, tylko w tył zwrot i naprzód marsz. (W tym miejscu mała dygresja: w pobliżu nie było żadnych zarośli, potencjalnie kryjących ewentualnych desperatów.)
Po powrocie do miasta okazało się, że właściciele lokali gastronomicznych - którzy tak ofiarnie troszczyli się o potrzeby kulinarne konsumentów - nagle odcięli możliwość korzystania z ich toalet.
I nie dziwota - przy takich tłumach...
Cóż było począć, trzeba było szukać wyjść awaryjnych. Pech chciał, że ani parku, ani nawet skwerku z krzewiną marną. Rozbiegliśmy się grupami - w różnych kierunkach. Nagle przed nami uformowana mała kolejka. Podchodzimy bliżej, a tam domek. (Uff, jest nadzieja.)
Obok niego płotek, a do płotka przyczepiony skrawek płachty z półprzezroczystego worka.
Jedna osoba trzyma płachtę, tworząc iluzoryczną osłonkę dla czynności bynajmniej nie iluzorycznej. Nareszcie z domku wybiega starsza, elegancka pani z koszykiem jabłek.
W naszym tłumku pomruk nadziei. Nie dość, że pozwoli nam skorzystać z prywatnej toalety, to jeszcze jabłuszkiem poczęstuje.
Rozczarowanie było wielkie.
- Jak państwu nie wstyd załatwiać się przed czyimś płotem!
- To posiadłość prywatna. (Tak, jakby to jeszcze mogło mieć dla nas znaczenie).
Może i wstyd, a może i już nie wstyd. Granica takowego dosyć już nam się zdążyła przesunąć.
Doszło do tego, że na "pańskich" oczach ludzie dalej czynili to, co zew natury im dyktował.
Powiedzenie człowiek to brzmi dumnie może i działa - jednak w rozsądnych granicach.
Ja się nie odważyłam - może po prostu miałam mniej przepełniony pęcherz - dość, że ruszyłam dalej.
Wreszcie jakaś górka, za nią dolinka, nieopodal zaś krzaczki. Albo raczej ich namiastka.
To już nie miało wielkiego znaczenia.
Ciekawe, czy odpowiedzialni za logistykę tej imprezy ludzie wyciągnęli na przyszłość stosowne wnioski.
Wszak człowiek, niechby i nawet bardzo pobożny pielgrzym, to nie tylko istota duchowa.
Cielesna również.
Znamienne, że to właśnie proza życia zdominowała moje wspomnienia o tej pobożnej pielgrzymce.
Nie raz będzie jeszcze o tym przy śniadanku mowa.
Choć z drugiej strony, może i wcale nie tak zabawną.
Razu pewnego zdarzyło mi się wziąć udział w papieskiej pielgrzymce.
Wyjątkowo, bo z reguły staram się unikać
Inna sprawa, gdy Papież gościł w Gdańsku - wtedy to był po prostu mus.
Tym razem jednak była to podróż do Gniezna. Niewiele myśląc, zdecydowałam się raz-dwa.
Prócz mnie jechała jeszcze mama i siostrzenica. Około północy autokar nasz dotarł do wiejskiej szkoły, w której zaplanowany był nocleg. Za to tuż po czwartej była pobudka. W moim przypadku po niespełna godzinie snu. Cóż, siła wyższa...
Na miejsce, czyli w pobliże placu celebry, przybyliśmy przed piątą.
Zimno. Drętwo. Spać się chce.
Na samą myśl o tym jeszcze i teraz czuję brrrrrr.
Do mszy cztery godziny, musimy jednak pilnie udać się do sektorów.
Klnę (jak to mam w zwyczaju) na czym świat stoi. Tudzież psioczę, że nigdy więcej.
Tak, jak cała reszta ludu, rozkładamy karimaty, chowamy się do śpiworów i próbujemy spać dalej.
Wreszcie Msza Święta. Serce mi rośnie. Jednak było warto.
Co mi tam zmęczenie, niestraszne mi trudy.
Ach, ta duchowa wspólność, życzliwość, braterstwo.
Cudownie.
Jest tylko pewien niewielki szkopuł. Ot, zwykła proza życia.
Krótko mówiąc, człowiek i jego ...fizjologia.
Uroczystość miała miejsce na głównym placu przed katedrą, czyli w samym centrum miasta.
Powierzchnia wyznaczona była przez zabudowania miejskie i ograniczona stojącymi budynkami.
Nigdzie nie było możliwości ustawienia "tojtojek". Można było zatem przypuszczać, że znajdują się w bocznych uliczkach. Jednak nic podobnego.
Już na długo przed rozpoczęciem uroczystości dały się zauważyć nieskoordynowane poszukiwania ustronnego miejsca. Na wszelki wypadek od rana nic nie piłam, więc nie zdążyłam odczuć potrzeby.
Lecz nawet najwytrwalszy i w bojach zaprawiony bywalec takich imprez kiedyś w końcu skorzystać z przybytku musi. Zatem dopadło i mnie.
Pocztą pantoflową dowiedziałam się, że toalety usytuowano wzdłuż szosy wylotowej na Poznań. Udałam się w wyznaczonym przez "procesję" kierunku. Po dobrym kilometrze dało się wreszcie zauważyć jakichś stojących ludzi. Niestety, okazało się, że czoło kolejki znajduje się jeszcze dodatkowy kilometr dalej - czyli kolejka musiała mieć taką mniej więcej długość. Nie było wyboru, tylko w tył zwrot i naprzód marsz. (W tym miejscu mała dygresja: w pobliżu nie było żadnych zarośli, potencjalnie kryjących ewentualnych desperatów.)
Po powrocie do miasta okazało się, że właściciele lokali gastronomicznych - którzy tak ofiarnie troszczyli się o potrzeby kulinarne konsumentów - nagle odcięli możliwość korzystania z ich toalet.
I nie dziwota - przy takich tłumach...
Cóż było począć, trzeba było szukać wyjść awaryjnych. Pech chciał, że ani parku, ani nawet skwerku z krzewiną marną. Rozbiegliśmy się grupami - w różnych kierunkach. Nagle przed nami uformowana mała kolejka. Podchodzimy bliżej, a tam domek. (Uff, jest nadzieja.)
Obok niego płotek, a do płotka przyczepiony skrawek płachty z półprzezroczystego worka.
Jedna osoba trzyma płachtę, tworząc iluzoryczną osłonkę dla czynności bynajmniej nie iluzorycznej. Nareszcie z domku wybiega starsza, elegancka pani z koszykiem jabłek.
W naszym tłumku pomruk nadziei. Nie dość, że pozwoli nam skorzystać z prywatnej toalety, to jeszcze jabłuszkiem poczęstuje.
Rozczarowanie było wielkie.
- Jak państwu nie wstyd załatwiać się przed czyimś płotem!
- To posiadłość prywatna. (Tak, jakby to jeszcze mogło mieć dla nas znaczenie).
Może i wstyd, a może i już nie wstyd. Granica takowego dosyć już nam się zdążyła przesunąć.
Doszło do tego, że na "pańskich" oczach ludzie dalej czynili to, co zew natury im dyktował.
Powiedzenie człowiek to brzmi dumnie może i działa - jednak w rozsądnych granicach.
Ja się nie odważyłam - może po prostu miałam mniej przepełniony pęcherz - dość, że ruszyłam dalej.
Wreszcie jakaś górka, za nią dolinka, nieopodal zaś krzaczki. Albo raczej ich namiastka.
To już nie miało wielkiego znaczenia.
Ciekawe, czy odpowiedzialni za logistykę tej imprezy ludzie wyciągnęli na przyszłość stosowne wnioski.
Wszak człowiek, niechby i nawet bardzo pobożny pielgrzym, to nie tylko istota duchowa.
Cielesna również.
Znamienne, że to właśnie proza życia zdominowała moje wspomnienia o tej pobożnej pielgrzymce.
Nie raz będzie jeszcze o tym przy śniadanku mowa.
wtorek, 26 maja 2015
O dziwo, choć raz "w temacie"
Matka.
Dopiero stając się nią, można choć w części zrozumieć swoją własną.
Jaka jest moja?
Piękna, efektowna, pełna inwencji, towarzysko brylująca.
Czasem zaś - jak na władczynię przystało - humorzasta.
Sprawna, ofiarna, silna i władcza. Niebywale wprost gospodarna.
Zawsze ma czym nakarmić niespodziewanych gości.
Nigdy nie przeklina.
Wygląda na to, że jestem niemal dokładnym jej przeciwieństwem.
Bo też i nigdy nie miałam ambicji, by ją naśladować.
Jestem raczej typem "szarej eminencji".
Tak jest dobrze, tak ma być.
Przyrodzoną słabość przekułam w siłę.
Nigdy nie ma u mnie co zjeść. (Wszystko uprzednio pożarłam sama.)
Tudzież klnę, na czym świat stoi.
Jak postrzegają mnie moje dzieci?
O to już trzeba spytać zainteresowanych.
(Wieść gminna niesie, że jakośniętą świętą.)
***
Inspiracją dla dzisiejszego wpisu jest Wirtualna Laurka dla Mamy.
Oto kilka zdjęć à propos:
A tu z moimi dziećmi:
Dopiero stając się nią, można choć w części zrozumieć swoją własną.
Jaka jest moja?
Piękna, efektowna, pełna inwencji, towarzysko brylująca.
Czasem zaś - jak na władczynię przystało - humorzasta.
Sprawna, ofiarna, silna i władcza. Niebywale wprost gospodarna.
Zawsze ma czym nakarmić niespodziewanych gości.
Nigdy nie przeklina.
Wygląda na to, że jestem niemal dokładnym jej przeciwieństwem.
Bo też i nigdy nie miałam ambicji, by ją naśladować.
Jestem raczej typem "szarej eminencji".
Tak jest dobrze, tak ma być.
Przyrodzoną słabość przekułam w siłę.
Nigdy nie ma u mnie co zjeść. (Wszystko uprzednio pożarłam sama.)
Tudzież klnę, na czym świat stoi.
Jak postrzegają mnie moje dzieci?
O to już trzeba spytać zainteresowanych.
(Wieść gminna niesie, że jako
***
Inspiracją dla dzisiejszego wpisu jest Wirtualna Laurka dla Mamy.
Oto kilka zdjęć à propos:
![]() |
| Z moją Mamą. |
Subskrybuj:
Posty (Atom)






