Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.


Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.

sobota, 1 sierpnia 2015

Radość?

Co może sprawić nam radość. Różne rzeczy, przeróżne. 
Powiedz, co cię raduje, a powiem ci, kim jesteś.
Albo przynajmniej, w jakim na osi czasu znajdujesz się miejscu. 
To, co nas raduje, wiele o nas mówi.
Gdyby mi jeszcze dwa lata temu ktoś przepowiedział, czym się dziś uraduję, zadziwiłby mnie tym wielce. Otóż zawzięłam się ostro na tę stajnię Augiasza, którą do dziś była u mnie szafka pod zlewozmywakiem. Odpuściło mi choróbsko na tyle akurat, że ...dałam radę.
Wprawdzie na najbliższy tydzień mój kręgosłup wejdzie w stan nieużywalności, ale to szczegół.
Teraz cieszę się, jakby mi kto narobił w kieszeń.
Albo jak ten głupi do sera. Jakby było z czego.
Regres choroby, owszem, do radości powód stanowi. Jednak - nie ukrywam - prawdziwym byłby dopiero zupełny tejże brak.
To tak już ze mną źle, że jeno takie mi "przyjemności" na świecie pozostały?
Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie Saint-Tropez, czy choćby nasz poczciwy Woodstock.
Zewsząd "donosy", jak to ktoś urlop spędza. A to Ibiza, a to Kanary, a to znów norweskie fiordy.
Inny z kolei leżeć pod gruszą woli, na dowolnie wybranym boku celebrując święty spokój.
Do wyboru, do koloru, można rzec.
Suponuję, iż powodów do radości tego lata mi nie zbraknie.
Na pierwszy ogień pójdzie zapuszczony przez dwuletnie chorowanie balkon, potem, rzutem na taśmę, umyję jeszcze szyby. Radochy, innymi słowy, po kokardkę.
A jeśli jakimś cudem kręgosłup odpuści mi na tyle, że będę mogła pomalować mamie okna, to już nawet nie radocha będzie, jeno prawdziwa euforia.

Radość radości równa?
Jeden się cieszy, gdy zdobywa góry; drugi, kiedy ma ruchomy choćby jeden z palców stopy.
Wszystko jest w porządku?
Otóż, nie; tutaj nic nie jest w porządku.

środa, 22 lipca 2015

O krwi i matce trochę na wesoło

Zgodnie z tradycją dziś znowu lekki, niezobowiązujący wpis. Za to już następny będzie miał swój ciężar gatunkowy.

Gdy poczujemy w sobie ten nieodparty mus, by szpetnie zakląć, często powołujemy się na matkę.
Albo i krew.

Z krwią kojarzy mi się taki mały, rodzinny incydencik.
Tata mój bardzo był ostrożny, kiedy o bezpieczeństwo pracy idzie. Razu pewnego któraś z nas (ja albo siostra) niefrasobliwie zostawiła włączony mikser w zlewie. Następnie oddałyśmy się miłej pogawędce przy herbacie. Gdy ujrzał to nasz rodziciel, dosłownie zbladł na myśl, co by się mogło stać. Jeśliby rzeczony mikser zalany został wodą, czy jakoś tak.
- Psia krew! - kompletnie go poniosły nerwy.
- Nie psia tylko twoja, dziadku - wpadło mu w słowo moje, obecne przy tym, rezolutne dziecię.
Tata roześmiał się, przyznając rację - napięcie uległo rozładowaniu.

Następny incydencik, ten o matce, miał miejsce ze mną w roli głównej.
Zdarzyło się lat ładnych parę temu, że syn mój starszy poważył się do domu wrócić w stanie wskazującym na spożycie. Wiadomo, czego. Ot, na ognisku w koleżeńskim gronie pofolgowała sobie młódź nadmiernie. Mnie zaś, nieledwie abstynentkę, widok ten tak rozwścieczył wielce, że aż... musiałam sobie zakląć szpetnie. Uwierzcie mi, nie mogłam się powstrzymać.
- O, k**** jego mać! - wyrwało mi się całkiem spontanicznie.
Ups! Toż jego mać, to nie kto inny, tylko ja - tu omal nie parsknęłam śmiechem.

niedziela, 19 lipca 2015

Matka i dziecko

Matka i dziecko. Związani ze sobą nawet wtedy, gdy pępowina nieodwołalnie przecięta.
To wielka tajemnica. Wara od niej tym niewtajemniczonym, jeśli chcieliby ingerować.
Ustawiać po swojemu, przestawiać ich zdaniem źle ułożone klocki.

Emka, nasza blogowa koleżanka, niedawno urodziła córeczkę, dzieciątko wyczekane i wymodlone.
Wielką radością, wielką ufnością przepełnia fakt, że taki w niej spokój.
Bez gorączkowej krzątaniny i gwałtownych ruchów. Spokój i pokój - aż się na usta ciśnie.
Wszak matce i dziecku najlepiej w miłosnej symbiozie półjawy z półsnem.

Każdy może w tym mieć swój udział dobra.
A to mąż, opiekun nowego życia.
To znowu matki i babcie, zespolone międzypokoleniową solidarnością kobiecą.
My wszyscy, wciąż zadziwieni tym cudem, zdawałoby się, tak powtarzalnym i rutynowym.
Życzliwe słowo, dobre spojrzenie, błogosławieństwo.

Lecz i udział zła, a jakże, każdy z nas może mieć.
Zło obiektywne, gdy wokół wojna, kataklizm, apokalipsa.
Gorzej, gdy w głowach i w sercach niepokój, agresja, niezrozumienie.
Wtedy nic nas nie usprawiedliwia.

Przypomniałam sobie zdarzenie - bardzo tutaj à propos .
Wracałam z siostrą z wieczornego koncertu. Znajoma osoba zaproponowała nam miejsca w samochodzie. Prócz nas były tam jeszcze dwie panie. Znana czytelnikom z poprzedniego wpisu Halina oraz jej przyjaciółka, Zofia. Od słowa do słowa, Zofia spytała Halinę o jej nowo narodzonego wnuka. Jak sobie radzi synowa,  jaki panuje nastrój i takie tam. Nadstawiwszy ucha, usłyszałam, co następuje.

Kiedyś czasy były o wiele trudniejsze, nie to, co teraz. Gdy ja miałam małe dziecko, sama musiałam wszystko ogarnąć. Już o ósmej rano miałam wyprane pieluszki, gotował się obiad, a w międzyczasie sprzątałam mieszkanie. Gdy chłop przyszedł z pracy, obiad był na stole, on mógł wypocząć i nawet nie wiedział, że w domu jest małe dziecko. A ty, Halina wciąż jeździsz pomagać synowej. Młode kobiety są teraz bardzo wygodne, nie to, co my! Wydaje im się że jak już opiekują się dzieckiem, to wszystkie domowe prace powinni za nie wykonywać inni. Niechby tę twoją synową chłop do galopu wziął.

- Cicho bądź Zośka. Nie kłap jęzorem, bo mi się robi niedobrze - tymi słowami pani Halina przychylność moją zyskała na wieki.

Całkiem zresztą nieprzypadkowo wytłuściłam tutaj pewną frazę.
Mężczyzna, który nawet nie wie, że w domu jest dziecko. Jakie owoce wydać może takie postrzeganie? Pozwólcie, że zgadnę. Albo i nie, chyba wolę nie zgadywać.
Miast cieszyć się z tego, że ludziom jest lepiej, kobiety pewnego pokroju wolą przerzucać własną frustrację na następne pokolenie. Przekazując pałeczkę, a raczej policyjną pałkę, wciąż dalej i dalej.
Nie zdając sobie sprawy, iż zło, któremu tę daninę składają pokorną, niczym bumerang powróci.

Ciesz się, Emeczko, swym niepowtarzalnym szczęściem. Trwaj piękna chwilo, zatrzymana w kadrze.
Nigdy już wprawdzie w swym kształcie nie wróci, przysporzy za to plon wielokrotny.
Tak często nękały Cię wątpliwości, czy wszystko, co w Twojej mocy dla swych dziewczynek robisz.
Wszelako z naszego punktu widzenia najlepszą z najlepszych jesteś dla nich mamą.
Teraz poznałaś tę odwieczną mądrość, co z natury płynie. Tę, co bezbłędnie rozeznaje dobro, nim jeszcze rozpozna je rozum.
Nikt już za miesiąc nie będzie pamiętał, że zjadł skromniejszy posiłek zamiast obiadu z dwóch dań.
Za to radość przebywania z dzieckiem zapadnie Ci w duszę, pozostając tam już na zawsze.
Niech miłość i troska najbliższych uczynią z każdego dnia święto. Niech trwa, niech przetrwa dni dalsze i dalsze...

sobota, 18 lipca 2015

Farsa, panie, jak nic, przwdziwa farsa!

Lato w pełni, człek się rozleniwił, rozpuszczając niczym ten dziadowski bicz. Popełniam zatem letni, niezobowiązujący wpis. W kolejce czekają naglące posty, lecz póki co, niech będzie taki. Nie mogę powstrzymać się przed opisaniem tegoż. Prawdziwa farsa, myślę, że mi przyznacie rację.

Romek przed kilkunastoma laty związał się z Żanetą. On miał już na koncie związek z kobietą, ona ewidentnie związek jakiś miała też. Skąd by w przeciwnym razie córek sztuki dwie. On również miał dwie córki z pierwszego związku, a także pasierba, syna swojej "byłej". Ot, nasze ludzkie, pokomplikowane życie. Każdy chce jakoś tam się związać, szczęścia odrobinę liznąć. Czy były to związki małżeńskie, czy też, jak to się mówi, wolne, tego nie wiem, nikt z moich znajomych też. Zostawmy to jak jest, nie należy wszak do sprawy.
Po kilkunastu latach w miarę przykładnego życia (w miarę, bo Romek miał tę przypadłość, że za kołnierz nie wylewał), Żaneta doszła do wniosku, że ma go już ma dość i niechaj spada!
Niewiele był jej w stanie w gospodarstwie pomóc, tymczasem na wsi sporo było pracy przy obrządku.
Miał wprawdzie chłopina dobry fach w rękach, wszystko potrafił naprawić i wyremontować, jeno ten nieszczęsny nałóg... 

"Przytulił się" do mieszkającej w Wejherowie matki. Imał się prac przeróżnych tudzież mniejszych i większych remontów. Tak poznał kobietę, na punkcie której dosłownie odleciał. Jak miał zresztą nie odlecieć, gdy przed sobą widział ten cud-miód. Tlenione blond włoski, różowa spódniczka i takaż kurteczka; całości zaś dopełniał jej makijaż boski. Wypisz, wymaluj, dawna wersja Żanetki, tyle, że nowszy już model, bo zdecydowanie młodszy. Pani owa miała synka, półtorarocznego Oskarka. Od słowa do słowa, postanowili, że dalej to już koniecznie spróbować muszą razem.
Tymczasem okazało się, że kobieta obowiązkowo musi udać się na delegację. Z szefem się nie dyskutuje, zaś o każdą pracę dziś niezmiernie trudno. Co tu w takim razie z małym dzieckiem począć?
Sprytny nasz Romek radę ma na wszystko. Otóż przypomniał sobie, że w pięknym mieście Gdynia zamieszkuje pewna ciocia. Nie jest to wprawdzie ściśle jego ciocia, tylko byłej konkubiny, on się jednak drobiazgami nie przejmował.

Pani Halina była emerytowaną nauczycielką przedszkolną. Po śmierci męża prowadziła skromne życie w domku szeregowym na obrzeżach miasta. Jej emerytura wraz z dochodem niezamężnej córki jakoś wystarczała im na godne życie. Dom wprawdzie był duży, ale jakoś tak przywykła, by przyjmować niespodzianych gości - toteż nie dążyła do zamiany lokum. A to wnuczek chciał u babci zanocować, to znów rodzina albo dawne koleżanki zapowiedziały się z wizytą.
Wziąwszy powyższe pod rozwagę, dzielny nasz Romek wpadł na odkrywczy pomysł, żeby uszczęśliwić "ciocię". Urobiwszy kobietę pochlebstwami tudzież przysłowiowe złote góry obiecując, zainstalował u niej Oskarka wraz ze swoją córką w roli opiekunki. (Tak, tak, na tę okoliczność nareszcie przypomniał sobie, że ma jeszcze córkę.) Niechże dorosła panna miejskiego życia zakosztuje, miast się kisić na wsi. Pracy żadnej i tak nie ma, może więc z powodzeniem zaopiekować się chłopczykiem.
Na nic się zdały protesty cioci, jej córki, tudzież syna, synowej i paru innych zaprzyjaźnionych osób.
Czy to kobiecie nie stało asertywności, czy może serce za dobre miała, dość, że właśnie upływa próbny tydzień wspólnego ich pomieszkiwania.

O całej tej sprawie dowiedziałam się niemal po fakcie. Nie czuję się zresztą w prawie, by jakieś dobre rady serwować tej pani. Czy ja sama mogłabym tak być podatna na wpływy? Otóż, nie sadzę.
Traktuję to jak kuriozum, swoisty znak naszych czasów. Romek zarówno ma wielki tupet, jak i siłę perswazji. Każdy dziś orze jak może, miedzianym czołem zastępując przyzwoitość.
Z wiarygodnego źródła dowiedziałam się, co następuje. 
Oskarek bawi się radośnie - obie kobiety okazują chłopczykowi wiele serca. Halina chwilowo nie ma większych powodów do narzekań. Nie wiem jeno, jak po tym tygodniu mają się ich finanse. Widać, nie jest źle, bowiem atmosfera panuje zgodna i udaje im się bezkolizyjnie funkcjonować.
Zatem pogratulować - ja sama już po trzech dniach takiej "gościny" ogłosiłabym bankructwo.
Co będzie dalej? Może okazać się, że i matka dziecka "musi" u cioci pomieszkać. Romek zresztą także. Albo i zechcą kogoś zameldować, ot, choćby chłopca - pod pretekstem leczenia czy coś tam.
Co stanie się z Oskarkiem, kiedy Halina wymówi im gościnę. Pod presją szantażu emocjonalnego zgodziła się na kolejny tydzień. Lecz zaraz potem przyjeżdża prawdziwy siostrzeniec, zatem nie będzie już wyjścia. Zobaczymy, co się będzie działo - Romek już przebąkuje, że się wszyscy pomieszczą.
Daj palec, zechcą wziąć całą rękę. Mądre porzekadło sprawdza się zazwyczaj. Czyżby i tym razem?

__________

Wieści z ostatniej chwili. Pani Halina dobrze sobie w zaistniałej sytuacji radzi, choć zdecydowanie odżegnuje się od dalszego przedłużania gościny. Jeszcze tylko ten tydzień i definitywny koniec. Jest wprawdzie trochę za bardzo opiekuńcza, lecz pewnie to skrzywienie zawodowe - wszystkich traktuje jak swoich (przedszkolnych) podopiecznych. Na szczęście okazało się, że goście są "wypłacalni". Uff!

__________

Następne uaktualnienie (22.07.):
Dziewczyna przeniosła się z dzieckiem do mieszkania matki chłopca. Czyli stało się to, co powinno mieć miejsce od początku, ponieważ wydawało się najbardziej logicznym rozwiązaniem. Ktoś tutaj mocno namieszał, może Romek liczył, że uda im się zadomowić:).
Co znamienne, udział w całej sprawie miała tutaj przyjaciółka Haliny, pani Zofia, która wzięła w obroty matkę chłopca, indagując ją bez żenady. Młoda kobieta czegoś się wystraszyła, zarządziwszy błyskawiczny odwrót. Może miała coś do ukrycia...

sobota, 11 lipca 2015

O obyczajach nowych tudzież zaniku dawnych

Jakiś czas temu na jednym z blogów przeczytałam interesujący wpis.
Chodziło o pewien, zdaniem autorki niepokojący, a nawet wręcz irytujący, zwyczaj.
Zdarza się słyszeć, iż niektórzy narzekają na przemiany obyczajów; ot, chociażby w kwestii gościnności na ten przykład.

Jeszcze kilkanaście lat temu, kiedy korzystanie z internetu, telefonii komórkowej, oraz setek kanałów telewizyjnych nie było jeszcze na porządku dziennym, ludzie mieli dla siebie więcej czasu i chcieli go razem spędzać. - Pisze autorka.

Nie była im przeszkodą odległość, skromne warunki mieszkaniowe, ani nawet ciężka sytuacja materialna. Dzisiejsi  ludzie spotykają się jedynie z obowiązku, na ślubach i pogrzebach, chrzcinach i komuniach. Przy czym każdy - najprędzej, jak tylko się da - stara się do zajęć miłych sercu wrócić.
Jakież to "zajęcia", można by w tym miejscu spytać. Nietrudno się domyślić.
Oglądanie filmów, granie na konsolach, surfowanie w internecie. Bo smartfony w ruch zdążyły pójść na długo jeszcze przed rozstaniem. Co ja o tym myślę? Jakie czasy - takie obyczaje, takie rozrywki.
Wszystko musi mieć swoją rację. Warto, rzecz jasna, rodzinne więzi podtrzymywać, tyle, że w granicach rozsądku. Czasy gromadnych spędów, jak też i weselisk dla kilkuset osób, odeszły już w niepamięć. Mało kto zresztą za nimi tęskni.
Wynalezienie internetu umożliwiło nam komunikację interpersonalną na niespotykaną dotąd skalę.
Możemy dzięki temu poznawać ludzi bez względu na dzielącą nas odległość. To wielka szansa na znajomość z tymi, którzy nadają na tych samych falach, co i my.
Całkiem przeciwnie, niż namolny pijak na weselu, bądź ten, skądinąd poczciwy, sąsiad przy komunijnym stole. Mamy wybór i możemy własny czas w dowolny spędzać sposób. Nie może zatem dziwić, że ktoś preferuje towarzystwo mentalnie mu pokrewnych osób ponad tych, z którymi wprawdzie łączą go więzy krwi i wspólna przeszłość, lecz niewiele w sferze ducha.
Wielce się niegdyś trapiono zanikiem obyczaju epistolografii. Ubolewano, że nikt już do nikogo listów pisać nie chce. A czymże innym - pytam - jest pisanie maili do swoich przyjaciół?
Pewna para narzeczeńska postawiła przed sobą zadanie codziennego pisania do siebie listów w okresie Wielkiego Postu. Eksperyment okazał się bardzo pouczający - przyczynił się do pełniejszego zrozumienia łączącej ich więzi.
Idę o zakład, że coś podobnego przydałoby się niejednej małżeńskiej parze. I to bez względu na staż.
Sama preferuję różnorodność form komunikowania się. Nie chciałabym rezygnować z listów nawet w przypadku przejścia znajomości w bliższą zażyłość, czy też stały związek.
Formę pisemną uważam za najbardziej adekwatną, jeśli idzie o wymianę myśli, uczuć i poglądów.
Nie skreślam też nikogo jako potencjalnego ich beneficjenta.
W żadnym też razie nie dowodzi to mojej izolacji od tak zwanych "żywych". Wszak niekoniecznie musi to być ktoś poznany w internecie. Może to równie dobrze być znajomy, członek rodziny, sąsiad, czy kolega z pracy. Wszelako pod warunkiem, że mentalnie mi dotrzyma kroku.

My, blogerzy, w przeciwieństwie do innych znanych nam osób, rozumiemy i podzielamy tę nieodpartą, nieledwie organiczną, potrzebę pisania.