Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.


Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.

poniedziałek, 14 listopada 2016

Gość

cóż stąd
że ból jest nieproszonym gościem
któremu
bezlitośnie trzeba wskazać drzwi
wszelako
jeśli on jest wszystkim tym
co moje

cóż we mnie z mego
wtedy się ostanie

niedziela, 13 listopada 2016

Wołyń - czy było warto

Otóż warto. Aczkolwiek, nie ukrywam, w jakiś sposób film nas jednak rozczarował.
Nas, czyli mnie i moją siostrę, bowiem druga siostra tudzież kuzyn odżegnali się od pójścia nań.
Dla kogoś w pewnym sensie już uprzedzonego o tych wszystkich okropieństwach, jakie na ekranie go czekają, można by właściwie rzec, iż nie były takie straszne. To znaczy, były, chcę tylko powiedzieć, że nie miały już tej mocy zaskoczenia.
Ogólnie biorąc, dla mnie Wołyń - jak na film o tak wielkim ciężarze gatunkowym - prezentuje większość wad obrazu fabularnego przy jednoczesnym braku zalet dokumentu. Trudno mi było utożsamić się z którymkolwiek z bohaterów, tak mało pogłębione są ich sylwetki, tak płaskie portrety psychologiczne. Miałam chwilami wrażenie, jakbym oglądała tę rzecz spoza szyby. (I cóż stąd, że tak de facto było, widz powinien mieć wrażenie, iż znajduje się pośrodku zajść.) Poza tym przeszkadzały mi, i to nawet bardzo, wszystkie te przeskakujące kadry. Innymi słowy, nikt nic nie wie, chociaż to bynajmniej nie jest czeski film. Cóż, nawet, jeśli to było zamierzone, to i tak z pozycji widza uznaję skutek za chybiony. Za to gdy idzie o scenografię - na którą się składają między innymi takie elementy jak charakteryzacja i efekty specjalne - według mnie prawdziwa bomba. Wszystkie te niemal na oczach widza wypruwane flaki, odcinane głowy, ręce, nogi. Chylę czoła, szacunek wielki.
Ręka, noga, mózg na ścianie. I mucha na goownie.

Dla mnie swego rodzaju probierzem, czy rozrywka wartościowa jest bądź miałka, bywa to, czy następnego ranka budzę się z projekcją tegoż. W tym zaś przypadku obudziłam się niejeden raz.
Zatem było warto.

sobota, 12 listopada 2016

Tu i teraz

Gdybym tak miał jakiś nieodkryty talent - marzy se niejeden ktoś. 
Lecz co to w ogóle jest ten jakiś "nieodkryty" talent. Czy to jest coś, o czym nikt, o dziwo, tej pory nie usłyszał, czy też raczej coś, o czym się samemu nie wie. (Po mojemu bardziej to drugie.)
W przeciwnym razie trza by było rzec - nieujawniony. Światu nieujawniony,  akurat zainteresowanemu znany doskonale. Tylko czy jest prawdopodobne, by ktoś coś takiego skrywał całe lata. (Bo według mnie to znowu jakoś się nie kuma.) Ot, powiedziałabym, ów talent się skrystalizował, objawił, zmaterializował, czy też jakkolwiek coś takiego nazwać - tu i teraz właśnie. 
Jest w tym jakiś sens? 
A koniecznie musi?

środa, 9 listopada 2016

Totalna załamka

Jestem zdruzgotana tudzież pozbawiona chęci. I to do czegokolwiek.
Nic mi się nie chce. Nawet płakać mi się nie chce. Szczególnie już płakać nie mogę, ponieważ jak zacznę, to nie będę mogła przestać.
Nie, spokojnie, nikt mi nie umarł ani nie spotkało mnie nieszczęście, które w opinii ludzkości uprawniałoby mnie do tego typu odczuć. Tu chodzi "tylko" o moje zawiedzione nadzieje. A jednak...
Niby jeszcze przeglądam jakieś tam ogłoszenia, ale zaczyna do mnie docierać, że to praktycznie na nic. A tak się cieszyłam (starając się nie zapeszać) aż do wczoraj.
Już od jakiegoś czasu - tak mniej więcej od półrocza - poszukuję odpowiedniego lokum.
Były na mej wyboistej drodze wzloty, były i upadki. Już-już wydawało się, że to swoje wymarzone mam na wyciągnięcie ręki; potem się okazywało, że albo przeszło mi koło nosa, albo nie było mnie na nie stać, albo nie było rychłych szans na sprzedaż mojego obecnego.
Wreszcie tydzień temu bratu niemal udało się sfinalizować sprawę mieszkania, które z bratową oglądałyśmy latem. Napisałam "niemal", bowiem pozostało jeszcze tylko uzgodnienie wizyty u notariusza. Bratowa prowadzi własne biuro pośrednictwa, zatem jej opinia dla mnie jest wiążąca. Ona zaś uznała, że ów lokal wart jest zakupienia. Mnie to mieszkanie spodobało się do tego stopnia, że nie mogłam przestać o nim myśleć. Tymczasem dzisiaj brat poinformował mnie, że "babsko" (bo jak inaczej taką panią nazwać?) od paru dni nie raczy odpowiadać na jego telefony tudzież sms-y w sprawie. A przecież na wstępnym etapie każdy ma prawo zmienić decyzję, zatem po co taka strusia polityka? Cóż, wygląda na to, iż właściciele sprzedawanych mieszkań są w większości niepoważni. Zaś pośrednicy - nieprofesjonalni. Jak tak dalej pójdzie, z moich planów nici.
Już nie widzę żadnych ofert, które spełniałyby moje (i tak już solidnie zweryfikowane) kryteria, zwłaszcza te cenowe. Tylko sobie humor psuję porównując mieszkanie, które sobie upatrzyłam z tym, na co teraz mogę za tę sumę, którą dysponuję,  liczyć. Ech, biednemu zawsze w oczy wiatr...
Jutro przychodzi ktoś obejrzeć moje mieszkanko, ale nawet jeśli mu się spodoba, to czy uda mi się w krótkim czasie znaleźć coś odpowiedniego dla nas?
Może jeszcze los okaże się łaskawy, karta się odwróci i mieszkanie jednak będzie moje?
Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko modlić się za patronkę ulicy, na której mieszkanie się znajduje (Emilia Hoene).
Z ostatniej chwili: brat wyszukał mi dziewięć ofert, na widok których nie udało mi się łez powstrzymać. Koszmar. Dwie z nich były wręcz takie, iż płakałabym nawet wtedy, gdyby to brat z własnej kieszeni pokrył koszt zakupu.

czwartek, 3 listopada 2016

Ja to dopiero mam wzięcie!

Natyka się razu pewnego moje dziecię na niejakiego Jeremiasza, zwanego przez nas Ogrodnikiem.
Ot, w autobusie, bez możliwości wymigania się od rozmowy.
Pan Jeremiasz, inżynier ogrodnik i architekt krajobrazu w jednym, prowadził kiedyś na dzielni sklep ogrodniczo - nasienny. Swego czasu proponował nawet wakacyjną pracę dziecięciu. Rzecz nie doszła do skutku tyleż z powodu kiepskiej oferty, co i świdrujących oczek pracodawcy in spe.
Dziadyga w typie podlotka, czyli podlatującego. Pod siedemdziesiątkę w rzeczonym przypadku.
- Wiesz, ja to w swoim życiu już trzy żony miałem, a wszystkie bogate - rozmarzył się mężczyzna.
- O! - sentencjonalnie wzdycha moje dziecię, bo i cóż innego można tu powiedzieć. (To by tłumaczyło wypasioną chatę z ogrodem tudzież basenem, myśli sobie w tak zwanym międzyczasie.)
- Ale bez obawy, ja się dobrze pilnowałem żeby z żadną kościelnego ślubu nie brać. Teraz mam czystą kartę i wreszcie mogę żenić się z miłości. A twoja matka to baaaardzo przystojna kobieta - dodaje łypiąc okiem znacząco. Dziecię me zakłopotane, rade jak najszybciej zmienić temat.
- Panie Jeremiaszu, a jak tam ...interes? (Ups!)
Kurtyna.