Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.


Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.

piątek, 30 sierpnia 2024

Urodzinowy post

Dziś obchodzę swe kolejne urodziny, a to dla mnie ważny, można by rzec, przełomowy, dzień. Nie napiszę ile mi stuknęło wiosen, bo nie będę szerzyć spustoszenia, Mogę tylko napomknąć że za młodu o takich paniach mawiało się - staruszka; takie to były czasy. 

Tymczasem przychodzi mi na myśl, że bez pozagrobowego życia wszystko to co tu i teraz nie miałoby żadnej racji bytu. Tak, wiara w istnienie tegoż mogłaby sensu przydać całej tej beznadziejnej kołomyi. Zwłaszcza zaś w obliczu tego mnóstwa lat przeżytych. Tylko że jak na złość im bardziej w las, to wiara "że coś jednak potem" ulatnia się niczym kamfora. A zresztą może jakaś wiara tli się jeszcze gdzieś, tyle że zdecydowanie nie jest tą, którą przez całe życie nam "do wierzenia podawano". 


Od biedy może być skoro nie może lepiej bądź inaczej

poniedziałek, 15 lipca 2024

Mądrość kobieca

W czasach zamierzchłych przekonywano, jakoby kobiety były mniej inteligentne od mężczyzn, chętnie za to oddając im palmę pierwszeństwa gdy o mądrość idzie. Bo w naszej zachodniej kulturze tak zwana twarda inteligencja więcej jest warta, niż ta wypracowana i zweryfikowana praktycznie. Tymczasem jak zwał tak zwał, nikt już takowym banialukom dzisiaj nie hołduje. Inteligencja jest domeną stricte ludzką, zatem nijak do konkretnej płci nie przynależy.

Nieco inaczej ma się rzecz z mądrością. To co teraz napiszę, nie spodoba się ani jednym, ani drugim z Was. Otóż my, kobiety, bywamy bardzo niemądre. Bowiem zamiast szukać inspiracji w sobie, polegamy na mężczyznach. Materialnie, emocjonalnie a nawet, o zgrozo, intelektualnie. Tymczasem, jeśli jest ktoś na kogo żadną miarą liczyć nie należy, to jest to (bingo!) facet właśnie. Któż, jeśli nie on zostawi cię na lodzie, a to z powodu choroby dziecka, to znów dlatego, że głowę stracił dla młodszej i szczuplejszej. Przykłady można by mnożyć, tyle, że już mi się nie chce. 

Podsumowując, chylę czoła przed tymi nielicznymi z nas, które mają odwagę podążać obraną przez siebie drogą. Realizując  własne plany i marzenia, zamiast kierować pragnienia ku mężczyźnie, poddając się jego woli i zachciankom.

Co mam w rzeczonej kwestii do zarzucenia sobie? Otóż uzależnienie swojego życia od stanu zakochania, na ogół pechowego zresztą. Tu zdradzę Wam pewien sekret: skutkiem tegoż stanu zaistniał niniejszy blog. Aliści gdy klapki z oczu opadły i jestem już wolna od mirażu, tak trudno mi znaleźć w sobie motywację do pisania. I jak tu żyć, Panie Premierze?

czwartek, 11 lipca 2024

11 lipca, imieniny Olgi

Miałam kiedyś córkę o tym imieniu. Wróć, bo tylko wydawało mi się, że takową mam. Bo w chwili kiedy myśl ta przyszła mi do głowy, wszystko się jawi zamazaną plamą. Bez odniesienia wyobrażeń do konkretów. Lecz może rodzic nie postrzega swego dziecka w kategorii płci? Dziecko jest naszym dzieckiem i jak zwał tak zwał; to bez znaczenia, syn czy córka. Jednak jest we mnie jakiś sprzeciw wobec takiego pojmowania sprawy, wszak każdy człowiek jest określony przez swój seks. Zatem nie można sobie od tego nonszalancko abstrahować. 

Teraz, trzynaście lat od zadeklarowania dojmującej niezgodności płci nominalnej z odczuwalną, z którą się utożsamiał, wszystko zdaje się już być na swoim miejscu. Kamień spadł z serca - tak, jakby wszystkie brakujące puzzle uformowały się w ten właściwy wzór.  Dopiero teraz możliwe jest pełne uzgodnienie faktów przeszłych z obecnymi. 

Bowiem już od miesiąca dziecię moje nosi wybrane samodzielnie imię, Julian, które to imię zgodnie z orzeczeniem sądu nadane mu zostało urzędowo. I oby żyło mu się długo i szczęśliwie, choć to należy już do innej bajki. 

czwartek, 2 maja 2024

Dzień Flagi i nie tylko

To już po raz dwudziesty obchodzimy tę niezwykłą uroczystość. Dlaczego akurat drugiego maja? Troszkę po to by zapełnić lukę pomiędzy dotychczasowymi, przypadającymi pierwszego i trzeciego, świętami. Wszak właśnie drugiego maja w niechlubnej przeszłości flaga była zdejmowana. Warto ją celebrować, mając choćby na względzie przykład Amerykanów dumnie prezentujących swoją flagę przy domostwach.

Dla mnie ta data zawsze będzie szczególna. W tym dniu zmarła moja ukochana Babcia Pelagia - przez bliskich nazywana Elą. Przede wszystkim zaś jest to Dzień Urodzin naszego jedynego braciszka, Lecha. Będąc małym chłopcem często deklarował, że zawsze będzie opiekował się swoimi siostrzyczkami. Kupię samochód - mawiał - i będę nim woził swoje trzy siostry, stare panny. I choć żadna z nas trzech panną nie pozostała, to trzeba przyznać, że jesteśmy  już dość stare - kiedy on się urodził, ja kończyłam podstawówkę. W tym miejscu muszę mu oddać sprawiedliwość, że o siostrach swych nie zapomina i nie szczędzi im atrakcji. Kilka lat temu zabrał nas na kilkudniową wycieczkę do Rzymu i do Barcelony.

Teraz jestem trochę niepocieszona, bowiem po zmianie ekipy - objąwszy nowe stanowisko -  tydzień spędza w stolicy i tylko na weekend zjeżdża do Gdańska. Siłą rzeczy będziemy go widywać sporadycznie, co podoba mi się średnio (a tak naprawdę nie podoba mi się wcale).

Babcia Ela z Lesiulką

Ja z rocznym braciszkiem
  
                                                      
A tak świętuje Dzień Flagi dorosły Lech (dla swoich sióstr i tak Lesiulka)

środa, 17 maja 2023

I kolejny Dzień taki

Czy działalność, która zaistniała pod wpływem złudzenia ma swą obiektywną i wymierną wartość? W oderwaniu od faktu, iż li tylko ułuda impulsem, pożywką, napędem i duszą mi była?

Jak przerwać milczenie co płynie z bezbrzeżnej niemocy? Zaś niemoc z przejrzenia, poznania i ze  zrozumienia.  

wtorek, 17 maja 2022

"Wszystkiego Najlepszego"?

 Kiedy przychodzi pora, by złożyć życzenia kochanej osobie, pierwszą lepszą formułką zdaje się być owo tytułowe "Wszystkiego Najlepszego". Czego jednak naprawdę życzę mojemu dzisiejszemu Solenizantowi? Być może jest w tym jakaś nutka interesowności - zrodzona z obawy, że to co dla Niego dobre jest niekoniecznie tym samym dla mnie. Obawy - najprościej to wyrażając - przed ostatecznym odcięciem tej wirtualnej pępowiny, co nie pozwala się rozwinąć. Komu najbardziej? Otóż, jak się okazuje, mnie przede wszystkim nie pozwala. 

Z tej krótkiej logicznej przepychanki jasno wynika, iż zarówno dla mnie, jak i dla Solenizanta najlepszym wyjściem jest... brak wyjścia.

Bo choćby nie wiem jak łbem sfiksowanym walić w mur, to nie po drodze nam. I już.  

W Twym Szczęsnym Dniu, mój Ukochany, pragnę żeby rozdzielił nas nieskończoności dystans.


Cast avay, poza światem
I poza czasem.
Gdy przestrzeń się dopełni i Alfa tym samym będzie, co Omega
Gdy wszystko jednością stanie się ze Wszystkim
I tam, gdzie wolność w wieczności się zapamięta
Gdzie wiosna nigdy nie obumrze już jesienią
Tam Cię odzyskam.

wtorek, 15 marca 2022

Odpowiedzialność za zwierzę

Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś.
(Antoine Saint-Exupery, Mały Książę)

Jakiś czas temu ukazało się na Facebooku ogłoszenie. Ktoś napisał, że jego pies, owczarek niemiecki - a więc zwierzę bardzo dużych gabarytów - nie jest w stanie poruszać się o własnych siłach, by kilka razy dziennie zejść i wejść po schodach. Jego dotychczasowy właściciel nie ma siły, by go nosić, ponieważ przeszedł rozległy zawał. Czy w związku z tym znalazłby się ktoś chętny, żeby go przygarnąć już do końca życia. Oferuje dwieście złotych miesięcznie na pokrycie podstawowych kosztów utrzymania pieska.
I wyobraźcie sobie, że znalazł się chętny!
Ja ze swej strony mam tylko nadzieję, że to ktoś rzetelny. Zaoferowana suma wydaje się być rozsądna i w tych warunkach optymalna. Nie na tyle wysoka, by ktoś podjął się dla pieniędzy i nie na tyle niska, by nie zabezpieczyć kosztów. Wszak nawet za darmo znajdują się dobrzy ludzie chętni do przygarnięcia pieska. Zatem wydaje się, że właściciel zwierzęcia postawił sprawę uczciwie..
Lecz teraz z kolei Nasuwa się szereg wątpliwości.
Czyż nie należałoby brać pod uwagę wszystkich okoliczności, w jakich decydujemy się na dopuszczenie zwierzęcia do swojego życia. Warto rozważyć, czy nas na to zwyczajnie stać. Jesteśmy, albo nie jesteśmy w sanie zapewnić mu ewentualną opiekę weterynaryjną. Niektóre z nich nie powinny mieszkać w na wysokim piętrze w bloku. Powinny mieć tak zwany wybieg. Niektóre rasy mają powszechnie występujące przypadłości. Dysplazja stawów biodrowych, przeciążenie kręgosłupa, czy też chroniczne zapalenie uszu. To wszystko trzeba brać pod rozwagę, by potem nie stanąć na rozdrożu. Zmiana właściciela jest dla zwierzęcia tak ogromną traumą, że coś takiego powinno mieć miejsce jedynie w ostateczności. Na przykład w przypadku śmierci opiekuna.
No właśnie, widzi się często ludzi starszych z ukochanym pieskiem. To niekiedy jedyny towarzysz ich samotnej codzienności. Serce się kraje na myśl, że lada dzień opiekun przeniesie się do wieczności, zostawiając psa, który najprawdopodobniej powędruje do schroniska.
A może należałoby spojrzeć na to z innej strony. Ten pies przeżył ze swym panem kilkanaście lat dobrego życia, zaś w przeciwnym razie całe życie upłynęłoby mu w przytułku. Nie jesteśmy w stanie wziąć na swoje barki całej biedy tego świata, uratować od gehenny wszystkich psów i kotów. Czasem możemy uratować jedno takie zwierzę, a czasem nawet i tego nie jesteśmy w stanie zrobić. Możemy tylko przeznaczyć jakiś "jeden procent", albo skromny datek na schronisko. Wszystko to nie pozostaje bez znaczenia dla tych naszych Braci Mniejszych.
Starajmy się nade wszystko nie decydować pochopnie, dla chwilowego kaprysu, "w prezencie", albo dla mody. By potem w krytycznej chwili nie stanąć przed problemem bez dobrego rozwiązania, tylko ze złym albo jeszcze gorszym.

Post powinien mieć chwytliwy tytuł. Właściwie chodzi mi dziś o co innego.

czwartek, 3 marca 2022

Suplement do poprzedniego, czyli coś w rodzaju dementi

Nagle się okazało, że Bohaterowie żyją. Nie zginęli, tak jak to zostało nam podane. Radość wielka, ale gdzieś tam w głębi duszy mała konsternacja. No, bo jak to, odznaczono ich pośmiertnie, oni zaś sobie tak po prostu żyją. Lecz to tylko takie sekundowe zamieszanie, zaraz potem zdrowy rozsądek bierze górę, następuje radość. 

Za to fakty odnośnie incydentu na Wyspie Węży są następujące. Po odważnej odmowie poddania się i odparciu dwóch zmasowanych ataków, obrońcom zabrakło amunicji. W wyniku czego zostali wzięci przez Rosjan do niewoli. Jak donosi agencja Ukrinform, wszyscy żyją i są zdrowi, choć rosyjska propaganda rozpowszechnia pogłoski, jakoby zostali pogrzebani i przez swoich zapomniani. Teraz można by spytać, czy w związku z powyższym "cześć ich pamięci" jakoś się umniejszyła?

piątek, 25 lutego 2022

Współczesne Termopile

Bartek Piaseczny

Maleńka wysepka integralna część Ukrainy na Morzu Czarnym o znikomym znaczeniu strategicznym. 

Wyspa Węży.

Kilkunastu żołnierzy. Praktycznie zero środków do obrony. Podpływa sowiecki okręt wojenny i wzywa do poddania się.

- To już koniec? - obrońcy między sobą.

I do kacapów

 - Idi w chuj, pierdolcie się !!! 

Egzekucja. Potężna salwa, wszystko zrównane z ziemią. Cala załoga zginęła.

Cześć ich pamięci !!!


Tekst Bartka Piasecznego na Facebooku poruszył mnie, a nawet wstrząsnął mną do głębi. Tak, wiem - zabrzmiało to jak truizm. Cóż jednak więcej mam powiedzieć i jakich użyć słów, aby to zobrazować? W dobie tej wszechobecnej dziś weryfikacji bohaterskich czynów, w obliczu zakwestionowania nawet tak oczywistej świętości jak Powstanie Warszawskie, wszelakie umieranie za ojczyznę nieledwie zdaje się anachronizmem. Gdyż bycie jako takie jawi się zbyt atrakcyjnym dobrem, by warto było bezsensownie nadstawiać karku za swój kraj. To nawet nie jest z mojej strony zarzut, tylko stwierdzenie faktu. To wszak zasługa długich lat pokoju w naszej strefie, jak również kwestia ogólnie pojętego dobrostanu społecznego. I owszem, brawo my!    

Lecz w każdej chwili można się spodziewać wywołania do tablicy i trzeba - jak się okazuje - być gotowym na egzamin życia. Ten ostateczny. I tych trzynastu Chłopców z Wyspy wężów zdało go celująco. Ten symbol nie zostanie zapomniany. Nigdy! 

Tylko dlaczego łzy nie mogą przestać płynąć... Podobnie jak przed laty na wieść o tragedii Kurska. (Kiedy pan Putin wolał się opalać w Soczi, miast stawić czoła katastrofie.) I tak jak styczniu 2006, kiedy to zawaliła się konstrukcja dachu na wystawie. O dziwo, nie z powodu ofiar z ludzi i gołębi, tak bardzo mną wstrząsnęło to, co w Czelabińsku.

sobota, 26 czerwca 2021

Kontrowersyjna Jackie Stallone

Z cyklu: Błaznowanie przy śniadaniu

Jak to już u nas w takich razach bywa, od słowa do słowa zeszło nam na Sylwestra Stallone i jego zmarłą w tym roku matkę, Jackie. Jak okazało się, Julian zupełnie nie kojarzył wyżej wzmiankowanej damy. 


Po oglądzie wizerunku, z właściwym sobie taktem i poczuciem logiczności spytał - a czy zdaniem krytykujących Jackie bez tych operacji wyglądałaby lepiej? Otóż nie w tym rzecz, prawda jest bowiem taka, że nikogo to nie interesuje. Nie jest istotne jak by wyglądała, a tylko żeby znała swoje miejsce i nie wychodziła z przypisanej roli. Bo - zdaniem bliźnich - starsza kobieta warta jest tylko tyle, ile korzyści można z niej wycisnąć. Tym jeno uzasadnić można jej dalszą egzystencję. Powinna robić swoje i nie pchać się na afisz. W przeciwnym razie wezmą na języki, wykończą hejtem, na taczkach wywiozą. I jeszcze w mediach taki tekst: Czyja matka tak się oszpeca? No właśnie, słowo klucz to tutaj "matka". Czyli potraktowanie funkcjonalne, nieledwie przedmiotowe. Redukowanie kobiety do roli matki albo babki - zazwyczaj tak się to odbywa. Moim natomiast zdaniem, każdy o własnym wyglądzie niechaj decyduje sam. Zaś rolą bliskich jest bezgraniczna akceptacja rzeczonego. 

- Ach - rozmarzyłam się - gdybym tak miała kasę której nie posiadam, jakże by pięknie było móc podążać taką drogą. Planować kolejne etapy upiększania, mieć kontrolę nad progresją wiekową.  Tak, ja doskonale wiem że to może uzależniać, ale już oczami duszy widzę ten finalny efekt łał! 

Tymczasem spieszę wszystkich uspokoić - jako że biedna jestem jak ta mysz kościelna, nie dla mnie botoks tudzież face lifting, żegnajcie też usteczka glonojada. 

To teraz już tak całkiem na poważnie. Podoba mi się ten przyjazny, ciepły, a przede wszystkim podmiotowy stosunek Sylwestra Stallone do matki. A jego brat, Frank, tak napisał po jej śmierci: Dziś rano bracia i ja straciliśmy matkę - Jackie Stallone. Była matką czwórki dzieci Tommy'ego, Sylvestra, Frankiego i mojej zmarłej siostry Toni Ann. To niezykła kobieta - codziennie trenowała, była pełna odwagi. Zmarła we śnie - tak, jak chciała. Trudno było jej nie lubić - była ekscentryczna i ekstrawagancka.

W tym miejscu powiem, że choć jej niektóre pasje są mi obce, to ona sama wzbudza moją sympatię. Bo ja zazwyczaj potencjalnie lubię niekonwencjonalnych ekscentryków - w opozycji do nudziarzy i poczciwców. I nie oceniam Jackie poprzez pryzmat niefortunnych operacji - jeśli już ktoś miałby się za co wstydzić, to  raczej autor tej metamorfozy, czyli chirurg (nie)estetyczny.

sobota, 19 czerwca 2021

Coś w rodzaju ogłoszenia parafialnego

Upał jest nie do zniesienia, głównie dlatego że tak mnie rozleniwia, podczas gdy tyle zaplanowanych prac na swoją kolej czeka. Renowacja mebli, pranie tapicerki i dywanu, naprawa elektryki w podwieszanym suficie, wymiana baterii w łazience, że o rozmrożeniu lodówki  już się nie zająknę. No właśnie, jak tę nieszczęśniczkę rozmrozić, Panie Prezydencie? Co tu prezydent ma do rzeczy, pewnie ktoś zapyta. Ano prawda, że nic a nic, tak tylko sobie błaznuję by zakłopotanie pokryć. Nie myślcie, że nie oglądałam tych filmików na YouTube, lecz one mówią o wszystkim, prócz najważniejszego: owóż gdzie do jasnej ciasnej znajduje się wyłącznik odcinający zasilanie lodówki Elektrolux w zabudowie meblowej (kto wymyślił to durne rozwiązanie w miejsce porządnej, wolnostojącej).  A tu jeszcze ten i ów mnie pyta, czemu nic nie piszę. Otóż nie mogę zebrać się w sobie, choć akurat brakiem czasu nie zamierzam się zasłaniać. Raczej zła organizacja rzeczonego tu się kłania. Dziś wprawdzie czas nam upłynął miło - na nieśpiesznym, rodzinnym grillowaniu. Jednak na horyzoncie już majaczą te nienapisane lecz zaplanowane posty, a mianowicie: 

1. Było ich trzech - historia przyjaciół uwikłanych w hazard.

2. Krótkie opowiadanie.

3. Post na temat przyjaźni damsko męskiej.

4. Wakacje mojego dzieciństwa.

5. Przemyślenia dotyczące okrucieństwa.

6. Spotkania - wpis bardzo dla mnie a' propos.

7. Trzej panowie R. - trzyczęściowa opowieść o ważnych dla mnie mężczyznach noszących cokolwiek już dzisiaj zapomniane imię na literę "R".

Ciekawi mnie, o czym Wy najpierw chcielibyście poczytać - piszcie w komentarzach albo na priv.

poniedziałek, 31 maja 2021

Nie tego się spodziewaliśmy

Wiele myśli w mózgownicy się kotłuje, tyle tematów na zrealizowanie czeka. Aż tu nagle zonk, bo nie żyje Lucynka. Dopiero przekroczyła trzydziestkę, wyszła za ukochanego mężczyznę, urządzała własne mieszkanie. Z nadzieją na przyszłość, na szczęśliwe życie - bez raka. Niedawno straciła wspaniałego, wspierającego ją tatę, a teraz ona sama... A taka była pogodna, dzielna, zaradna. Inteligentna, błyskotliwa i kreatywna. Ruszyła zbiórka na leczenie, ale już nie doczekała się. Bo jak tu żyć, Panie Premierze, jeśli refundacji leków zdolnych uratować życie - brak. Smutek, żal, zawiedzione nadzieje, zaprzepaszczone szanse. I co tu można więcej napisać - nie ma Jej z nami już.

sobota, 29 maja 2021

Tak zwane "ludzkie" tarapaty

Julia, samotna matka siedmioletniego, niepełnosprawnego Franka, od czasu rozwodu utrzymuje ciepłą relację ze swoją byłą teściową, Haliną. Starsza, schorowana pani, jest emerytowaną nauczycielką i stara się brać czynny udział w rehabilitacji wnuczka, organizując mu zajęcia sensoryczne oraz quasi szkolne. Cieszy się szczerą sympatią swojej byłej synowej, która z kolei zawsze chętnie służy każdą pomocą, jaka tylko jest w jej gestii. Odśnieżanie terenu wokół posesji, większe zakupy, transport na badania, czy też prace w ogródku nie stanowią dla Julii problemu. Halina i mieszkająca z nią córka, Sylwia, opiekują się Frankiem, podczas gdy Julia uczestniczy w próbach orkiestry albo udziela prywatnych lekcji gry na instrumencie. Choć, prawdę powiedziawszy, ciocia chłopca robi to niechętnie, zwykle pod nosem mamrocząc nieprzychylne uwagi. Czyżby tytułem resentymentu? Tego dnia Julia umówiona była z Haliną na wykonanie prac ogrodowych - miała zakupić i obsadzić rabatkę begoniami. Przed wyjściem do sklepu spontanicznie - a może i niezbyt roztropnie - podzieliła się swoją radością. Mój chrzestny podarował mi cyfrowe pianino - powiedziała z entuzjazmem. Starszą panią dosłownie zatkało z wrażenia. Wszak nie dalej niż dwa tygodnie temu matka kupiła dziewczynie nowszy model samochodu. Pojazd, rzecz jasna, to produkt pierwszej potrzeby, ale pianino - nawet jeśli nie fanaberia - to już przynajmniej zbędny luksus. Po chwili, nie patrząc synowej w oczy, wypaliła: to teraz trzeba powiedzieć chrzestnemu, aby kupił Frankowi trampolinę do ogródka. No i chyba oddasz Michałowi jego keyboard, skoro masz pianino? Julia wprost zaniemówiła. J e j chrzestny zobligowany do kupna tej trampoliny? Przecież Franek również ma chrzestnego, że o własnym ojcu nie wspomniawszy. Poza tym nie wyobrażała sobie, że jej były mąż zażąda zwrotu instrumentu, wiedząc jaką frajdę sprawia ich synkowi gra na tych klawiszach. (I rzeczywiście, nie ośmielił się nawet słowem o tym zająknąć, a zaległości w alimentach tłumaczył "energetycznym zablokowaniem finansów". Taki to już z niego nawiedzony adept kolejnego guru.) Zniesmaczona i cokolwiek zmieszana Julia wymknęła się po kwiaty do sklepu. W drodze zadzwoniła do swojej matki, aby podzielić się zmartwieniem. Marta, matka dziewczyny, omal zakrztusiła się ze śmiechu na wieść o tym niewypale Haliny. Uspokoiła córkę, starając się dodać jej animuszu. Ta bowiem poważnie była zaniepokojona wizją konfliktu ze swoją lubianą i pomocną byłą teściową, której nawet nie traktowała jak "byłą". Masz pełne prawo do posiadania pianina, ponieważ jesteś najlepszą, najtroskliwszą matką dla Franka i choćby z racji samotnego macierzyństwa powinnaś mieć odskocznię od codziennych obowiązków. Należy ci się odrobina czasu tylko dla siebie, a spożytkujesz go w sposób wartościowy, doskonaląc artystyczny warsztat. Nie bierz zbytnio do serca impulsywnego wyskoku teściowej, to w gruncie rzeczy dobra, oddana wnukom kobieta. Po czym obydwie, matka i córka, doszły do wniosku, że górę wzięły tutaj matczyne uczucia i po prostu czara się przelała. Uśmiały się jeszcze z tej niefortunnej propozycji zwrócenia keyboardu. Teraz widać, jak to bliższa ciału koszula - stwierdziła Marta - o dziwo, tym razem Halina jakoś się nie troszczy o atrakcje Franka, za to bardziej o profity syna. To akurat zdaniem Marty było całkiem naturalne, bowiem dziecko to połowa naszego jestestwa, podczas gdy wnuk, to jedynie ćwiartka. Tymczasem sprawy miały się następująco. Od czasu rozwodu Michał, syn Haliny, nie dość że nie płaci alimentów, to nie wywiązuje się z ojcowskich obowiązków. Nie odwiedza synka ani nie bierze do siebie w weekendy, jak było w umowie. Twierdzi, że nie może podjąć stałej pracy, ponieważ komornik "siedzi mu na ogonie". I to - jego zdaniem - wyczerpuje temat. Gwoli ścisłości i przed rozwodem niezbyt się udzielał rodzicielsko; w dodatku uwikłał Julię w swoją osobistą spiralę zadłużenia. Aż nareszcie powiedziała - dość!

Po przyjściu ze sklepu szczęśliwie okazało się, że teściowa ochłonęła już z emocji i reszta wizyty upłynęła w spokojnym nastroju. Może zdała sobie sprawę, że nikt inny jak tylko jej własne dziecię ponosi odpowiedzialność za ewentualne niedostatki mogące być udziałem chłopczyka. I to pod adresem syna powinna kierować sugestie i żale związane z zakupem tej nieszczęsnej trampoliny.

poniedziałek, 19 kwietnia 2021

Jak szczury w labiryncie

 - Wiecie, jaka jest recepta na udany związek - spytał nas (mnie i moją siostrę) szkolny kolega tej ostatniej, Rafał K. - skądinąd znany gdański malarz. Siedzieliśmy sobie we trójkę przy popołudniowej kawie w Galerii Sztuki Blik, w której przed pandemią pracowała siostra. Odpowiedź była nam od dawna znana, wręcz nawet lubiłyśmy go do jej formułowania prowokować. - Jedno kocha a drugie... się na to zgadza - wyrecytował z uśmiechem kolega. I od tej pory zawsze sentencjonalnie cytujemy jego powiedzonko. Bez wątpienia życie byłoby o wiele prostsze, gdyby w podobny sposób można było związki aranżować. Niestety, to tak nie działa...

Bartosz wysłał Julii nagranie z wyrazami zachwytu i miłości. Taką płomienną deklarację uczucia i potencjalną gotowość do oświadczyn.

Tymczasem Julia beznadziejnie i nieuleczalnie zauroczona jest swoim terapeutą, Aleksandrem. Cóż, kiedy tak zwany sojusz terapeutyczny nieodwołalnie i na wieczność wyklucza możliwość ich związku. Czyli zonk!

Marcin pragnie wyłącznie swojej żony, Edyty, ale najlepiej gdyby miała charakter i duchowość Julii, ich wspólnej przyjaciółki.

Edyta wprawdzie docenia przywiązanie i opiekuńczość Marcina, ale w sferze seksu poszukuje czegoś więcej poza ich małżeństwem.

Była żona Tomasza, Magda, życzyłaby sobie, żeby związał się z Julią, która jest nauczycielką ich córeczki. Wtedy mała Marysia miałaby cudowną macochę.

Tomasz wprawdzie wielbi Julię, jednak nie może uwolnić się od obsesji na punkcie Mileny, która nieustannie to pojawia się burzliwie, potem znów spektakularnie znika. Taka już z niej femme fatale, siejąca zamęt i niepewność.

Julia mówi, że tylko postrzeganie sensu życia w cierpieniu miałoby jeszcze jakiś logiczny sens. Jeśli zaś dwoje ludzi pragnie szczęścia, wszystko wymyka się spod kontroli a nawet wręcz sprzysięga się przeciwko nim. Amerykański psycholog, Robert Tryon, poddał laboratoryjne szczury słynnemu doświadczeniu w labiryncie. Te "mądre" popełniały mniej błędów podczas procesu nauki wychodzenia zeń, "tępe" zaś popełniały ich znacząco więcej. Godnym zauważenia był fakt, iż w innych aspektach uczenia się obie grupy nie odbiegały od siebie poziomem. Najwyraźniej do pokonywania labiryntu wydają się być pomocne specyficzne zdolności przestrzenne. Czy podobne zasady obowiązują również w sferze uczuć? - zdaje się pytać Julia. Który z tych modeli należałoby uznać za godny naśladowania w odniesieniu do ludzi. Którzy z nas "mądrzy" są a którzy "tępi". 

Moje osobiste doświadczenie sprawia, że nie mam dla Julii pomyślnych wieści.

czwartek, 15 kwietnia 2021

O mojej Mamie w trzecią rocznicę


Można by rzec iż od śmierci Mamy w kwietniu 2018 roku jestem innym już człowiekiem. Tymczasem nie tyle innym, co na inny sposób "ludzkość" swą wyrażającym. Z tej choćby przyczyny, że zmieniła mi się perspektywa bycia. Utrata rodziców, definitywna i nieodwołalna, niesie z sobą wzięcie odpowiedzialności za własne szczęście, nie ma już bowiem żadnej - ziemskiej i namacalnej - instancji wyższej, która autorytetem swoim mogłaby nas zwolnić i przejąć kontrolę nad owym.
Cóż, pewnie zabrzmi to jak banał, ale śmierć zawsze zaskakuje nas tudzież zastaje nieprzygotowanych. Bo czyż na śmierć można się (ale tak naprawdę) przygotować?
Teraz już wiem, że nie. Czy dobrze to, czy źle, nie umiem się w tej materii wypowiedzieć.
W powietrzu już na zawsze pozostaną pytania bez odpowiedzi.
Czy mogłam dla Niej coś więcej uczynić, powiedzieć, zapewnić.
Dlaczego kiedy umierała zamiast trzymać ją w ramionach, ja niemądrze się krzątałam szukając piżamy, kapci i szlafroka do szpitala...
Lecz najbardziej przejmujące ze wszystkiego jest to, czego nie uzyskałam od Niej. Mając Ją na wyciągnięcie ręki. Choć tak naprawdę fizyczna bliskość nie jest tożsama z możliwością uzyskania odpowiedzi na tę niejasność, co od prapoczątków kumulowała mrok i ciemność.
Nie ma odpowiedzi, bo tych nikt nie zna. Są za to pytania, lecz też nie do końca jest jasne, czy są właściwie sformułowane. Jeśli nad tym popracować, jest nadzieja, że i w kwestii odpowiedzi nieco się rozjaśni. Tylko tyle. I aż tyle.              
                        
                                                                                 Młodziutka Ala. 
   
                                                                  Wiekowa Alicja u schyłku życia. 

                                                                   

wtorek, 13 kwietnia 2021

O miejscu zamieszkania

Bardzo szanuję ludzi, którzy kochają i z wielką pasją potrafią mówić o miejscu swojego zamieszkania. I obojętnie, czy jest to jakieś cudowne obiektywnie, zabytkowe miasto, czy też zwyczajne, dechami zabite zadupie. Tak mówi moje dziecię. Na studiach miał kolegę z Przechlewa, który początkowo pytany o to, skąd jest, odpowiadał tylko, że z małej miejscowości pod Chojnicami.  
- Przechlewo - ożywił się Julian - znam z wycieczek palcem po mapie. I odtąd Kolega po każdym domowym weekendzie czuł się zobligowany by opowiadać o wszelkich sprawach owej miejscowości się tyczących. Być może tak rodzi się szacunek do własnych korzeni i chęć powrotu do "swoich" po skończeniu studiów.
Sama nie wiem, co bym o tym myślała, gdybym pochodziła z takiej miejscowości. Bo co innego przenieść się na wieś w bardzo już dorosłym wieku, mając za sobą bogactwo doświadczeń oraz możliwość wyboru.
Muszę powiedzieć, że czuję się szczęściarą na myśl o tym że od zawsze mieszkam w dużym (jak na polskie standardy) mieście. Mogę być częścią jego miejskiej tkanki, korzystać z dobrodziejstw wielkiego i przemyślanego organizmu. Czuć wspólnotę terytorialną, być współodpowiedzialna za kształt i mieć wpływ na zmiany, jakie się w moim mieście dokonują. Ta specyficzna mieszanina poczucia odrębności i wspólnotowości. Również i anonimowości. Poza tym konkretnie kocham swój Gdańsk za jego tolerancyjność, nieledwie kosmopolityzm i otwarcie na świat. Chociaż przyznaję, nie wszystko mi się tutaj pod względem architektonicznym podoba. Jednak czuję, że jest to moje miejsce na ziemi.
Co do korzeni, to zawsze pytana o nie odpowiadam, że są... Poznańskie. I tak już musi być, czuję, że to ważne, by się tak określić, z tym akurat obszarem zidentyfikować. I może w takim sensie Dziecię moje ma głęboką rację.

niedziela, 11 kwietnia 2021

Pan Kazimierz

Napisz o Zelatorze, prosi mnie już od rana Dziecię. Niechaj więc będzie.

Dzisiejsza niedziela, zwana przewodnią albo Białą, od roku 2000 obchodzona jest jako Niedziela Miłosierdzia Bożego. Dzień ten zawsze już będzie mi się kojarzył z postacią pewnego, od dawna już nieżyjącego, człowieka. W wieku nastoletnim byłyśmy z siostrą gorliwymi działaczkami na rzecz ubogich, brałyśmy czynny udział we wszelkiego rodzaju akcjach charytatywnych. Zbieranie używanej odzieży, sporządzanie i roznoszenie paczek żywnościowych na święta oraz inne tym podobne. Pewnego razu, usłyszawszy o organizowanych w naszej diecezji rekolekcjach charytatywnych odbywających się w gdańskim seminarium, poprosiłyśmy proboszcza o skierowanie. Ten zaś, urzeczony pomysłem, pochwalił nasze dobre serduszka. Takim to sposobem znalazłyśmy się w świecie zabytkowych krużganków, tajemniczych, pachnących wilgocią pomieszczeń, przede wszystkim zaś poczułyśmy się adeptkami archaicznych nieledwie rytuałów. Innymi słowy, miałyśmy niepowtarzalną okazję pobyć w zupełnie odmiennym świecie. Atmosfera ćwiczeń duchowych oraz wykłady prowadzone przez największe kościelne "sławy" - wszystko to sprawiło, że po przyjeździe do domu świat zewnętrzny wydał nam się płaski i nijaki. Trudno nam było odnaleźć się w tej trywialnej, naszym zdaniem, rzeczywistości. Dużym wsparciem okazał się wtedy nowo poznany, samozwańczo zaproszony przez nas do rodzinnego domu, człowiek - Pan Kazimierz. Dziś takie postępowanie byłoby wręcz niepodobieństwem, wtedy funkcjonowało w najlepsze. Był to mocno już starszawy człowiek, plasujący się w przedziale wiekowym pomiędzy naszymi rodzicami a dziadkami. Otóż pan ów, zajmujący się zelowaniem - lecz nie butów tylko tajemniczek różańcowych - był ponadto gorącym propagatorem Bożego Miłosierdzia, o którym raczej niewiele się wówczas mówiło. Pan Kazimierz, imiennik naszego Taty, w krótkim czasie stał się przyjacielem domu. Bywało, że gościł u nas w każdą kolejną niedzielę, opowiadając nie tylko o sprawach religijnych ale i o swoim życiu. Ponoć zawsze marzył, żeby zostać księdzem; tymczasem uwzięła się nań pewna pani, urabiając go tak długo, aż zyskała swoje. Ożenił się i spłodził z nią siedmioro dzieci. Po czym zgodnie z powiedzeniem, że nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, rozpoczął objazdy po kościołach i placówkach religijnych. Utrzymywał też, że ukazała mu się sama Matka Boska. Nasz Tata traktował go z lekceważeniem a nawet z przekąsem podkpiwał sobie z jego widzeń i objawień. Porównywał go czasem do wielebnego Higginsa - jednej z postaci powieści Dickensa. W niczym to jednak nie umniejszało naszej sympatii do starszego pana. Mama zawsze gościła go jak ważną osobistość, przygotowując smaczne obiadowe dania. Trwało to wiele następujących po sobie lat, Zelator brał udział w przeróżnych formach naszego życia. Pamiętam, jak zimą - a te bywały naprawdę mroźne - wszyscy kolektywnie jeździliśmy na łyżwach po zamarzniętym stawie. Pan Kazimierz ofiarnie woził na saneczkach naszego małego braciszka. Tata zaś, jak na rasowego "panikarza" przystało, ostrzegał nas przed kruchym (rzekomo) lodem. 

Jako że starszy pan wykonywał szlachetną profesję stolarza, mama uprosiła go by podjął się zabudowy naszego przedpokoju. Mieliśmy złe doświadczenia z fachowcami - już dwóch takich pobrało zadatek i nie pokwapiło się do pracy. Teraz więc żartowaliśmy sobie, jak to z Panem Kazimierzem będzie i czy potraktuje nas tak samo. Wynik okazał się połowiczny, bo wprawdzie prace nie zostały wykonane, lecz i zadatek pobrany nie został. - Widać taki z niego stolarz, jak z koziej d(...) trąba - skwitował lekceważąco Rodziciel. Odtąd, kiedy tylko pojawiał się nasz poczciwiec, tata cedził pod nosem - zzzzelator! Potem zaś ostentacyjnie wychodził z pokoju.

Nie raz i nie dwa żartujemy sobie dzisiaj dobrotliwie z Pana Kazimierza. A jednak wspominamy go z prawdziwym rozrzewnieniem - wieść gminna niesie, że udało mu się dożyć setki. To był naprawdę uroczy rozdział naszego życia. Młodego i beztroskiego, w błogiej nieświadomości zepsucia i upadku kleru. 

niedziela, 4 kwietnia 2021

Konstatacja

Rodzi się dziecko i co w nogach sił każdy na wyścigi bieży, aby nieba mu przychylić. Lata biegną i staje się jasne, że nie spełnią się świetlane przepowiednie. Aż nadchodzi czas graniczny i bezspornie już wiadomo, że to upragnione nie wydarzy się - bo niepodobna. I co z takim "dzieckiem" zrobić? Dobić?

Lecz dobra wiadomość jest taka, że z reguły już nie żyją w owym czasie mimowolni sprawcy tej niedoli - Rodziciele.

wtorek, 23 marca 2021

Adam Zagajewski

Na wieść o wczorajszej śmierci znanego i wybitnego polskiego poety, eseisty i prozaika, Adama Zagajewskiego, wróciły do mnie wspomnienia z młodszych obszarów mojego życia. Przypomniałam sobie cały ten medialny ferment wokół opublikowanej przez Zagajewskiego wspólnie z Julianem Kornhauserem (w 1974 roku) książki Świat nie przedstawiony. Była to analiza obrazu literatury polskiej lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Ów manifest ideowy i estetyczny stanowił zarazem postulat odejścia od alegorii i mityzacji praktykowanej przez takich twórców jak Herbert, Lem, Konwicki czy Myśliwski, w stronę wnikliwej analizy współczesnych realiów. Książka wywołała ożywioną dyskusję w naszym literackim świecie inicjując kilkadziesiąt artykułów o charakterze polemicznym. Debaty owe miały miejsce m.in. na łamach tygodnika Literatura, zaś ja z siostrą śledziłyśmy je z wypiekami na twarzy. Bowiem już od czasów nastoletnich byłyśmy zagorzałymi fankami tego wspaniałego, dziś już nieistniejącego czasopisma. Za to właśnie dziś, przy okazji likwidacji mieszkania rodziców natrafiliśmy na całe sterty zakurzonych egzemplarzy. I co tu teraz z tym całym archiwalnym "dobrem" począć?

Mój drugi - raczej zresztą niszowy - blog, Poetyckie Inspiracje Erraty, koncentruje się , zgodnie z jego nazwą, wokół inspirujących mnie reprezentatywnych utworów o charakterze poetyckim. Poezja to kwintesencja skrótu myślowego, najbardziej podziwu godna forma wypowiedzi. Zaraz potem jest felieton, konstrukcja stylistyczna ulubiona i najczęściej praktykowana przeze mnie.  

Poniżej prezentuję wiersz naszego wybitnego Autora. Zaś poniżej moja impresja będąca czymś w rodzaju wariacji na temat utworu.    


Adam Zagajewski  

Sklepy mięsne


Afrykanin a nie Murzyn
nie słyszy się już dziś o Murzynach
którzy zginęli w kopalni węgla
to robotnicy afrykańscy ze zmiażdżonymi
czaszkami spoczęli pod zwałami mózgu
nie słyszy się już dziś o rzeźniku
starym rycerzu krwi
sklepy mięsne oto muzea nowej wrażliwości
urzędnik a nie kat
nie słyszy się już dziś o hyclu
którego nienawidziły dzieci
W dwudziestym wieku pod rządami nowej władzy rozumu
pewne rzeczy już się nie zdarzają
krew na ulicy na maskach samochodów
i na samochodach bez maski
człowiek biały z przerażenia
Europejczyk oko w oko ze śmiercią
nie słyszy się już dziś o śmierci
zgon a nie śmierć
to jest właściwe słowo
Wymawiam je i nagle spostrzegam
że moje usta wyścielono tekturą
którą dawniej nazywano milczeniem

---------------

Przetasowanie, weryfikacja, autocenzura. Poprawność polityczna i cywilizacyjny polor. 
Człowiek współczesny nie potrafi znieść surowych prawd. Musi owijać je w sreberka. 
Czy tak jest lepiej? Tak jest inaczej? Jak zwał, tak zwał.