Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.


Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.

Quasi felietony



O tajemnicy

Odkrywanie czyjegoś świata jest jak czytanie w otwartej księdze. Ci, których los nam na drodze postawił, zadani są naszej trosce. Poczuciu odpowiedzialności nieledwie; tak, by nikt nie odszedł od nas gorszym, aniżeli przyszedł.
Lubię ludzi dociekliwych. Nie mylić z wścibstwem. W moim odbiorze to przejaw zainteresowania. Uważnego. Życzliwego. Empatycznego.
Ten, kto w zbytecznej obawie naruszenia prywatności omija udostępnione przeze mnie rejony, nie jest mi pokrewny duchem. Wykazuje bowiem obojętność.
Rzecz jasna, interesować się kimś nie ma musu.
Mnie zaś ogromnie interesują ludzie. Chciałabym wiedzieć o nich jak najwięcej.
Z zachowaniem stosownego dystansu.
By nie przekroczyć owej symbolicznej bramy, za którą rozciąga się już obszar tajemnicy.
Nienaruszalnej dla kogokolwiek, dostępnej jedynie tym, których zaproszono.


Ździebko o tolerancji

Chęć wykazania się tolerowaniem innych orientacji seksualnych sprawiła, że niektórzy stracili z oczu poprawność w definiowaniu takich pojęć jak wierność i zdrada.
Ostatnio ktoś zapytał, czy poczytałabym swojemu mężczyźnie za zdradę skok w bok z innym facetem.
I w tym momencie omal mnie nie zatkało. Jak to możliwe, że udało mi się tyle lat przeżyć w błogiej nieświadomości, że związek z heteroseksualnym partnerem opiera się na wierności jednemu partnerowi przeciwnej płci li tylko.
Natomiast hulaj dusza (a przede wszystkim ciało!) z dowolną ilością partnerów płci tożsamej.
W jedną i drugą stronę, ma się rozumieć zresztą.
Czyżby owemu człowiekowi mózg się zlasował, pozwólcie, że spytam.
Czy to jest zdrada? Tak, bo to poważne naruszenie zasad partnerskiej wyłączności.
Bo relacja dwojga osób kategorycznie wyklucza zeń osoby trzecie. Byłoby to kompletnym zaprzeczeniem idei takiego związku. W aspekcie zarówno prawnym jak też i duchowym.
Ponadto, jeśli do czynienia mamy ze zdradą na tle homoseksualnym, pod znakiem zapytania staje istnienie naszej umowy - zawartej w domniemaniu z osobą orientacji zgodnej z naszą.
Unieważnia to związek, jako oparty na fałszywych przesłankach.
Mamy przecież prawo egzekwować deklarowane preferencje swojego partnera.
Bo prawdziwa tolerancja to akceptacja ludzkiej odmienności, nie zaś mieszanie porządku uczciwości i niegodziwości. I nie polega na sankcjonowaniu zdrady, bez względu na to, z kim się jej dopuszcza.
Tu spieszę uspokoić rzeczników "politycznej poprawności": dotyczy to ludzi wszystkich orientacji.
W tym samym bowiem stopniu osoba homoseksualna ma prawo domagać się od partnera wierności. Rozumianej przez brak aktywności seksualnej również i z osobą płci przeciwnej.


Prawda, a kreacja

Trudno jest mówić o tym, co prawdą jest, a co kreacją tylko. Bo jakość naszych kreacji więcej niekiedy o nas mówi, niż gołe (zakładając, że są w stanie takimi być) fakty.
Powiedz mi, w czym gustujesz, a zgadnę, kim naprawdę jesteś. Stanowimy bowiem odbicie swoich pragnień, ambicji, marzeń; kto wie, czy nie projekcji nawet.
Przyjmując na siebie określone role, stajemy się rzeczywiście, choć nie zawsze dostrzegalnie dla nas, obiektami własnych kreacji.
I nic w tym szczególnego, to proces nieuchronny. Jak kształtowanie odlewu na bazie określonej formy. Dlatego tak ważne jest, by wzorce ustalać a' priori.
To one nam są drogowskazem w długim i żmudnym procesie pracy nad sobą.


Niż
Mówi się, a nawet powszechnie ubolewa, że mamy demograficzny niż. 
Kto więc w przyszłości (trąbi się!) utrzyma wybujały, powojenny wyż. 
Zważywszy jednak skalę obecnego bezrobocia, niewczesne zdają się owe lamenty. 
Wszak system dawno już przepadł, zjedzony przez "śmieciowe" umowy. 
A cały nadmiar siły roboczej - ludności w wieku produkcyjnym - bazuje na obecnych emerytach. 
Bo gdzież poczciwy piwosz bez zajęcia lepszą znajdzie przystań, niż wikt i opierunek u matki rencistki.   
Czy znów ta cała rzesza ukrytego bezrobocia, wiecznych studentów, nakręcających uczelnianą koniunkturę. Kuszona coraz to nowszymi, niechby i "z księżyca wziętymi" kierunkami studiów.
I myślę sobie, nie tyle martwmy się, kto utrzyma zstępujące pokolenie, ile, co stanie się z tym wstępującym,
gdy już "zaplecza" mu zabraknie:-).


Coś się kończy, coś się zaczyna
Sparafrazować powiedzonko da się na sposoby różne.
Mnie dziś - przyznam szczerze - do głowy przyszedł pewien.
Tam się bezinteresowność kończy, gdzie ...interes zaczyna.
Własny interes. Ni mniej, ni więcej.
Rzec można, oczywistość przecież. Coś jednak mnie zastanowiło.
Tak lekką ręką zwyczaj mamy obdarzać bliźnich prawem do wyborów własnych.
Toż ci dopiero wielkoduszność. Hojność z tolerancją pospołu.
Lecz gdy tymczasem wiązać nas wspólnota interesów zacznie, czym prędzej każemy stopować.
Teoretykiem każdy z nas potrafi być wcale dobrym.
Zaś gdy ze swego uszczknąć przyjdzie perspektywa - punkt całkiem odmienny naszego widzenia.
Akuratnie pasowny do punktu siedzenia.


Uczciwość?

Gdy ktoś, nie kryjąc niecnych czynów, ochoczo o nich informuje - oznacza to uczciwość?
Czy z tak nieskrępowanej "szczerości" wypływa jakiekolwiek dobro?
Czynienie zła otwarcie, sprawia, że ono nas nie dotyka? Wystarczy wiedza o zdradzie, by stała się mniej bolesna?
Obawiam się, że ktoś, kto nam te kity wciska, liczy na trwały, bądź chwilowy choćby brak poczytalności. Wszak zgodnie z taką retoryką nawet morderca mógłby się wybielić, twierdząc, że robi to otwarcie.
Miast nóż nam w plecy wbijać!
Ten punkt widzenia urąga naszej sprawiedliwości.
Bo nie uczciwość to. Nie szczerość. Lecz ponad wszelką miarę ...cynizm.


Wstyd

Kiedy nas ktoś na szaro zrobi, bywa, że udajemy twardszych, niż jesteśmy. W obawie utraty prestiżu tudzież dobrego mniemania.
Chowamy się przed światem, wzbraniając przyznać nawet najbliższym.
Zdawać by się mogło, że to my powód do wstydu mamy, podczas gdy ten, kto nas skrzywdził, beztroskie wiedzie życie. Najczęściej wcale już nie myśli o nas - zarzucając sieci na kolejną zdobycz.
Trudno nam przyznać się do błędu; nie chcemy nawet przyjąć takiej możliwości.
A przecież błądzić ludzką jest rzeczą, trzeba tylko umieć stawić temu czoło. Przyznać, że "zgrzeszyliśmy" łatwowiernością, bądź też daliśmy się ponieść wyobraźni. Własną projekcję przyjmując za prawdę.
Jednak nie wolno jest nam zwątpić w ludzi. Dać przyzwolenia na utratę wiary.
Wszak odpłacając tą samą monetą, zgłaszamy akces do ..."powszechnej historii nikczemności".


Sercołamacze

To moje autorskie określenie kogoś, kto nam serce złamał. Bo skoro może być lodołamacz, to czemu nie sercołamacz. Tyle, że na owo łamanie, bardziej narażone jest takie, które niewiele ma wspólnego z lodem.
I tak, jak truciznę antidotum, tak owych sercołamaczy natychmiast spieszą zastąpić ci, którzy deklarują się "lekiem być na całe zło". Zazwyczaj całokształt działalności owych "lekarzy" jest taki ...jakby po nas przejechał walec.
Dlatego w trosce o te resztki, które jeszcze mogą nam się przydać, nie warto stawać się łatwą zdobyczą tych "wybawców". Leczmy się raczej sprawdzonymi sposobami, z których najlepszymi są ... zmiana garderoby i nowa fryzura.


"Obsceniczne zachowanie"

Mam swoje "typy" obscenicznych zachowań, lecz okazuje się, że istnieje inny jeszcze.
Gdy ktoś w nadziei na solidarność dzieli się faktami ze swojego życia.
Pech sprawił, że należą do "niemiłych" i jako takie racji nie mają wobec powszechnego kultu przemilczania.
I cóż się wtedy dzieje?
Wszyscy spieszą udzielać mu dobrych porad: że nie należy, ludzie czytają, że ...obciach, wreszcie.
I kto to mówi? Ci, którzy przed chwileczką wspaniałomyślnie dawali prawo do wyrażania najbardziej nawet negatywnych uczuć.
Lecz dosyć tego, perswadują. Kolego, weź się w garść, kawusię przecież chcemy wypić, pączusiem słodkim przegryźć, a ty nam tutaj takie "bebe" rzeczy mówisz.


"Seks oralny"

To najdostępniejsza forma seksu, jaką tylko wyobrazić sobie można. Uprawiają ją niemal wszyscy, osiągnąwszy wiek pozwalający na "używanie rozumu".
Chociaż z rozumem w potocznym znaczeniu ma to niewiele, zdaje się, wspólnego.
Bo każdy czuje się na siłach, by o seksie mówić, gadać, rozprawiać, lub choćby pieprzyć trzy po trzy wreszcie.
Seks oralny, czyli ustny, wszechobecny jest we wszystkich sferach życia, rację bytu ma we wszelkich znanych miejscach.
W domach, szkołach, sklepach, urzędach, na ambonach kościelnych skończywszy wreszcie.
Nie dość, że trąbi się powszechnie o tym, co należy w tej dziedzinie robić, to do perfekcji opracowano, czego to właśnie robić nie należy.
I tu otwiera się tak szerokie spektrum wiedzy, że nieświadomy i Bogu ducha winny adept tej szlachetnej "sztuki" szybko stosownej nabywa wprawy.
Bo każdy ma pole do działania i nikt - z celibatariuszami włącznie - nie jest wykluczony.
Jedni mówią o tym, co robią, zrobią, czy też marzy im się zrobić; drudzy zaś, w drobiazgowy sposób, o tym, czego nie robią, nie należy robić, co jest zakazane, straszne, nieprzyzwoite i obleśne...
Widać, każdy orze, jak może.


Imaginacje

Nawet, jeśli w sposób obiektywny nie istnieję, w pewnym trybie da się odczytać moje imaginacje.
Dostępne są jedynie tym, którzy w tożsamym przebywają obszarze.
Może jednak być i tak, że treści skryte w istnieniu subiektywnym wynikają z niejasności tego pojęcia. Wziąwszy pod uwagę, że pojęcie istnienia jest kategorią ontologii, subiektywność zaś przynależy do teorii poznania, każda z tych kategorii ma inny rodowód i zalicza się do innej dziedziny. Wobec powyższego, połączenie ich jest niespójne, a nawet sprzeczne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz