Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.


Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.

wtorek, 30 czerwca 2015

Trochę "budyniu" nam nie zaszkodzi

Dziś - całkiem bez okazji - dalszy ciąg czytelniczych rozważań. Konkretnie - o czytaniu blogów.

Aktualnie obserwuję ich jakieś sto pięćdziesiąt. To dla mnie optymalna liczba.
Chociaż nie stronię od szukania dalszych. Wtedy te ciekawsze zastąpią te mniej.
Jeśli pisanie jest naszą pasją, jest nią też i czytanie. Jeżeli chcemy, by czytano nas, musimy czytać
(i komentować) to, co piszą inni. Tak to przecież działa.
Nie każdy pisze codziennie, toteż i nie mam do ogarnięcia zbyt wiele.
A co, jeśli zaczną - wtedy ogłoszę upadłość? Otóż nie, dla mnie to żaden problem.
Wszelako wciąż coś czytać muszę. Zaś wiele blogów ciekawszą jest lekturą, niż niejedna książka.
Dlaczego te, a nie inne blogi w swej czytelni mam?
- lubię je czytać - z różnych powodów, równie dobrze może to być "brukowiec" do śniadania
- lubię ich autorów tudzież quasi kawiarnianą atmosferę, werbalizującą się w komentarzach
- z obu tych powodów łącznie

Nie do końca natomiast wiem, dlaczego jedne blogi czytać lubię, inne zaś nie.
Bardzo chciałabym wiedzieć.
Jak tylko się dowiem, w te pędy obwieszczę. Tudzież uściślę, doprecyzuję.

Teraz chciałabym Was o coś spytać. Bo wzięło mi się i zebrało na wspominki. Sentymentalna się robię, czy co? Przeglądam sobie listę blogów, ot troszkę tak, jak się wyciąga klejnoty ze szkatułki. Ciekawi mnie, czy kogoś interesującego dzięki mnie poznaliście. Bo jeśli chodzi o mnie...
Najpierw poznałam Emkę - na początku było Słowo była Emka...
Następnie odkryłam Klarkę. Odkryłam jest bardzo adekwatnym określeniem, kto zna, ten zresztą wie. Potem już większość według klucza osób z towarzystwa tychże.
Po pewnym czasie - dziwnym trafem dzięki komuś, kogo nie polubiłam wcale - Panterkę. Od razu poznałam się na jej dobrym sercu. To nic, że często-gęsto, nie przebiera w słowach, zwłaszcza pod adresem świątobliwych instytucji. Ja nabrać się nie dałam. U Panterki zaś poznałam Różę i Adama.
U Klarki Antoniego, Olgę i Agnieszkę.
Część osób moją sympatią cieszyło się od początku, do innych przekonałam się nieco później. Tak było na przykład z Rybeńką, która za to obecnie należy do najwyżej szacowanych. Zaś w kategorii Najlepszy Człowiek plasuje się tuż za Judytą.
Niektórych z Was ogromnie lubię. Niektórych "tylko" cenię i szanuję.  Niektórych zaś - jedno i drugie. Czy z którymś z was odczuwam tę szczególną więź? Obawiam się...
To wprost niemożliwe. Bo jestem człowiekiem osobnym. Kto czytał Sto lat samotności Marqueza, ten wie, w czym rzecz. Ja, wieczny outsider. Nigdy zaś inside.
Wszak mało kto mógłby wraz ze mną tę samą rzecz lubić za to samo.
A jeśli będą to dwie równocześnie, trzy, lub więcej rzeczy - z gruntu niemożliwe.
Bo słowa lubić, kochać, czy podobać się, nie znaczą, tak na dobrą sprawę, nic. To puste frazesy jeno.
Dopiero ocena opisowa może jakiś tam, nikły zresztą, obraz dać.

Ciekawi  mnie wielce, czy dzięki mnie udało Wam się poznać kogoś, czyj blog, albo i osoba jest teraz dla Was źródłem cennych inspiracji. Jak też ciekawi mnie, po jakiej ścieżce trafiliście do mnie.

Ze zrozumiałych, mam nadzieję, względów, nie mogę tu wymienić wszystkich tych, którzy mi towarzyszą w odkrywaniu blogowego świata. Wy zresztą wiecie, jako, że w większości znacie się nawzajem i czytacie. Cieszę się, że tu jesteście.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Dlaczego cenię Ninę Wum

À propos poprzedniego posta, dziś planowałam rozwinięcie pewnego (jakże niesłusznie) przez czytaczy mych pomijanego, wątku. Tymczasem jednak zostawmy go - przecież nie zając, to nie ucieknie. Zmiana planów, bo oto na fali Fejsbuczkowych rozważań na wpis trafiłam tak cudowny, że aż nie mogę się nim nie podzielić. Bo mój egoizm, chociaż wielki, tak niebotycznych nie sięga wyżyn. Rzecz dzieje się na jednym z naszych (moim i dziecięcia mego) ulubionych blogów.
Czytając, aż krztusiłam się ze śmiechu - bo to przy śniadaniu było.
Tak się przedziwnie składa, że blog ów zawsze mi poprawia humor.
Co bynajmniej nie oznacza, iż podzielam każdy pogląd Niny.
Z gatunku na ten przykład tych, co to "moja macica..." ot, chociażby. Bo wprawdzie, owszem, moja macica również jeno moja, wszelako odmienne zgoła implikacje płyną dla mnie z tegoż. 
Wracajmy jednak do tematu - to tylko dygresja była.

Obserwuję całe mnóstwo blogów. Nie wszystkie z tych samych powodów.
Cechą wspólną jest iskierka zainteresowania. Dla mnie poznawczość jest pierwszoplanową sprawą.
To nic, że niektóre budzą we mnie sprzeciw, smutek, tudzież uprzedzenie do autorów,
Nieodmiennie za to humor mi poprawia blog wspomnianej Niny.
Dzieje się tak, ponieważ:
- ma pokrewne mojemu, nieco wisielcze, poczucie humoru - to przede wszystkim
- potrafi w taki sposób poprowadzić prezentację, by nie urazić swoich adwersarzy
- ma ten, dość niestety rzadki, dar trafiania w samo sedno i nieobchodzenia tematu
- nie kreuje się na kogoś, kim zasadniczo nie jest

To przecież, póki co, wystarczy.

Internet to akcelerator kultury prymitywnej, mówi mi przy śniadaniu dziecię.

I jeszcze z ostatniej chwili. Ja też użytek zrobiłam z fejsbuczkowej możliwości ...zaprezentowania.
Co prawda  niezupełnie zaprezentowania "się", jeno podzielenia się radością.
Bo oto braciszek mój (tadam!) na prezesa Radia Gdańsk ponownie wybrany przez KRRiT został. Kurtyna.
I jeszcze Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, się okazało. Ja p(...).

piątek, 26 czerwca 2015

Nasza Twarzoksiążka - refleksje po czterech latach przynależności

Swoją znajomość z Twarzoksiążką  rozpoczynałam ponad cztery lata temu. Wszystko wtedy było dla mnie nowe, w kategoriach przygody jawiąc się nieledwie. Codziennie poznawałam różnorakie funkcje, testując nieznane mi ustawienia. Wciąż coś się działo, co rusz na horyzoncie nowy pojawiał się "znajomy" - do zaszczytnego grona starszych mych znajomych dołączając.
Ach, te wspaniałe newsy - swobodne wytwory nieskrępowanej myśli Fejsbukowicza.
Dzisiaj, już z perspektywy czasu, stwierdzam, że ...powiewa nudą.
Wciąż jednak nie brakuje takich, którzy chcą dołączyć do Fejsbuka teraz. Pewnie traktują go, jak komunikator, czy też okazję do promocji jakiejś. 
Czy nadal płynie stąd pożytek dla mnie? Co my tu mamy...
- Już od wczesnego rana miłościwie nam królują różnorakie przepychanki. To ten specyficzny rodzaj quasi-inteligentnej, średnio zakamuflowanej, politycznej propagandy. Tudzież propagandy sukcesu.
- Odkrywcze, po wielekroć odgrzewane w różnych odmianach i konfiguracjach pseudofilozoficzne sentencje.
- Apel o wsparcie dla rozlicznych odmian ludzkiej biedy.
Spam płynie wartką rzeką, tworząc jeziorka i ustronne rozlewiska. Każdy chce mieć swoje pięć minut.
Ja też swego czasu chciałam.
Dzięki smartfonom stale jesteśmy obecni. Nawet, jeśli mentalnie znajdujemy się gdzie indziej.
Nie raz (i nie dwa) chciałam się ewakuować - znudzona i zmęczona tą nieustającą gotowością.
Pustą i bezsensowną, niewiele do sprawy wnoszącą.
Lecz nadal tkwię w machinie - z uwagi na zawarte, bądź też odnowione, znajomości.
Na Fejsbuku melduję się rutynowo jeden raz w ciągu dnia, potem już tylko w razie potrzeby.
Ot, zdarza mi się czasem pogawędzić z bliską koleżanką. To mi wystarczy.
Nie przewijam strony, by zobaczyć, co tam ciekawego u "przyjaciół". Tak, tak, cudzysłów ten nieprzypadkowo spod mej klawiatury wyszedł. Na dobrą sprawę to i ciekawe również winno pozostawać w cudzysłowie. Bo też po prawdzie niezbyt wiele tego "ciekawego". (Taka mała dygresja.)

Tak się szczęśliwie składa, że wszyscy ci, z którymi znajomość na Fejsbuku reaktywowałam, okazali się bez zarzutu pod względem obycia i kultury. Nie ma w ich gronie takich, za których musiałabym wstydzić przed innymi znajomymi. Wiecie, co mam na myśli - wszystkie te żenujące swym poziomem fotki i filmiki, które dosłownie okupują sieć.

Jednak nie wszyscy mogą spać spokojnie. Prawdopodobnie nie ma takiej możliwości pewien Jasio. (Nie jest to wprawdzie jego imię, lecz na potrzeby tego posta proponuję nazwać go Iksińskim Jasiem.)
To, co tutaj insynuuję, mogło mu się przydarzyć, lecz jak było naprawdę, wie tylko on sam, a i to niekoniecznie. Spróbujmy sobie teraz wyobrazić samych siebie w sytuacji, która hipotetycznie mogła być udziałem rzeczonego Jasia.
Załóżmy, że ktoś, kogo znamy z czasów dawnych, nagle okazuje się totalnie nam nie dotrzymywać kroku. Odstawać od poziomu, drastycznie porażać brakiem kultury i obycia. Że już o poziomie intelektu wzmiankować nie będę. Dotyczy to również przyjaciół z dzieciństwa, nawet tych, z którymi rozstaliśmy się nieledwie wczoraj. Może się to wiązać ze zmianą środowiska, wyjazdem na studia, czy też pracą za granicą. Podróże kształcą - mądre to powiedzenie dla niejednego z nas może okazać się kluczowe. Przyjeżdżamy sobie w rodzinne strony, kolejny już urlop zamierzając spędzić w kraju. Chcemy uczcić to z kolegami - tu zaś czeka nas rozczarowanie. Bo chociaż widzieliśmy się z nimi nie dalej, niż przed rokiem, dopiero teraz dociera do nas jakaś smutna prawda o nich. Owszem, siłą bezwładu mamy jeszcze do nich sentyment i sympatię. Te hektolitry wspólnie wypitego piwa, wszystkie na żywo obejrzane mecze, no i koncerty na stadionach. Pomimo to zaczyna docierać do nas, że - siłą rzeczy - daleko w tyle ich zostawiliśmy. Ten urok już nie działa. Wydają nam się jacyś tacy zaściankowi, wulgarni tudzież dosyć nudni z tym swoim ciągłym powtarzaniem "k****".
W którymś momencie robi nam się wstyd na samą myśl, że ktoś mógłby uwiecznić te nasze wygłupy.
Oczyma duszy już widzimy nowych swych znajomych z pracy bądź ze studiów w roli widzów.
To by dopiero była obsuwa. Bo przecież nigdy nie połączylibyśmy w tym samym towarzystwie jednych i drugich. Jeszcze czujemy się z tym nieswojo, to nasi starzy kumple z którymi od dziecka rządziliśmy na dzielni. Tacy, co to z nimi beczkę soli... Lecz życie jakoś to ureguluje. Za parę dni kończy nam się urlop i powracamy do swojego obecnego życia. Którego już nie zamienilibyśmy na to swoje dawne. To nic, że będziemy tęsknić i w sercu trochę będzie nas uwierać. Nie da się drugi raz wejść do tej samej rzeki.

I wszystko wróciłoby do normalności, gdyby nie ...Fejsbuczek, bingo!
Bo jak tu nie "polubić" tego wzruszającego bełkotu dawnego kumpla, popartego jeszcze odpowiednią fotką. Zwłaszcza, gdy sami (a to pech!) znaleźliśmy się na niej.
A wyglądamy se jak panisko, jak hrabia jakiś, nieledwie Ojciec Chrzestny.
Bo to i boczki na wikcie obfitym urosły, ubiór "stosowny" i fryzurę wymodziliśmy też.

Co będzie, jeśli rzeczone corpus delicti całkiem przypadkiem w oko wpadnie komuś z naszego nowego otoczenia. Ot, przyuważy to któraś z tych ślicznych, wykształconych dziewczyn, co to ich niedawno całe tabuny w poczet "znajomych" przyjęliśmy. Czy też kolega z nowej pracy, albo i kierownik magazynu, chociaż taki z niego luzak. A już nie daj Boże, pani Jola z dziekanatu.
Mogliby to zaaprobować? Nie sądzę, oj, nie sądzę.

czwartek, 25 czerwca 2015

Wisielczy humorek nie zawsze popłaca

W poprzednim poście nie planowałam skupiać się na tym skądinąd ważnym zagadnieniu, jakim jest  poczucie własnej wartości. Chodziło mi raczej o wyartykułowanie dystansu do własnej osoby. I to w kontekście dowcipkowania sobie z problemów. Takiego trochę wstydliwego kwitowania uśmieszkiem tego, co boli. Ot, żeby innym nastroju nie psuć. "Bo co tam dla nich moje sprawy znaczą".
Prawdę napisawszy, niewiele się pomyliłam.
Swego czasu pisałam o mojej chorobie. Tak trochę półgębkiem, nie chcąc wywoływać wilka z lasu.
Jak to mam w zwyczaju, trochę sobie pożartowałam, wisielczym swym humorkiem czytaczy miłych zabawiając. Toteż i nikt nie potraktował tego poważnie. Czy właśnie o to na dobrą sprawę mi chodziło? Bo może miał to być jakiś rodzaj zaklinania rzeczywistości.
Jeśli wystarczająco się od choróbska zdystansuję, może się znudzi i pójdzie precz.
Nie poszła.
Czy (i na ile) choroba zniszczyć może człowiekowi radość życia.
Na ile świadomość postępującej dysfunkcji zatruć potrafi potencjalne przyjemności.
Odebrać leitmotiv, działanie pozbawić ważkości.

Otóż może. Totalnie i dogłębnie. Pytanie tylko, czy nieodwracalnie.

środa, 24 czerwca 2015

O "rżnięciu głupa" i stawianiu na piedestale tegoż

Dystans do siebie, w połączeniu z autoironią, jest najczęściej chyba wysławianą cechą ludzką.
Ten punkt widzenia za swój przyjęłam, dworując sobie z siebie na całego.
Jako i żarty sobie strojąc, drocząc się na potęgę, tudzież zwyczajnie się nabijając.
Tymczasem poranna rozmowa z moim dzieckiem* uzmysłowiła mi, że jestem w błędzie.
Bo, owszem, jeśli tak wyjść z siebie i stanąć obok, żadna to sztuka sobie pożartować. To prawie tak, jakbyśmy śmiali się z kogoś innego. Tę przecież umiejętność opanowaną mamy do perfekcji.
Spróbujcie jednak zrobić to samemu sobie. To żadną miarą nie uchodzi.
To przecież brak szacunku do samego siebie, wręcz odzieranie się z godności.
Bo tak naprawdę to największą sztuką jest mówienie wprost.
Nie żadna tam konfabulacja ani upiększanie.
Jak też nie błaznowanie, czy dawanie sobie, zwykle na pokaz zresztą, prztyczków w nos.
Jedynie szczera, prawdziwie autentyczna, w swej prostocie piękna, prezentacja siebie.
Cóż stąd, że przy okazji również i własnego niedostatku, biedy, braku.
Jeśli nie umiem czegoś - czy to naprawdę jest do wstydu powód?
Czy muszę wtedy kamuflować swoje braki, albo krygować się i drwić (z siebie bądź z takiego, który "umie")? Mogę się bez uszczerbku na honorze do swej niewiedzy, braku, czy słabości, przyznać?
Niestety, nie?
Otóż, tak - właśnie, że mogę!

Skoro ośmieszanie innych uznajemy za oburzające, nie róbmy tego też samemu sobie.
Gdy okażemy szacunek sobie, inni okażą nam go również.
Jeżeli zaś o wstydzie mowa, to - pomna słów** kolegi - uprawiam trening miedzianego czoła.

__________
* Tak, wiem, że się powtarzam, lecz będę robić to do upadłego: dziecię me to najmędrszy człek na świecie. Ament!
** Wstydem jest tylko kraść i z d(...) spaść.

wtorek, 23 czerwca 2015

Bardzo adekwatny wiersz na Dzień Ojca


Myślałem kiedyś, że potrafię
Dąć tobie wieczność modlitwami,
Byś wieczną starość miał - szczęśliwą.
Dziś - wszystko, co syn może zrobić,
To spojrzeć, westchnąć - i na ścianie
Poprawić twoją fotografię,
Gdy wisi krzywo.

(Julian Tuwim, Ojciec - 1943)
 
Dziś w takich razach przeważnie tylko to umiemy zrobić.
Dlatego tak istotne, by wszystko, co do zrobienia było,
zostało zrobione już wcześniej.
Jest jeszcze coś, co jednak da się dla Niego zrobić.
Modlitwa - bingo! - nie lekceważmy jej potęgi.
Bo chociaż nie ma władzy przedłużać życia w nieskończoność, 
wszelako pomóc może zakorzenić się w Nieskończoności.
Zatem nie traćmy wiary.

czwartek, 18 czerwca 2015

Jeżeli chcecie skutecznie popełnić samobójstwo...

W październiku 2006 roku czternastoletnia Ania, gimnazjalistka z Gdańska, popełniła samobójstwo.
Nie wytrzymała napięcia psychicznego tudzież wstydu po tym, jak pięciu kolegów z klasy ją molestowało, dodatkowo nagrywając zajście za pomocą telefonu komórkowego.
Wydarzenie to było strasznym ciosem dla rodziców, nauczycieli, koleżanek, oraz potężnym wstrząsem dla całej reszty gdańszczan. Ja ponadto mam je wciąż przed oczami, gdyż odwiedzając brata przechodzę tuż obok domu rodziców Ani.

Co sprawia, że człowiek, zwłaszcza ten młody, nie jest w stanie dalej trwać w procesie życia.
Jaka potworna trauma uruchamia ten tajemny mechanizm, nieuchronnie prowadzący do samozagłady. I to samozagłady skutecznej.
Próg odporności na samo-destrukcję jest dla każdego człowieka tyleż indywidualny, co z reguły nieprzewidywalny. Dlatego tak trudno jest trzymać rękę na pulsie, nawet gdy idzie o najbliższych.

Cóż takiego ważkiego chcę w tym miejscu powiedzieć Wam, którzy traficie tutaj przypadkowo, szukając potwierdzenia, że warto się zabić?
Gdybym usiłowała kreować się tutaj na osobę szczęśliwą, spełnioną i dumną z własnych wyborów, wypadłabym niewiarygodnie, a co za tym idzie, nieprzekonująco.
Bowiem przeciwnie, każdy dzień dla mnie jest udręką, I gdyby tylko dano mi wybór, wolałabym nie zaistnieć. Nikt jednak ani mnie, ani też nikogo z Was o zgodę w tej kwestii nie pytał. Życie jest darem, chcianym, czy też nie. Ten zaś już odtąd leży wyłącznie w naszej własnej gestii.

Nie łudźmy się, nikomu nie zdołamy zagrać na nosie, kiedy tak "z fasonem" opuścimy ten łez padół. Nieobecni nie mają racji. Nie warto (do jasnej cholery!) komukolwiek czynić aż tak wielkiej uprzejmości, by go od swojej obecności wybawiać.
Nie czyńcie tego ani swoim wrogom, ani fałszywym przyjaciołom, nie czyńcie tego nawet swoim wierzycielom. Poza tym, zabić zawsze się zdążycie - a kto wie, może warto poczekać, czy kolejny dzień nie przyniesie wreszcie czegoś sensownego. Nie traćcie nadziei Wy, którzy jesteście młodzi, bowiem nie tracę jej nawet ja - w kontekście kilkudziesięciu przeżytych lat. A wierzcie mi, nie brak tych, którzy nadzieję ową chcieliby mi odebrać. Tudzież wmówić mi inną, ich zdaniem bardziej dla mnie "stosowną". Niedoczekanie.
Zatem ruszcie tyłki i maszerujcie na podbój świata. Jedynego, który teraz macie.
I tym optymistycznym akcentem...

Tutaj otrzymać możecie kompetentną pomoc w różnorakich sytuacjach:
116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”
800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej.


Ze względu na swą tematyczną aktualność wpis dzisiejszy ma pierwszeństwo przed kolejną częścią mej niedokończonej opowieści. Zainspirowały mnie do tego posty zaprzyjaźnionych blogerów. Piszmy o tym, jak wielkim nonsensem jest pochopna rezygnacja z czegoś, co nie tylko jest darem, ale i plastycznym tworzywem w naszych własnych rękach. 
Zachęcam do przeczytania o tym między innymi TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ i przede wszystkim TUTAJ  To wielce interesujące blogi. Lista linków - w miarę powstawania nowych wpisów - sukcesywnie będzie uzupełniana. 
Piszmy o tym, koniecznie.
Akcję zapoczątkował Jan - swoim wpisem Stop samobójstwom

sobota, 13 czerwca 2015

O umieraniu uczuć tak zwaną śmiercią naturalną (3)

W przeddzień wyjazdu Marka chcieli jeszcze odwiedzić parę urokliwych miejsc, a wieczorem wpaść do kabaretu, w którym akurat mieli występ członkowie rodziny Lenki.
Ta zaś niespodziewanie musiała towarzyszyć mamie do lekarza, zaproponowała więc, by pojechał sam. Uzgodnili, że zje coś na mieście, a po drodze wpadnie jeszcze do second handu, poszukać stylowej chusteczki na głowę. Wieczorem spotkają się już na miejscu, czyli w kabarecie.
 Przybiegł mocno spóźniony, tłumacząc się nowo zawartą znajomością. Bo oto właśnie poznał wielce prominentnego jegomościa, którego syn podjął nieudaną próbę samobójczą. A przecież dobry chrześcijanin nie przejdzie obojętnie wobec bliźniego w potrzebie.
- Patrzcie no państwo - dobry Samarytanin się znalazł - rzuciła z przekąsem, poirytowana, że spóźnią się na występ.
- Nie gniewaj się, Lenuś, sprawa się przeciągnęła, bo jeszcze chciałem mu psa wyprowadzić.
- A szczotkę włożyć w tyłek, by schody zmieść przy okazji to już nie?  
- Ach, gdybyś widziała ten jego dom - jeden z trzech, które ma na Starym Mieście - na pewno nie miałabyś mi za złe. To bardzo zamożny człowiek, a jednak głęboko nieszczęśliwy.
- I wyobrażasz sobie, że mi tym zaimponujesz? Won mi sprzed oczu, pieczeniarzu jeden! Obawiam się, że będziesz sobie musiał na noc lokal zmienić - rzuciła porywczo. Rób zresztą co chcesz, ja w każdym razie idę na spektakl.
W przypływie dobrego humoru porwał ją na ręce, z fantazją wnosząc do środka.
 Po zakończonym występie przenieśli się do baru, beztrosko gwarząc niemal do północy. Poznał też resztę jej rodziny - siostrę, brata, siostrzenicę, oraz jej narzeczonego.
W pewnym momencie przyuważył młodego, siedzącego samotnie przy barze mężczyznę, smutek zapijającego winkiem. Postanowił niezwłocznie się do niego przysiąść, w lot zapomniawszy o swym towarzystwie. Zapewne po to, by go umoralnić - z przekąsem  pomyślała Lenka. Jak też załapać się na darmowego drinka, którego młodzian w przypływie wdzięczności mu nie poskąpił.
- Co za palant! - syknęła cicho jej siostrzenica.
Tymczasem w otwartych drzwiach ukazał się nowo poznany przyjaciel Marka. Ten zaś usilnie począł nalegać, by go przedstawić Lence. Jak też i syna - niedoszłego samobójcę.
Obydwaj zresztą znajdowali się w stanie jednoznacznie wskazującym na spożycie...
Teraz już Lenka rozsierdziła się na dobre, bezzwłocznie zarządzając odwrót.
Z Markiem, albo i bez - jego wybór. Bo może ma ochotę zmienić lokum, przenosząc się do nowo poznanych "przyjaciół". Jeżeli tak, nie będzie miała sumienia stać mu na drodze do szczęścia.
 W drodze tłumaczył się tudzież kajał, próbując łagodzić konflikt. Postanowiła przeczekać do jutra, chłodem zbywając delikwenta.
Pościeliła mu polowe łóżko u siebie w pokoju (pora była zbyt późna, by przeszkadzać matce), sama wkrótce przewracając się na drugi bok.
Zdążyła jeszcze usłyszeć, jak pod nosem mamrocze pretensje. Alkohol w dawce terapeutycznej rozwiązał mu język i pomógł dać wyraz rozgoryczeniu. Nie w smak mu było, że jej siostrzenica wtrąca swoje zdanie, tudzież zbyt długo rozmawiała przez telefon z bratem.
 Lecz tak naprawdę powód był cokolwiek inny. W zetknięciu z rodziną Lenki poczuł się kimś pospolitym - tego zaś żadną miarą nie potrafił znieść. Bowiem gdziekolwiek się pojawiał, skupiał na sobie powszechną uwagę, brylując, prężąc się i tokując. Zresztą, tę akurat cechę zdążyła już kiedyś zauważyć, podczas gdy przechodzili razem ulicą. Wystarczyło, by na moment zatrzymała się przed wystawą, by już za chwilę nastać go na ożywionej pogawędce z przygodnie poznanym człowiekiem. Miał szczególny dar poznawania nowych ludzi - najwidoczniej pociągał ich ten jego urok niefrasobliwego globtrotera. Był takim typem człowieka, co to znalazłszy się w obcym mieście bądź kraju, nigdy nie zginie, zawsze zdobywając nocleg i zajęcie.
 Członkowie rodziny Lenki zajmowali eksponowane stanowiska w mieście.
Jak to się potocznie mówi - "robili w kulturze". Ktoś był prezesem radia, ktoś inny organizował Festiwal Szekspirowski, jeszcze inni zajmowali się public relations.
Natomiast ojciec Marka był kierownikiem skupu w Pegeerze. Rychło wpadł w alkoholizm, zaniedbując z kretesem rodzinę. Po jego śmierci rozpiła się również i matka. Syn ich nie zdążył skończyć żadnej szkoły, wcześnie opuścił dom, imając się przeróżnych prac, głównie za granicą.
Mimo to jednak - zgodnie z maksymą  podróże kształcą - trudno byłoby zarzucić mu brak ogłady. Miał szlachetną powierzchowność, wysławiał się poprawnie, zaś lata przebywania poza granicami poskutkowały biegłą znajomością trzech języków.
Czego nie można było powiedzieć o Lence, która mimo posiadanego magisterium znała zaledwie jeden, a i to jedynie w stopniu "komunikatywnym".
 Ona sama nie przywiązywała wagi do zweryfikowanego dyplomem wykształcenia. Nie czuła zbytniej przewagi nad tymi, którzy będąc samoukami, wykazywali się umiejętnością logicznego myślenia i wrażliwością na sztukę.
 Wprawdzie nie miała zwyczaju nikogo etykietować, jednak pełne jawnego resentymentu brednie, które wygadywał, ruszyły ją do żywego. Czegoś takiego nie zamierzała tolerować, toteż cieszyła się, że jutro już będzie po wszystkim.

cdn.

czwartek, 11 czerwca 2015

O umieraniu uczuć tak zwaną śmiercią naturalną (2)

Przyjechał do niej tak, jak do swojej koleżanki. Albo do kumpla z liceum.
Teraz - powiedział - wszystko się zmieniło - innym już jestem człowiekiem.
Na pierwszym miejscu jest teraz Jezus, nie gonię już za miłostkami.
Co powiedziałeś, czy się przesłyszałam? To jak właściwie było wtedy z nami?
Tu nastąpiła długa przemowa, być może zawczasu już ułożona.
Przystąpił właśnie do Wolnych Chrześcijan, jednego z odłamów protestanckich. Zamieszkał pod dachem pobożnej rodziny, której się musi meldować. Kiedyś usłyszała, jak przez telefon mówił komuś o niej.
- To dobra, uczciwa kobieta, wprawdzie katoliczka, jednak niezepsuta.
- O, "niezepsuta" - co też ty powiesz, łaskawco jeden! 
Teraz postanowiła wszystko mu wygarnąć. Pal licho wstyd i fałszywą dumę. Niech nie wyobraża sobie. Nie kryła już niczego. Mówiła o zawiedzionej nadziei, o tym, że czekała, że nie życzy sobie, by z nią pogrywano. Jeśli zmienił zdanie, miał obowiązek ją powiadomić. Pod sankcją utraty twarzy.
A teraz jak gdyby nigdy nic przyjeżdża sobie - ot, jak do zwykłej koleżanki.
Może jeszcze na spotkanie z inną ..."koleżanką". Ona tutaj nie prowadzi noclegowni.
Zaś na dobitkę wszystko pod szyldem Jezusa. Nie ma co gadać, dobrą Mu reklamę robi.
Sprawa już niemal na ostrzu noża stanęła. Bo jeszcze mu wypomniała, jak to pół roku wcześniej omal nocy razem nie spędzili. Teraz zaś niewiniątko odgrywa.
Marek rozważał natychmiastową "ewakuację". Ona go nie zatrzymywała.
- To dobry pomysł, pociąg powrotny masz na wyciągnięcie ręki!
Lecz już za chwilę stało się coś nieoczekiwanego.
Szczere, autentyczne słowa popłynęły z głębi jego serca. Ona słuchała, precz odrzuciwszy resentymenty. Powiedział, że w jego oczach jest piękną, wartościową kobietą, jego siostrą w Chrystusie. Na słowo siostra zjeżyła się nieco, lecz oto już mówił dalej.
W młodzieńczych latach różnie to bywało, nie zawsze prawdziwie szanował kobiety. Teraz rozumie, że związek dwojga to praktycznie świętość. Bo jeśli się wiązać, to na całe życie. Trzeba to zatem dokładnie rozważyć. On w tej chwili nie ma stałej pracy, więc nie ma prawa się angażować.
Niech stanie na tym, że zaczną się poznawać - na nowych warunkach, w świetle chrześcijańskich zasad. Potem zadecydują, co ma być z nimi dalej. Mieli przed sobą pełne dwa tygodnie.
Z uwagi na codzienne ze sobą przebywanie, istniała spora szansa, by teraz mogli poznać się cokolwiek lepiej. Nie bez znaczenia był też fakt, że (choć w innym kontekście) znali się już wcześniej. Całe dnie spędzali razem, rozstając się tylko na noc - którą miał spędzać w mieszkaniu jej matki. Bowiem u Lenki było raczej ciasno - mieszkała ze swoim dzieckiem.
Teraz, w bliższym dystansie, odkryli, że czują się z sobą wyjątkowo dobrze. Nie było między nimi zbytecznego skrępowania, nie jawił się też obcym ciałem na gruncie rodziny. Co bardzo istotne, nie przysporzył im żadnych nadprogramowych wydatków. Bardzo go to, przyznajmy, podniosło w oczach Lenki.
Złoty człowiek - nie rozrzucał swoich rzeczy w pokoju i nie zalewał podłogi w łazience - tak powiedziała potem jej matka. Naprawił nawet włącznik w korytarzu i luźną klamkę przy kuchennym oknie.
Czas, który był im dany, spędzili owocnie. Wielogodzinne rozmowy, wieczorne oglądanie filmów, wspólne gotowanie. Zwiedzanie miasta, spacer nad morzem, a nawet spektakl w teatrze.
Cud, miód i orzeszki. Aż do tego krytycznego - przedostatniego - dnia.

cdn.

środa, 10 czerwca 2015

O umieraniu uczuć tak zwaną śmiercią naturalną (1)

Lenka i Marek, jak to ostatnio w modzie, poznali się przez internet. Po trzech miesiącach ożywionej korespondencji zdecydowali się na spotkanie. Lenka właśnie spędzała krótki urlop u ciotki, gdy okazało się, że Marek pracuje przy remoncie domu niespełna sto kilometrów od nich.

To był czarowny, pełen wrażeń i magii dzień u schyłku sierpnia. Były więc wspomnienia, spacer nad jeziorem, obiad w uroczym zakątku, picie kawy na tarasie zamku. Zdawało się, że od pierwszego spojrzenia poczuli tę szczególną więź. On był zachwycony jej wytworną elegancją, podziwiał klasę, perfekcję, urodę. Nie zaniedbał też zauważyć przepięknie pomalowanych paznokci. Zarówno u rąk, jak i zgrabnych stóp. Od kiedy tylko wsiadła do jego wysłużonej toyoty mieli splecione ręce, rozluźniając je tylko wtedy, gdy musiał zmieniać biegi. Co chwilę całował ją w rękę, a gdy na moment się zatrzymali, nie omieszkał i w stopę. Ona zaś oczu nie mogła oderwać od jego długich i rudych włosów. Pod koniec dnia wcale nie chcieli się rozstać. Przeciągali to w nieskończoność, wciąż się nawzajem odprowadzając. Przez chwilę nawet rozważali wynajęcie domku letniskowego na noc.
Propozycja zdawała się kusząca, lecz Lenka oczami duszy ujrzała siebie nad ranem - z rozmazanym makijażem, fryzurą w nieładzie tudzież z nieumytymi zębami. To zaś było nie do przyjęcia.
Toteż poprosiła Marka, by jednak odwiózł ją do domu ciotki.
Ustalili, że za kilka dni on przyjedzie do niej, aby omówić szczegóły ich kiełkującego właśnie związku.
Oboje byli już pewni, że chcą, by to - w jakiejś możliwej do przyjęcia formie - nadal trwało.
Tymczasem Marek miał przed sobą sto kilometrów jazdy - "tęsknił" bowiem za nim rozpoczęty remont. Nazajutrz Lenkę czekało trzysta kilometrów drogi - wizyta u ciotki właśnie dobiegła końca.

Prace budowlane przeciągały się w czasie, przyjazd Marka stanął pod znakiem zapytania.
Telefony, początkowo codzienne, coraz to były rzadsze i rzadsze. Pisać już nawet nie było i po co.
Na koniec jeszcze krótka wiadomość, że rozważa zatrudnienie za granicą.
Widać, słomiany zapał chłopakowi minął, wymarło wszystko "śmiercią naturalną".
Życie Lenki wróciło do normy, skończył się urlop, zaczęła się praca.
I gdyby tak miała uczciwie to wyznać, musiałaby zauważyć, że ...nie za bardzo tęskni.
W tym miejscu uściślijmy - nie tęskni za Markiem.
Za to była w niej ogromna tęsknota za samym uczuciem.
Nade wszystko zaś nie mogła myśli znieść, żeby do wiatru ją wystawić ktokolwiek ośmielił się!

Minęło sporo czasu, nadeszła jesień, zima. I nagła, niespodziewana już raczej,wiadomość od Marka.
Może przyjechać już w przyszłym tygodniu, bo właśnie skończyła się praca.
Jasne, czemu by nie, będzie jej w każdym razie miło.
Akurat! Zgodziła się jeno z ciekawości - ciekawe, jak będzie się tłumaczył.

W tym miejscu można by się zastanawiać, czy dawne zauroczenie wróci.
Czy "odgrzewane kotlety" smakować będą tak, jak wtedy, kiedy były świeże.

Otóż nic między nimi nie było już takie, jak poprzednio.

cdn.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Jeden drugiemu

Kiedy odwiedzam swoją zamieszkałą w Sopocie córeczkę, zdarza mi się wyręczyć ją w jakimś pilnym zajęciu. Ot, tak, dla treningu, podchodzę do zlewu i naczynko jakieś zmyję. Tu coś ułożę, tam znów kwiat podleję; zwyczajny macierzyński odruch.
Razu pewnego całkiem z rozpędu całą suszarkę zapełniłam naczyniami.
Córeczka w stanowczych słowach do porządku mnie przywiodła.
- Nie rób tego więcej. Nie po to mnie odwiedzasz, by u mnie pracować. Oszczędzaj siły.
O, myślę sobie, jak dobre mam dziecko - tak się o stare matczysko troszczy.
- Oszczędzaj siły ...na własne mieszkanie - kończy niecnota jedna!

I taka mi teraz - odkrywcza wielce - myśl do łepetyny przyszła.

Wszak Papież radził: jeden drugiego brzemiona noście.

Tak łatwo mi dbać o porządek w czyimś domu. (Całkiem przeciwnie, niż we własnym.)
Może to więc niegłupie, by każdy czasem u kogoś drugiego posprzątał.
Świeżym się okiem wszystko inaczej ogląda.
Cóż stąd, że nosi cechy widzenia źdźbła w cudzym - a niewidzenia belki we własnym - oku.
W tym akurat przypadku wielce pożyteczne.

Zawsze mi żal cokolwiek wyrzucić - wszystko zalega, kurzy się po kątach.
Ktoś obcy łatwo zrobiłby z tym krótki proces, poddając kwarantannie klamoty.
Z tą myślą, że jeśli nie zatęsknię za "depozytem", ów bezceremonialnie zostanie wyrzucony.
Ja zaś w rewanżu umyję komuś kuchenne szafki. (Czemuż, ach, czemuż nie własne.)
Każdy ma jakieś słabe punkty. Moim - wzmiankowane chomikowanie.
Jednemu trudniej przychodzi mycie okien, drugi bez końca odkłada porządki w szafach.
Gdyby ktoś obiektywnym okiem rzucił na moje rupiecie, doradził, co warto przechować, co bez litości wyrzucić. Wywalić, wykopać, zezłomować, wyeliminować, eksterminować.
Wykwaterować, wyeksmitować, zdymisjonować, deportować, tudzież ze schodów zrzucić.
Ach, marzenie ściętej głowy. Bo jestem niezwykle trudnym negocjatorem.
Wyrzucone przedmioty jeszcze i w środku nocy od utylizacji niechybnej potrafię ratować.

Pominąwszy opór materii, mądre, papieskie przesłanie również i w tej odsłonie ma szansę się uskutecznić.

__________

Teraz zaś miło mi obwieścić, że dzięki Wam:
Teraz czekam na 77777, potem już tylko na okrągłą setkę. Dalej niech sprawy toczą się swoim trybem.

sobota, 6 czerwca 2015

Czy Pan Jezus lubi kwiatki

(Z cyklu: Rozważania na pograniczu)

Sądzę, że tak, tylko nie jestem przekonana, czy koniecznie w tej postaci: oskubanych, zwiędłych, butami podeptanych płatków.

Tegoroczną uroczystość Bożego Ciała mieliśmy okazję przeżyć z członkami chóru, na kaszubskiej wsi. Były - jak zawsze - feretrony, konie, strażacy, no i pierwszokomunijne dzieci. 
Cokolwiek zaskoczyły mnie proporcje w populacji tychże. Zwykle dziewczynek jest w procesji więcej. 
A tutaj zaskoczenie. Chłopców było siedemnastu, dziewczynek jedynie sześć. Dlaczegóż to?
Skłonna jestem mniemać, iż nie obrodziły latoś kwiatki. Obrodziły, czy nie, dość, że podaż była mała.



                                                  Procesja Bożego Ciała w Szymbarku na Kaszubach (04.06.2015.)


Jako mała dziewczynka sypać kwiatki pragnęłam nieustająco. Biała sukienka, biały koszyczek, ach...
Pamiętam, jaką się trzeba było wykazać inwencją, żeby te nieszczęsne kwiatki zdobyć. Nie sztuka bowiem wypełnić koszyczek zwykłym polnym chwastem. On mógł stanowić tylko "wypełniacz", w koszyczku musiało być, przynajmniej w miarę, kolorowo. A zatem lądowały tam wszystkie oberwane płatki z domowych wazonów. Bzy, piwonie, margerytki. Kiedy był na nie sezon i udało mi się zdobyć maki, to już sukces murowany. Jako, że mieszkałam w dużym mieście, zostawały mi kwiaciarnie i stragany. Czasem w odruchu dobrej woli panie z hali targowej nasypywały dzieciom do koszyczków to, co już zdążyło opaść, bądź to, co się nie sprzedało.
Nie było, oj nie było lekko...
Sypało się w myśl specjalnej procedury. Tyleż efektywnie, co i efektownie.

W dzisiejszych czasach zwyczaj ten nam jakoś podupada.
Co to będzie, można by zapytać, jeśli okaże się, że nie ma już kto sypać?
Czy księża zaczną bić na alarm?
Czy bez sypania już nie może być procesji?

Sięgająca korzeniami trzynastego wieku uroczystość Bożego Ciała została ustanowiona ku czci Ciała i Krwi Pańskiej. Nosi cechy radosnego dziękczynienia za Eucharystię.
Procesja ma charakter manifestu wiary, deklaracji przynależności do Chrystusa i Kościoła.
Taki jest jej główny cel.
Tradycja obrosła w różnorakie procedury, przybierając charakterystyczne dla regionu, niezwykle barwne i spektakularne formy. 
To bardzo piękne, podniosłe święto. Zarazem okazja do zaznaczenia swej przynależności.
Trzeba to kultywować.

Jeno po kiego te nieszczęsne kwiatki.
(Wiem, wiem - zostanę za to zlinczowana.)
Wszelako powoływanie się na starotestamentową tradycję zdaje mi się z lekka naciągane.
Niedobrze byłoby, gdyby o taki szczegół w puch się miała rozbić główna oprawa święta. 
Bo po mojemu znacznie jest stosowniej złożyć Panu w darze najpiękniejsze (i najświeższe) kwiaty, miast obrzucać drogę przywiędłymi ich szczątkami.
Potem te kwiaty zdobią ołtarze, krzyże i figury.
Zdeptane płatki z ogołoconych badyli zwyczajnie zostają do rowu zmiatane. 

W tym miejscu - gwoli uczciwości - rozważmy wątpliwość. 
Wszak jest nam znamy ten fragment ze św. Jana (J 12, 11). 
Maria z Betanii drogim olejkiem namaszcza Jezusowi stopy. Oburzony Judasz stwierdza, że powinno się go sprzedać, dochód przeznaczając dla ubogich.
(Już, już, słyszę oburzone głosy, żem jest jak ten Judasz.)

Tymczasem tutaj nie zachodzi żadna analogia. Nie zachodzi zaś, ponieważ:

Chcę raczej miłosierdzia, niż ofiary (Mt 12,7) 

Nie zabijamy już na ołtarzach cielców, wciąż jednak łby urywamy kwiatkom.
To może jednak okażmy miłosierdzie kwiatkom.
Nie trzeba? One już i tak okwitły?
Cóż to więc za "ofiara", pozwólcie, że spytam.

Dobry Ojcze Franciszku, ujmij się za kwiatuszkami. 

Post ten pisząca w roli kwiatki sypiącej :)

wtorek, 2 czerwca 2015

Zatrzaśnięte drzwi

Skoro nie mogłam mieć Wszystkiego -
Nie dbałam o brak mniejszych Rzeczy.*


Emily Dickinson, najsłynniejsza amerykańska poetka, najwybitniejsza i najbardziej oryginalna.
Tajemnicza, kochająca samotność - będącą "praktycznym wyborem i wewnętrzną koniecznością".
Za życia niedoceniona z powodu swej niekonwencjonalności, do końca pewna była swoich racji.
Sprzeciwiała się przeredagowywaniu swoich tekstów, dbając o każdą kropkę, każdy przecinek.
Do perfekcji doprowadzała ich formę, starannej poddając obróbce.

Nawet, jeśli posługuje się dosadnym, potocznym językiem, zamiast kropek stawiając niekiedy myślniki, wszystko to służy ekspresji, wszystko ma swoją wymowę.
Czasami pomija tytuły - aby nie osłabiać wyrazu pierwszej linijki.
Ot, jak choćby w tym wezwaniu:

Mów całą Prawdę — lecz stopniowo —
Ostrożnie i okrężnie —
Nie zniesie błysku nagłej Prawdy
Nasz Zachwyt niedołężny —
Jak Błyskawica — gdy się Dziecku
Naturę jej naświetli —
Tak prawda niech olśniewa z wolna,
Abyśmy nie oślepli –

Stanisław Barańczak, wybitny tłumacz, poeta i krytyk literacki, autor przekładu poezji Emily Dickinson na język polski, tak puentuje twórczość poetki:
Cała poezja Emily Dickinson mieści się w tej szczelinie uchylonych Drzwi: drzwi jej pokoiku na piętrze, ale także drzwi Duszy, "zatrzaskiwanych" przez nią samą i coraz to na nowo "otwieranych" przez zewnętrzną rzeczywistość, innych ludzi i Boga.
Jeszcze inny poeta, Richard Wilbur, ujmuje to jako oksymoron: Wystawny niedostatek albo Przepych ubóstwa. Czy można wyrazić to trafniej?

Pisze Emily:

Mieszkam w pałacu Możliwości -
Piękniejszy to dom od Prozy -
O wiele więcej Okien -
Drzwi można szerzej otworzyć -


I jeszcze:

Mózg-rozleglejszy jest niż niebo-
Bo zmierz je-co do cala-
Ujrzysz, że w Mózgu się pomieści
I Pan-i przestrzeń cała-
 
Mózg-bezdenniejszy jest niż Morze-
Bo zgłęb je-co do joty-
Ujrzysz, że Mózg Ocean wchłonie
Jak Gąbka-Wiadro Wody
 
Mózg ma dokładnie ciężar Boga-
Bo zważ ich-co do grama-
A Waga z Wagą-jak Litera
Z Głoską-będzie tożsama

W obliczu niemożności posiadania Wszystkiego rezygnacja z tego, co małe, zwykłe, powszednie, jawi się postawą skrajnie maksymalistyczną. Wszystko albo nic.
Dostrzeganie paradoksów, akceptowanie wewnętrznych sprzeczności.
Jakże bliskie mojemu własnemu jest takie widzenie rzeczywistości.

(Tłumaczenie wszystkich utworów - Stanisław Barańczak)

__________
* Dwie początkowe linijki wiersza nr 985.