Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.


Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak między wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Post w tonie takim, jak na mój Urodzinowy przystało

Do moich kolejnych Urodzin niewiele już zostało ponad tydzień. I znów wycieczka do Ukochanego Miasta.
(Ostatnimi czasy bywało to w dwuletnim cyklu.)
Ta pierwsza - najważniejsza, z 2012 roku - cała była magią. I nie chodziło o atrakcje turystyczne, bardziej o klimat i grę wyobraźni.
Następna - z 2014 - była równie piękna; każda chwila spędzona tamże niosła moc pokrzepienia dla znękanej duszy. Choć prawdę mówiąc, czułam się już trochę jak w czapce niewidce.
Tymczasem wczoraj ...
Nic wprawdzie nie zapowiadało fiaska tego przedsięwzięcia. 
Dziś jeszcze co i rusz doświadczam promiennego deja vu. Lecz już po chwili doznaję pustki, ogarnia mnie poczucie niezdefiniowanej straty. Nie ma gwarancji, że jakaś atrakcja za każdym razem sprawi nam tę samą radość. Nie ma w tym powtarzalności. Wszystko zależy od kontekstu.
Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje (Mt 6,21). Słowa te najsensowniej oddają wszystko, co do powiedzenia mam. I może jeszcze: do trzech razy sztuka. Czwartego raczej już nie będzie. Bo tak na dobrą sprawę nawet nie ma po co.
- Pamiętasz, mówiłaś "zobaczyć Toruń i umrzeć" - wypomniała mi brak entuzjazmu córka:
- Owszem, lecz do "umarcia" niestety daleko. W tym chyba głównie rzecz.
Zważywszy bowiem naszą długowieczność, przyjdzie mi się pewnie kulać po tym świecie jeszcze ze trzydzieści lat. Zaś, co ciekawe, nieprawdą jest, że to nadzieja umiera ostatnia. Ona odpuszcza na którymś etapie, różnym dla każdego z nas. Potem już egzystuje tylko ciało - taki swoisty żywy trup. Żyje się w stanie agonalnym, niczym automat podejmując swoje obowiązki tudzież czynności umożliwiające.
Tak sobie myślę, ile osób - tu przede wszystkim mam na myśli ludzi młodych - nieubłaganie musi właśnie teraz umrzeć. A gdyby się zamienić z którymś z nich?
Idąc tym tropem myślowym załóżmy, że "oddajemy" swoje życie ...przyjmując je takim, jakie jest.
Oznaczałoby to długotrwałą agonię, a to zasadnicza różnica, czy umiera się szybko i bezboleśnie, czy też wręcz przeciwnie.
Ciekawi mnie, w którym momencie staje się już dla człowieka jasne, że się żadną miarą nie doczeka tego, na co liczy i w skrytości ducha całe życie "czeka"? (Nie mam tu na myśli biernego wyczekiwania, chodzi mi raczej o wartości, priorytety, które dla każdego są istotne.)
Dla mnie taki moment przypadł właśnie teraz. Nie mam na co liczyć, gdy o miłość idzie tudzież o pasjonującą pracę. Zatem, jeśli mam niezbitą pewność, że nie mogę już zrealizować swoich priorytetów, czy istnieje na tym świecie coś, co jeszcze teraz dałoby mi radość? Wygląda na to, że już nic, chociaż po zastanowieniu powiem, że ...pieniądze. Ostatni to już zresztą dzwonek dla nich. Bo wprawdzie owszem, pieniądz w każdym się przydaje wieku, lecz jednak cieszy nas do czasu jeno.

Kto wie, czy na stare lata nie pozostaje człeku już tylko radio Maryja i Telewizja Trwam, tudzież klepanie różańca. A co dla bezwyznaniowych? Może uniwersytety trzeciego wieku, odczyty i prelekcje. Gorzej natomiast, jeśli ktoś - jak ja - w żadnym z tych klimatów się nie odnajduje. Bo wtedy marny jego los.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

O wnioskach i przemyśleniach (1)

Moja wczorajsza rozmowa z siostrą dała mi pożywkę do przemyśleń.

Po pierwsze, nie warto bawić się w głuchy telefon, wszelkie ważne kwestie podejmując na gorąco. Choćby nawet i po to, żeby rozwiać (bądź potwierdzić) własne podejrzenia. Swobodna interpretacja czyjegoś nastroju, zwłaszcza w oparciu o relację osób trzecich nie sprzyja trafności osądu.

Zaś po drugie, skąd bierze się mit, iż pieniądze szczęścia nie dają.
Otóż dają, z tym, że jedynie na chwilę. Bowiem szybko się kończą, nie pozwoliwszy zaspokoić rosnących apetytów. Gdyby jednak założyć, że mamy nieograniczone konto, moglibyśmy dożyć setki wcale nie pytając, czy jesteśmy szczęśliwi. Tak się w życiu składa, że nie tylko czas to pieniądz, ale również ...pieniądz to praca. I to naprawdę absorbująca praca. Skonsumowawszy bowiem wszystko, co tylko do bieżącej konsumpcji się nadaje, zaczyna się człek ...nudzić. Po czym sam zaczyna tworzyć sobie "miejsce pracy". Stąd, zdaje się, pochodzą wszystkie ważkie przedsięwzięcia, wielkie projekty architektoniczne; stąd bierze się mecenat sztuki i fundacje pomocowe. 
Może by zatem - na mocy skrótu myślowego - uznać, że tylko praca może dać prawdziwe szczęście?
Że niby truizm i wyważanie otwartych drzwi?  Że każdy głupi dawno o tym wie?
Oj, nie wydaje mi się, nie wydaje...

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Jak to dosłownie "padłam" ofiarą

Praca, rozrywka i wypoczynek. Pomiędzy te trzy można z grubsza podzielić życie. Tak przynajmniej powinno być. Niestety, zdarza się, iż praca absorbuje do tego stopnia, że pozostaje już tylko ździebko czasu na regenerację sił. To ostatnie jest zresztą wskazane - w przeciwnym razie ekstensywna gospodarka własnymi zasobami prędzej czy później uniemożliwi nam sprostanie obowiązkom.
Rozrywka w tym kontekście jawi się już luksusem. Co nie jest na dłuższą metę dobre.
Bowiem dla naszej psychiki jest ona tym, czym dobre akumulatory dla każdego urządzenia.
Jednak nie każdy może sobie na nią pozwolić. I nie chodzi teraz o to, że kosztowna. Bo nawet rozrywka darmowa jest niekiedy wykluczona. To znaczy, niektóre osoby są z niej siłą rzeczy wykluczone. Albo też same muszą się wykluczyć. Jakie to osoby? Ano takie, które wszystkie swoje (skromne) siły zmuszone są zogniskować na pracy. Ponieważ tylko na pracę może ich wystarczyć. Przy dobrych wiatrach - po rozmowie z bratem takie akurat określenie na myśl mi przychodzi.

Moja córeczka dokłada wszelkich starań, by mi - tytułem odskoczni - zapewnić możliwie jak najwięcej letnich atrakcji. Stąd nasz sobotni projekt rodzinnej wycieczki do odległego o 50 kilometrów Tczewa. Dlaczego nie - wszak do tej pory znany nam był jedynie z przejazdów koleją.
W bliższym oglądzie miało się okazać, że nie ma tam zbyt wiele godnych naszej uwagi obiektów. Mieliśmy też spore trudności w namierzeniu lokalu gastronomicznego, który byłby godny "zaszczycenia". Można by rzec, taka Polska B. Aż nie do wiary, że niewiele dalej są Kaszuby - te zaś dosłownie tętnią życiem turystycznym.
Pomimo wszystko sama wycieczka i tak zapamiętana będzie pozytywnie jak też długo odgrzewana we wspomnieniach, kiedy to za oknem szarość i niepewność.
Przynajmniej mogłaby być. Zaś wszystkiemu winien ...Fejsbuk.
Krótko mówiąc, przydarzył mi się wypadek. Starając się stworzyć imponującą galerię na Fejsbuczka namiętnie pstrykałam telefonem fotki. Po czym zrobiłam spory krok do tyłu, a następnie raptowny zwrot o 180 stopni. Tym sposobem zderzyłam się z kantem granitowego słupa zagradzającego uliczkę pojazdom. W starciu z którym to słupem odniosłam kilka obrażeń. Koszmarny siniak o powierzchni 10 centymetrów kwadratowych na podbrzuszu i podobny, sześciocentymetrowy, na udzie. Ten ostatni wskutek upadku na ziemię. Telefon, co ciekawe, wyszedł z tego starcia bez szwanku. Nie ma to jak solidne zabezpieczenia. (Reklamę powyższych darujemy sobie ewentualnie.)
Do czego jednak zmierzam? Otóż wnioski ze zdarzenia są dla mnie jednoznaczne.
Tak, owszem, trzeba uważać. To też, jednak teraz mam na myśli co innego.
Jakże niewiele brakowało, bym pozostała całkowicie unieruchomiona. Moja kontuzja skomplikowałaby życie kilku innych, powiązanych, osób. Które w takim stanie rzeczy musiałyby przejąć moje obowiązki. Toteż ktoś, komu poruczono ważne zadanie powinien roztropnie gospodarować swoim czasem wolnym. Przeznaczając go głównie na relaks i regenerację sił. Rzecz jasna, zgadzam się, że osoba sprawna fizycznie tudzież zdrowa może sobie pozwolić na "aktywny" wypoczynek. W moim jednak przypadku musi to być jedynie coś, co nie nadwyręży resztek moich - szumnie powiedziane - sił.
Reasumując, jeśli do wyboru mamy pracę i rozrywkę, pierwsza z nich zawsze pozostaje priorytetem.
Dzielić czas pomiędzy jedną i drugą ma możliwość jeno taki, kto o sobie w pełni stanowiący.
Lecz choć lubimy mawiać, że to wolny kraj, prawdziwa wolność kończy się nam z chwilą, kiedy zobowiązujemy się rodzinnie. Bądź też zostaniemy siłą wyższą zobligowani.

A oto czarne (a właściwie fioletowe) na białym:

Sorki za striptiz, ale ...musiałam.

Zaś wszystkiemu winne jest poniższe zdjęcie:

Moja córeczka w towarzystwie kociewskiego tradycjonalisty,  Romana Landowskiego

poniedziałek, 25 lipca 2016

Obiecuję solennie

W oczach moich najbliższych uchodzę za osobę roztargnioną. A to ciągle coś gubię, to znów czegoś zapominam zabrać. Żegnajcie niezliczone zastępy parasoli, szalików, rękawiczek, a nawet ulubiona kurtko! O chusteczkach do nosa nawet nie warto wzmiankować.
Wracając autobusem z kolejnego "dyżuru" beztrosko położyłam na siedzeniu torbę. Taką, z którą na ogół nie rozstaję się nigdy. Trzymam ją na ramieniu bądź przynajmniej przekładam przez rękę pasek. Tym razem coś mnie podkusiło, by ją położyć na siedzeniu obok. Potem zwyczajnie wyszłam sobie z autobusu. Niestety, dopiero po czasie skonstatowałam, że jakoś mi podejrzanie lekko. Zrobiłam pospieszny rachunek sumienia remanent potencjalnie utraconych dóbr. Czarna sukienka - bynajmniej nie nowa, ale jedyna, w której się aktualnie mieszczę, brudna bielizna, domowy stanik ze złamaną fiszbiną, kilka T shirtów, no i - to prawdziwy pech - wyniki badań laboratoryjnych mojej mamy. Niewiele brakowało, a włożyłabym tam jeszcze swój najnowszy smartfon. Na szczęście coś mnie przed tym powstrzymało. Anioł Stróż, ani chybi.
Po chwili zorientowałam się, że w torbie pozostało jeszcze coś. Moje ulubione słuchawki!
Czyli problem wyglądał poważnie. Przełączyłam się na tryb działania.
Podeszłam do najbliższego autobusu, referując sprawę kierowcy. Uprzejmy pan podał mi numer do dyspozytorni. Niestety, chyba nie ten właściwy - nikt nie odbierał telefonu. Następny kierowca wykazał się większą skutecznością - połączył się przez SB radio z centralą, pytając, gdzie obecnie znajduje się pojazd, z którego wysiadłam. Domyślnie udałam się na przystanek, z którego odchodzą autobusy w kierunku powrotnym. Niebawem okazało się, że dobrym tropem poszłam. Pani dyspozytorce udało się połączyć z kierowcą "mojego" pojazdu. Już w toku usłyszanej rozmowy zorientowałam się, że torba szczęśliwie pozostała na miejscu. Hura! Nikt się na nią nie połaszczył. Innymi słowy, nie całkiem wymarła uczciwość w narodzie.
Za kilka minut podjechał autobus i zgłosiłam się do kierowcy. Pan wręczył mi torbę z uśmiechem. Voila! Uradowana podziękowałam serdecznie, obiecując, że będę się za wszystkich modlić.
Teraz muszę się z tego wywiązać. No i jeszcze obiecane dziesięć złotych dla świętego Antoniego. 
(Proszę mi się tu nie śmiać! To poważna rzecz.)
Obiecuję solennie - od dziś będę miała oczy dookoła głowy.
Czy to dziwne, że nie od razu sprawdziłam zawartość?
Chciałam nacieszyć się chwilą - i tak nie miałam wpływu na to, co niechybnie miało się okazać. Zajrzałam ostrożnie, miast niecierpliwie lustrować stan.
Bogu dzięki, nie brakowało niczego.

wtorek, 5 lipca 2016

Absurd

- Za jakieś, powiedzmy, pięć lat nie będę miał wyboru i będę musiał popełnić samobójstwo.
- No tak, lecz w jaki sposób chciałbyś to zrealizować - udaję, że rozważam z troską.
- Do tego czasu na pewno jakieś możliwości się otworzą. Dostępne będą odpowiednie procedury. Taką przynajmniej mam nadzieję.
- Ja zaś w cichości ducha liczę, że staną się zupełnie zbędne. Że zniknie powód, dla którego...
Pięć lat to mnóstwo czasu, wszak jeszcze mogą zmienić się układy, już tak niewiele brakowało.
- Ja również; tym niemniej wyjście awaryjne zawsze powinno być.

W jakim kierunku nastąpi progres - co bardziej społeczności się opłaci. 
Czy lepiej człowiekowi umożliwić, by mógł tożsamość swą konstytuować, czy też zwyczajnie spisać go na straty. Utylizować miast humanizować - toż to prawdziwy byłby absurd!