Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.


Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.

niedziela, 12 stycznia 2020

Obejrzałam

Wczoraj nareszcie (i to za friko) udało mi się obejrzeć głośny film Meirellesa, Dwóch Papieży.
Co prawda miałam już jedno podejście, jednak - lekko znudzona - poddałam się zaledwie po kwadransie. Cóż, nie był to najwyraźniej odpowiedni moment. Do rzeczy jednak.
W zasadzie film polecam, choć arcydziełem żadną miarą bym go nie nazwała. W moim odbiorze obraz nie ma dostatecznej dramaturgii, a wręcz przeciwnie, jest raczej dosyć "letni".
(Co prawda, owszem, nawet uroniłam łezkę, ale to dlatego, że akurat miałam fazę na retrospekcję.)

Narrację poprowadzono przeciwstawnie, w konwencji dosyć powierzchownej antytezy. To zaś nieuchronnie musiało poskutkować pewnym spłyceniem postaci, głównie zresztą Benedykta. Ja znam go z czasów, gdy był jeszcze Ratzingerem, wysoko cenię jego twórczość, ogromnie lubię sposób bycia. Gremialnie przypisuje mu się konserwatyzm; czy aby słusznie? Wszak ten wybitny teoretyk już choćby tylko z racji sprawowanej funkcji był wręcz zobligowany do nieustannej weryfikacji metod i procedur. Ten skromny, pełen ciepła i nieśmiały człowiek wcale nie izolował się od ludzi. Lubił przechadzać się po placu, rozmawiać z nimi, czy też choćby tylko pośród nich przebywać. Zawsze w tym swoim wysłużonym płaszczu i berecie.
Obsada głównych ról miała być atutem dzieła. Jonathan Pryce w roli papieża Franciszka świetnie wywiązał się z zadania. Natomiast mój faworyt, Anthony Hopkins, tym razem jakby nie wyczuł bluesa. W sumie to nawet nie jest zarzut, a jeśli już, to raczej do scenarzystów. Tym ostatnim nie udało się też uniknąć błędów merytorycznych. Owszem, w tej kategorii twórczej pewna swoboda interpretacji faktów jest zrozumiała i dozwolona, lecz mam wrażenie, że tutaj twórcy poszli już nieco za daleko. I o ile nieścisłość w biografii Franciszka niewiele odejmuje całości, to w przypadku papieża Benedykta już tak bynajmniej nie jest. Mam tu na myśli wątek Marciala Maciela Degollado. Przecież to nikt inny, jak właśnie Benedykt ostatecznie zdymisjonował Maciela - na którym to typku spod ciemnej gwiazdy jakoś nie poznał się jego Poprzednik. Lubię i cenię papieża Franciszka, daję mu kredyt zaufania i kibicuję jego poczynaniom.  Wszelako nie za cenę postawienia kontry wobec Benedykta.

Można było zrobić więcej, niż  t y l k o  zdymisjonować?
T e r a z  już wreszcie można zrobić więcej - i właśnie taka jest konkluzja filmu.
Jedynie to w mojej ocenie decyduje, że obraz ostatecznie jakoś tam się broni.

wtorek, 31 grudnia 2019

O cudzych gustach trudno jest dyskutować

Z cyklu: Wygłupy do śniadania

- Wiesz, jestem pod wrażeniem, jak pięknie ma w swoim mieszkaniu Przemek - zagaja dziecię nazajutrz po wizycie u kolegi. - W całym wystroju wnętrza widać zakorzenienie w kulturze i tradycji wiejskiej.
Nie ma tam nic przypadkowego, każda ozdoba (choć nie ma ich zbyt wiele), uzewnętrznia ducha tej atmosfery, w której się od dziecka kształtował.
- Aha, rozumiem, pewnie masz na myśli wszystkie te kaszubskie akcesoria, hafty, wycinanki.
- Nic podobnego, nie chodzi tu o jakiś ludowy skansen, mówię o czymś zupełnie innym. Podziwiam raczej te charakterystyczne dla kultury wiejskiej meble na wysoki połysk, sztuczne kwiaty, owoce z plastiku i święte obrazki.
- O ile dobrze rozumiem, to przecież typowe upodobania miejskiego proletariatu. I niby gdzie tu jakiś regionalizm. Zresztą, co w tym odkrywczego, indywidualnego - próbuję drążyć temat. Zerkam też podejrzliwie na dziecię, bo może zwyczajnie robi sobie jaja.
- Wcale nie, tu chodzi o autentyzm, umiejętność niepodążania za nowoczesnymi trendami w estetyce masowej, serwowanymi przez media. Które to media, tak nawiasem, za jakieś dziesięć, piętnaście lat owe trendy niemiłosiernie będą z kolei wyszydzać. Mówię poważnie, chociaż nie umiem ci tego wytłumaczyć. Obawiam się, że pod tym względem chyba się nie zrozumiemy.
Chciałbym tak urządzić własny pokój...
W popłochu wyobrażam sobie pokój dziecięcia po takiej "metamorfozie".
- Tylko, rzecz jasna, bez obrazków świętych - dopowiada - jestem przecież ateistą.
- O, nie, tak dobrze nie ma - pękam już teraz ze śmiechu - jak wszystko, to wszystko, święte obrazki bierzesz w pakiecie. Jeśli mówisz A, powiedz też i B.
Uff, na całe szczęście sprawa umarła śmiercią naturalną.
Za to Przemek po odwiedzinach u nas nie posiadał się z zachwytu nad mieszkaniem... naszym.

sobota, 28 grudnia 2019

Poświąteczne refleksje w cyklu rozważań na pograniczu

Minęły Święta, aczkolwiek tak naprawdę przecież wcale nie minęły. Wszak Dziecię nowo narodzone daje nam prawo świętowania totalnego.
Stąd też impertynencją, a co najmniej prztyczkiem w nos wierzących jawi się w oktawie BN wymóg piątkowego postu. Bo niewierzący, jak wiadomo, mają to w trzy de. Wiem, wiem, jasna rzecz, czym teologia go tłumaczy. Pozostaje to w ścisłym związku z hierarchią Świąt - wszak rangę jednych wypada podkreślić obniżając rangę innych. Tu kłania się ten odsądzony od czci relatywizm. Zgodnie z wytycznymi zawartymi w KPK* z 1983 roku obowiązuje katolików między innymi ten właśnie wzmiankowany post piątkowy. W wielu innych krajach nie, a u nas tak. Dlaczego?

W przerwie na herbatę gawędzę sobie z dzieckiem moim.
- Polska to specyficzny kraj - spostrzega. Rodzime piekiełko zaś polega na tym, że nie powinno się dopuszczać, by komukolwiek działo się za dobrze. Natomiast w tej konkretnej sprawie zawsze warto ludzi potraktować jako niedorozwiniętych - to nasz skostniały Episkopat. A nasi "bliźni" zawsze niczym sztandar podniosą aspekt prozdrowotny takowego postu. Ponadto trzeba jeszcze uwzględnić specyficznie polski koloryt religijności. I tak to się nakręca.
- No cóż, ten nasz Episkopat to prawdziwy beton - zostaje mi jedynie skonstatować.

Jaki jest mój prywatny stosunek do świętowania? Otóż świętować będę już do końca świata - wszak mam do tego prawo, a pewnie także obowiązek, na mocy doniosłego Wydarzenia, które się dawno temu dokonało. Natomiast w kwestii postu...
Minione święta stały się dla mnie okazją do poczynienia pewnych spostrzeżeń natury praktycznej. Otóż w przyszłym roku zredukuję do minimum kulinaria, traktując te Dni jako zwykłe, wolne od handlu dni. Zrezygnowaliśmy już z prezentów, a w kwestii ozdób zapanował ascetyczny minimalizm, to teraz nadszedł czas na... post. Czuję się niemal chora wskutek legalnego, uświęconego tradycją  przejedzenia. (Jedzenie przecież nie powinno się zmarnować.) A i pożądliwość oczu gra niebagatelną rolę.
W tym miejscu wspomnę, że post jakościowy już w praktyce stosujemy. Wszak nawet nie wyjęłam z zamrażarki zaplanowanego na świąteczny obiad mięsa.
Chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć, do jakiego stopnia można się przepełnić tymi postnymi, bezmięsnymi potrawami. Przepysznym ciastem, pierogami, jak również wyśmienitą (a jakże, postną) zupą. A zatem czas na radykalne cięcie - w następne Święta zarządzę ścisły post. Nie widzę innej dla siebie rady - w trosce o stan swojego ciała tudzież ducha.
Teraz już można wejść mi w słowo, pytając, jak ma się ta cała retoryka do krytykowanej przed chwileczką demagogii. Otóż wszystko to, co przedsięwezmę, odnosi się wyłącznie do osoby mojej własnej - to ja, i tylko ja, mam prawo zobligować się w tak delikatnej kwestii. 
Różnica wprawdzie jest subtelna, lecz arcyważna, wręcz kluczowa.
Dorosły człowiek nie powinien być łajany niczym małe dziecko; nie ma sposobu, by uwolnić kogokolwiek od ciężaru odpowiedzialności. Żadna, najbardziej nawet szczytna instytucja nie może rościć sobie prawa do zanegowania tej wolności. 

____________
*Kodeks Prawa Kanonicznego

niedziela, 15 grudnia 2019

Moje małe exposé

Ta, tak, sądząc po ostatnim, domyślam się, jak bardzo kochacie te moje ekspozycje. Tymczasem nie ma lekko, chleb po sześć; a zatem będą i ekspozycje, i wiwisekcje, a może nawet ekshibicje.

- Dlaczego nic nie piszesz - zagadnęła mnie niedawno koleżanka. Może wyczerpała ci się formuła, albo czujesz, że to już czas na pójście w inną stronę?
Owszem, "ten" czas nadchodzi, bowiem od dawna pracuję nad czymś nowym, tym niemniej nie ma to żadnego związku z moim blogiem. On ma się zupełnie dobrze, to raczej ja mam, a przynajmniej do niedawna miałam się niedobrze. Stąd ów totalny paraliż w pisaniu. Natomiast atutem blogu jest między innymi  całkowity brak formuły, zatem jej wyczerpanie wcale mu nie grozi. Tak też i w zamyśle miało być. Ta wzmiankowana wyżej koleżanka jest przyjaciółką mojej siostry - znamy się z nią od dzieciństwa, tak jak się znały nasze mamy. W toku naszej dalszej rozmowy zawiązała się dyskusja, właśnie na temat blogowania.
- Jak to, nie chciałabyś zarabiać na blogu, czyż nie taki jest cel blogowania? Koleżanka Dorotka spojrzała na mnie lekko zdezorientowana, myśląc, że ja chyba nie tak całkiem serio.
- Ależ Dorotko - próbuję uściślić - aby blog mógł dostarczać wymiernych korzyści musi spełniać oczekiwania odbiorcy masowego. Takowy zaś oczekuje ekspozycji prawd globalnych, podczas gdy ja mam na zbyciu wyłącznie lokalne. Pisanie dla szerokich rzesz przybiera siłą rzeczy określoną formę - jest to jakiś rodzaj dziennikarstwa,  coś na kształt gazety serwującej newsy bądź motywujące poradniki.
To pierwsze zgoła mnie nie interesuje, wszak sam już wygląd mojej strony sugeruje zdystansowanie się od ugrzecznionego schematyzmu na korzyść kreacyjności raczej. Zaś w kwestii poradnikowej, albo za wiele we mnie pokory, żeby mieć czelność radami swymi uszczęśliwiać ludzkość, albo ową "ludzkość" lubię zbyt mało, by ją w ogóle chcieć uszczęśliwiać.  Za to "kołczowanie" najlepiej wychodzi gorliwym studentkom pierwszego roku.
- A może piszesz ten blog, by znaleźć sobie przyjaciół - wtrąca obecna przy rozmowie moja siostra.
- Szczerze powiedziawszy, może i taki był mój początkowy zamysł. Bo, owszem, wprawdzie w naszym blogowym kręgu jesteśmy raczej ugodowo do siebie nastawieni, lecz - jak się okazuje - tylko dopóki ktoś nie wyjdzie przed orkiestrę i zanadto swojego światopoglądu bądź też niepopularnych politycznych preferencji nie zamanifestuje. Najlepiej będzie, jeśli zachowam dla siebie szczegóły tego, co nasi ludzie sądzą o  bliźnich którzy optują za ekipą "obecnie się panoszącą". Może wystarczy rzec jeno krótko - wcale za bliźnich ich nie uważają. (W tym miejscu wielkie zdziwienie dziewczyn dwóch.)

Lecz wracając do głównego wątku; o czym będę pisać teraz, kiedy skutkiem długiej przerwy w działalności niezbyt wielu mi już czytelników pozostało. Bo pisać mimo wszystko będę, nawet gdyby moje wypociny zechciał przeczytać tylko odbiorca jeden. Wszak jeden, który przeczyta mój tekst ze zrozumieniem, to bardzo, ale to bardzo w moim odczuciu wiele. O wiele więcej, niźli cała rzesza pochlebców i klakierów pośród milionów czytelników Onetowych blogów.

Będę pisała dużo o miłości, pojawią się posty wspomnieniowe, historie "ludzkie" - ze zmienionymi imionami, opowieści o prawdziwych, ważnych dla mnie ludziach - te oczywiście z prawdziwymi imionami. Nie zabraknie też opowieści inspirowanych rzeczywistymi zdarzeniami, zaś przede wszystkim nie zabraknie naszych śniadaniowych błazeństw. Jak również (bingo!) postów z kategorii tytułowego exposé. To wręcz po prostu mus.

O, gdybyż tak wreszcie znalazł się ktoś, kto tym samym językiem odpowie.

piątek, 6 grudnia 2019

Przedświąteczny

Wieść medialna niesie, że są jakieś Mikołajki. Za to w naszym w domu normalnie jak zawsze, czyli miło i serdecznie. Nie trzeba nam zbędnych przedmiotów - nawet i słodkości - nade wszystko zaś ideologii.
Tak jak (nam) nie trzeba alkoholu by impreza się udała.

Zaprzyjaźnione z nami rodzinne gremium postanowiło jakoś zmodyfikować zasady wręczania sobie prezentów. Po co każdy ma każdemu "prezentować" jakiś tani bzdet, skoro lepiej jest losować. Uzgodniono, że podarek ma być wart sto złotych. Tak też i zrobiono - akurat rzecz się działa w mojej obecności, podczas imienin pani domu.
No i teraz jest zagwozdka, czego by w granicach stówki mógł zażyczyć sobie ktoś. Zagwozdka arcymiła wyłącznie przy założeniu, iż kwota jest tak niepokaźna, że zabawa przynieść może radość niespodzianki.
Albo tak w budżecie nieznacząca, iż na odczepnego tej tradycji, co niemądrze zagościła już na dobre, pokłon mimo wszystko złożyć warto. Co ja osobiście o tym sądzę? Otóż mam refleksji kilka.
Tytułem doprecyzowania, mój punkt siedzenia implikuje zgoła inny punt widzenia. Sto złotych bowiem nie jest dla mnie tym, czym jest dla niektórych "stówka".
W związku z powyższym zdecydowanie bym wolała sama kupić sobie za rzeczoną stówkę prezent. Lecz tutaj głos rozsądku przywodzi myśl o tyle słuszną, co praktyczną - że niby w imię czego mam wyskoczyć z kasy właśnie teraz, kiedy Święta? Moja odpowiedź jest odmowna; nie, nie, nie, i jeszcze jakieś dziesięć razy "nie".

Święta są dla nas priorytetem, pragniemy je realizować jota w jotę tak, jak chcemy. I uważamy, że to czas najmniej ze wszystkich czasów odpowiedni do rozpuszczania kasy na "prezenty". Jest przecież na to cały rok. (Jeśli zaś mimo wszystko ujawni się... pretendent, to z mojej strony liczyć może tylko na solidnego kopa w odnośną ciała część.)
Święta to dla nas czas radosny i rodzinny - powinien czysty być i nieskażony komercyjnym praniem  mózgu. Wolny od tej obłudnej i namolnej pseudo-ideologii "dzielenia się z potrzebującym".
Kto chce, i ma się czym podzielić - winien to robić bez zbytecznych fajerwerków.
Ot, żeby obdarowywany mógł również przygotować własne święta. Albo zaprosić kogoś samotnego, dzieląc się tym, co jest na stole, nie oczekując w zamian materialnych upominków. Co więcej, ja nalegam, by nie przynosił nawet ciasta, ryby, czy sałatki. Wszak gość jest najcenniejszym darem; zaszczytem, co niezasłużenie nas spotyka. Od naszej serdeczności i mądrości zależy to, czy będzie czuł się u nas godnie.

Lecz najważniejsze jest, by nie zatracić kwintesencji Świąt i całej zasadności świętowania.
Róbmy to zawsze w zgodzie z wyznawanym priorytetem. Dla ludzi niewierzących niech będzie to okazja do spotkania się w rodzinnym gronie, czas odpoczynku i pogody ducha.
Nas zaś, wierzących, niechaj ponadto opromieni ta refleksja, która uwiarygodni nam codzienność.
Tak, aby Wydarzenie, które czcimy nadało sens całokształtowi naszej działalności.

Jak to ogarnąć, żeby Życzenia nie były jeno czczymi frazesami? To już zupełnie inna bajka...