Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.


Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

"Jerzy to mój stary!"

Właśnie przypomniałam sobie zabawne zdarzenie. To chyba ten kończący się rok nastraja mnie tak wspominkowo.
W czasach, gdy mój syn Jerzy nazywany był przez nas Jerzykiem, odwiedził go naprędce poznany kolega. Zamierzali przetestować jakieś najnowsze oprogramowanie. Gdy otworzyłam drzwi, chłopiec przywitał się, pytając, "czy jest ...eee ...syn"? Imienia, widać, nie znał. Po chwili chłopcy zniknęli w czeluściach Jerzykowego pokoju.
Przy kolacji synuś opowiedział mi, co zaszło. Bo oto taki wywiązał się między chłopcami dialog.

- Jak ty w ogóle masz na imię, bo nie wiedziałem, o kogo mam spytać twoją mamę?
- Jerzy - z dumą przedstawił się mój syn.
- ...Co!!! Ja bym chyba rodziców zabił, gdyby mnie tak nazwali! Przecież ...Jerzy, to mój stary!
- A ty to niby jak masz na imię?
- Maciej - teraz dumą wykazał się kolega.
- Też mi coś! Wyobraź sobie, że Maciej to mój akurat "stary".
- Jasne, chciałbyś!

Tu nastąpiła krótka i rzeczowa  identyfikacja za sprawą szkolnej legitymacji.
I tak to, rzec można, relatywne bywa, które imiona odpowiednie są dla młodych, które zaś (zdaje się, bezpowrotnie) przypisane do ich "starych".
___________
Poniżej Jerzyk, w czasach cokolwiek młodszych, niż tutaj opisane:



sobota, 28 grudnia 2013

Wymarzone Święta

Minęły Święta i gdzieś tam w tle kołacze myśl o tych, co przeszły. Przeszły i zaciążyły na przyszłym postrzeganiu tych, co jeszcze przyjdą. Albowiem wciąż towarzyszy mi nadzieja na nie...
Bywały Święta różne, przeważnie gwarne, ludne i rodzinne. Rodzinkę mamy bowiem liczną, skorą do spotkań, rozmów i refleksji.
Gdy o te ostatnie idzie, niewesoły nasuwa się wniosek.
Tradycje świąteczne tak już w nasze obyczaje wrosły, że nie bardzo wiemy, jak tu oddzielić ziarno od plew. To, co istotne, od natrętnej otoczki komercji.
W moim dzieciństwie, jak pamięcią sięgnąć, choinka była duża, sięgała niemal sufitu. Ten zaś - jak to w starych kamienicach bywa - wznosił się na wysokość metrów ponad trzech. Ubierana  w Wigilię, zdobiona była bajeczne. Szklane, ręcznie malowane bombki miały wymyślne kształty; lampki wyobrażały małe latarenki, szyszki, oraz muchomorki. Wata i anielskie włosy dopełniały reszty.
Na stole dwanaście potraw. Nie ma zmiłuj, zbiorowe zachowania kształtują nam obyczaje. Jeść zbiorowo "wypada" wyłącznie duże ilości potraw. Bo, jak wiadomo, jada się przede wszystkim wzrokiem:-).  Całe to dobrodziejstwo z wielkim  poświęceniem przygotowywane było przez mamę. W rolę karpiobójcy, chcąc, nie chcąc musiał się wcielić życzliwie do wszelkich form życia usposobiony tata.  Mus, to mus, ktoś w społeczności rolę kata pełnić przecież musi:-).
Potem śpiewanie kolęd w miłej atmosferze, wokół uprzątniętego już tymczasem stołu. W cieple buzującego kaflowego pieca. Przy łupaniu orzechów, jedzeniu słodyczy i obieraniu prawdziwych rarytasów, czyli pomarańczy.
Ale, ale, niemal o najważniejszym byłabym zapomniała. O kimże innym, jak nie o Mikołaju!
A był to przecież najbardziej przez nas wyczekiwany gość. Przeze mnie i dwie moje siostry.
Wielki, ubrany w czerwony płaszcz, z takimże czerwonym nosem tudzież długą brodą z waty.
W masce, która mogłaby z powodzeniem stanowić treść koszmarów sennych. Ale nam, dzieciom, nie w głowie były strachy. Jakkolwiek, owszem, bywał nieco groźny - zwłaszcza, gdy stentorowym głosem egzaminował nas z pacierza - to jego wielki wór pobudzał naszą wyobraźnię.
Chociaż był pewien moment - uwieczniony przez tatę na filmie - siostra moja tak przejęła się rolą, że znak krzyża zrobiła w odwrotnym kierunku. Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że tata był zapalonym fotografem i filmowcem-amatorem w jednej osobie. Amatorem zaś w tym jedynie znaczeniu, że prawdziwym miłośnikiem.  Bo bez wątpienia robił to nad wyraz profesjonalnie. 
Koniec końców Mikołaj dokonywał ceremonii rozdania prezentów, z namaszczeniem wyjmując je z przepaścistego wora. Przepaścistego, bo oprócz tych "prawdziwych" prezentów mama wkładała tam dodatkowo zakupy praktyczne, robione przy okazji dla całego domu. I tym sposobem dostawały nam się również garnki, czy nożyczki, a za którymś razem i odkurzacz nawet.
W późniejszych latach nasze choinki zrobiły się jakieś mniejsze, bo też i miejsca było nieco mniej. Mieszkanie w bloku sufity miało bardzo nisko. Rodzina powiększyła się o brata, a i czasy zrobiły się jakby chudsze. Nikomu nie chciało się już przebierać za Mikołaja; zwłaszcza, że łatwowierność młodszego "narybku" nie była tak wielka, jak kiedyś nasza. Braciszek w wieku trzech lat rozpoznawał pod przebraniem mamę. Bo to właśnie ona dzielnie odgrywała tę rolę od najwcześniejszych lat.
Wreszcie naturalną choinkę zastąpiliśmy sztuczną; moda na ekologię stała się zobowiązująca.
Jakoś tak szkoda wyrzucać drzewko po kilku zaledwie dniach. Albo też walczyć z opadającym igliwiem w przesuszonym kaloryferami powietrzu. Kaflowe piece, jak się okazało, miały jednak jakieś dobre strony.
Czy tęsknię za tym, co już bezpowrotnie w życiu się skończyło? 
Otóż nie! Z reguły każde takie, na pozór pięknie prezentujące się przedsięwzięcie, okupione jest wysiłkiem innych osób. Często nieproporcjonalnie wielkim w stosunku do efektu. Tak też jest z organizacją wszelkich Świąt.
Odkąd dojrzałam, dotarło do mnie, jak wielkie było poświęcenie ze strony dorosłych osób w mojej rodzinie. To, owszem, wprawdzie wyzwoliło w moim sercu wdzięczność, ale też i bunt.
Ja już nie będę kultywować bezsensownych, w przeważającej części pustych przecież, rytuałów.  
W moim dorosłym życiu starałam się, jak mogłam, walczyłam wręcz, jak lew, by eliminować wszelkie zbędne obyczaje. Potraw miało być tylko tyle, ile zdrowy rozsądek nakazuje, prezenty symboliczne, dekoracje zaś minimalistyczne.  W praktyce bywało różnie, czasem w ostatniej chwili łamałam solenne obietnice, porywając się z motyką na słońce, to jest, chciałam rzec, z irchą na okna:-). Bądź też robiąc zakupy, jak dla całego pułku wojska.  W tym roku nareszcie przyszło zwycięstwo. Koniec zakupowego i porządkowego szaleństwa. I chwała Bogu! Tego się trzymać będę uparcie.
Chociaż - jest jeszcze coś. Zamierzam bowiem pójść znacznie dalej. Chcę cofnąć się do samych źródeł, starając się odkryć istotę tych cudownych, choć tak zbezczeszczonych, Świąt.
Zohydzonych do imentu przez nachalność kiczu i skomercjalizowanie we wszystkich niemal aspektach. Zdawać by się wręcz mogło, że Boże Narodzenie to święto ...prezentów! Ewentualnie jeszcze choinki.
Niech oddzielenie ziarna od plew zaowocuje pięknem duchowego przeżywania.
Wszak niemal się udało w przypadku Wielkanocy.
Niemal, bo gdzieś tam jeszcze nieśmiało majaczy / straszy wizja szczerzącego się zająca.
Czas wreszcie zrewidować utrwalone przez lata stereotypy, wzmacniające zaistniałą patologię. 
Przepracowanie, szczególnie matek i babć, którym za całą wdzięczność wystarczyć mają ...słowa pochwały. Pochwały, zauważmy, sankcjonującej raczej, niźli potępiającej ów stan rzeczy.
Za cały ten (zbyteczny!) blichtr latami płaciły / płacą niezliczone zastępy dzielnie "poświęcających" się pań.
A przecież wystarczy prosty test. Taki, jaki wymyślił mój wspaniały, z humorem przeze mnie określany najmędrszym człowiekiem świata, syn.
(Prawie) każdy chciałby mieć taką matkę, czy też babcię. Pełną poświęcenia, nie patrzącą swego, srebrnowłosą, ze spracowanymi rękami i przygarbionymi plecami.
Nie czyń jednak drugiemu, co tobie niemiłe!
Bo oto pytanie: czy ktoś z nas chciałby być taką matką / babcią.
Nie? Tak też myślałam.
Bo jeśli o mnie idzie, nie mam najmniejszego zamiaru. W imię najszczytniejszej ideologii nawet! Zwłaszcza, że ta, na której kanwie osnute są nasze Święta, zakłada skromność, prostotę i równość wszystkich uczestników w ich przeżywaniu.
W przyszłym roku przyjdzie mi zdać egzamin z podjętych postanowień. Kto wie, może nawet nie skończy się na buńczucznych deklaracjach:-)

Poniżej zdjęcie z mojej dziecięcej Wigilii. Prawda, że tą maską można byłoby dzieci straszyć? Takie robiono wtedy... Na szczęście nie sprawiam wrażenia przestraszonej:-).


poniedziałek, 23 grudnia 2013

Mesjasz

Wprawdzie z roku na rok dokładam starań, by jak najpełniej uniezależnić się od świątecznych nacisków, jednakże coś tam zawsze na głowę daję sobie włożyć.
W całym tym ferworze niemal bym zapomniała, że właśnie dziś* w kościele Św. Mikołaja (w Gdańsku)
wystawiane będzie Oratorium Mesjasz G. F. Haendla. Moje ulubione, muszę w tym miejscu dodać. 
Już, już, dać plamę miałam; że to roboty przerywać nie warto, bądź też, że zimno i późno się skończy... 
W nagłym porywie doszłam do wniosku, że przyda się mały przerywnik. Bo jak nie, gorzko będę żałować. Krótko mówiąc zebrałam do kupy zwłoki i pojechałam. 
I wierzcie mi, że było warto. Takiego wykonania nieczęsto można doświadczyć. Posłuchać i popatrzeć.
Polski Chór Kameralny, Polska Filharmonia Kameralna Sopot, oraz soliści: Clémence Faber (sopran), Ewa Marciniec (alt), Peter Kirk (tenor) oraz Wojciech Gierlach (bas) pod dyr. Jana Łukaszewskiego, dali popis tak mistrzowski, że długo jeszcze będzie myślom moim wtórował.
Niezbyt wygodne krzesło i chłodne powiewy nie zdołały stłumić mojego aplauzu dla wykonawców. Miałam przy tym szczęście zająć miejsce - wprawdzie w bocznej nawie -  jednak w pobliżu orkiestry, z widokiem na solistów. Zwykle moimi faworytami są tenor i sopran, tym razem doceniłam też alt i bas, natomiast (o dziwo) partia tenora nie zrobiła na mnie spodziewanego wrażenia. Wyrażam tylko, rzecz jasna, subiektywne odczucie, nic wspólnego nie mające z poziomem wykonania, które było rewelacyjne.
Podobnie rzecz ma się z moimi ulubionymi partiami utworu. Jedne oddziałują na moją wrażliwość bardziej, inne nieco mniej, a przecież każda z nich jest częścią tego samego arcydzieła.
Mam w domu płytę z nagraniem  Orchestre des Champs Elysées po dyrekcją Philippe Herreweghe. To prawdziwa uczta dla ducha; zamykam się w pokoju, niczym na modlitwie. Czym innym zresztą, jak nie modlitwą może być kontemplacja takiej dawki piękna.
Jednak uczestnictwo w koncercie na żywo jest zawsze inspiracją do głębszych przemyśleń.
Cieszę się, że dane mi było nareszcie odczuć mistykę Świąt, zważywszy, że do tej pory gubiłam się w myślach,  uwikłana w bezsens pustych rytuałów.
Na koniec muszę nieco zmącić ten podniosły nastrój. Ci, którzy znają mnie bliżej, wiedzą, że jako matka Polka, przyjemne zwykłam łączyć z pożytecznym.
Otóż do Przybytku Ducha wkroczyłam jak profan, w ręku dzierżąc ...torbę pełną zakupów.
Jak nietrudno się domyślić,  ozdobioną dumnym logo Biedronki.
_____________
* 21.12.2013.

 

wtorek, 3 grudnia 2013

Nominacja. Oczom nie wierzę!


Wygląda na to, że zostałam ogniwkiem naszego miłego blogowego łańcuszka - otrzymałam nominację The Liebster Blog Award od Adeli z bloga ADELA SZYJE.
Jestem wzruszona jak sto pięćdziesiąt:-). Co ja teraz nieszczęsna pocznę? Póki co, odpowiem na zadane pytania:







  1. Kawa czy herbata?                      Herbata, jasna rzecz!
  2. Dzień czy noc?                            Oczywiście, że noc!
  3. Miasto czy wieś?                         Miasto, bez wątpienia.
  4. Samochód czy autobus               Autobus.
  5. Góry czy morze?                          Morze, zdecydowanie.
  6. Książka czy film?                         Jedno i drugie, jednak książka bardziej.
  7. Miasto czy wieś?                         Miasto, bez wątpienia.
  8. Na szpilkach czy na płaskim?     Wyłącznie na płaskim.
  9. Spódnica czy spodnie?               Spodnie, a jakże!
10. Farbowane czy naturalne?          Farbowane, z konieczności (niewątpliwie smutnej)
11. W makijażu czy bez?                   W (umiarkowanym) makijażu. 

To tyle na razie. Lecę się pakować, ino migiem, bo jutro w nocy wyjazd. O tym później:-).
      

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Poczucie humoru

Zdawać by się mogło, że coś takiego, jak poczucie humoru jest rzeczą neutralną, rzec można, marginalną nawet. Zazwyczaj utożsamia się je z wesołością, toteż pochopnie odmawia się go poniektórym nacjom. Dlatego jedynie, że ich poczucie humoru nie jest tożsame z naszym. 
Nic bardziej mylnego; jest to środek wyrazu, będący nośnikiem pojęć definiujących istotne prawdy.
Domyślamy się, jak wiele gaf popełnić można znalazłszy się w odmiennym kręgu kulturowym.
Bez znajomości panujących tam zwyczajów, trudno jest zastosować właściwy kod językowy.
To zaś nie tylko decyduje o tym, czy śmieszą nas te same dowcipy, ale przesądza o znacznie ważniejszych sprawach. O tym na przykład, czy nasz przekaz odebrany będzie w tym samym duchu, w jakim został nadany.
Lecz nawet i w obrębie rodzimego kręgu kulturowego możemy mieć podobnie.
Ileż przykrości i nieporozumień wynika z zastosowania chybionych skrótów myślowych, nieczytelnych w danym środowisku. Nie wszyscy używamy tych samych idiomów komunikując się z bliźnimi. Zależy to w dużym stopniu od tego, jak nas uformowano.
Poczucie humoru, odwzorowując ludzką wrażliwość estetyczną, zdaje się być wyznacznikiem intelektualnego i duchowego porozumienia. Gdy więc w grę wchodzi wybór partnera na całe życie, wygląda na to, że odbywać się powinien według tegoż klucza.
Ciężko jest być z człowiekiem, który - nie  odczuwając w pokrewny sposób - nie dzieli z nami tych samych wzruszeń.
To stwarza wielki obszar samotności w związku.



sobota, 23 listopada 2013

William Shakespeare sonet XXIX

Ten sonet karmi dziś moją wyobraźnię. Mój ulubiony.
Kontekst powstania był nieco inny, ja jednak odbieram go po swojemu.
Na tym wszak zasadza się poezji rola, by do odczuwania inspirować.

Gdy los i ludzie częstują mnie wzgardą,
Chcę miłosierdzie wzbudzić w głuchym niebie;
Płaczę i żalę się na dolę twardą,
I klnę upadek mój patrząc na siebie.
Chcę mieć bogatszą nadzieję przyszłości,
Mieć rysy innych i przyjaciół rzeszę,
Dobra jednego, innego zdolności,
Gdyż tym, co moje, zgoła się nie cieszę.
Lecz gdy od myśli tych brzydnie mi życie,
Wraca o tobie myśl, a moja dusza
Niby skowronek zrywa się o świcie
I hymn podnosząc, bramy niebios wzrusza;
Gdyż twej miłości najsłodsze wspomnienie
Sprawia, że z królem losu nie zamienię.

(Tłum. Maciej Słomczyński)

Bo kogóż bez reszty los jego własny zadowolić może - tak bardzo niszczy zazdrość o wszystko, czym w obdarowano innych.
Dopiero w zwierciadle miłości jawimy się bogaczami, ona to sprawia, że nie nęcą nas wymierne dobra.
Oby to widzenie nigdy mnie nie opuściło...

czwartek, 21 listopada 2013

Za co go lubię

Nie, nie, bez obaw, nie o chodzi o bohatera poprzedniego posta. Dziś będzie o czym innym zgoła.
Listopad w tym roku iście wiosenny mamy. I chwała mu za to. Lecz nie o tym teraz ...
Bo to, za co ja listopad lubię, przysparza mu wrogów raczej.
Ciemno, ponuro, do wiosny daleko; niby już zima, lecz bez bieli śniegu.
Dla mnie ma jednak unikalny nastrój.
Oczekiwanie na bliskie Święta, lecz wolne jeszcze od pośpiechu i komercji.
Ostatnie spacery po stabilnym gruncie.
Ciepło zimowego okrycia, które nie będzie już tak grzało zimą.
Przyzwolenie na ciszę, która jest zwiastunką burzy.
Jest coś jeszcze w "moim" listopadzie. To czas, gdy myśli drogiej mi osoby krzyżują się z moimi myślami.
Ten miesiąc jakoś usposabia do myślenia o ludziach. Tych, co fizycznie odeszli, lecz też i o tych, którzy wciąż istnieją.
I tych, co niczym meteor błysnąwszy na niebie wyobraźni, zgaśli po cichu, miękko osiadając w przepaści pamięci.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Rzeczywiście, miłość jest ślepa

Spacerując po Gdańsku przypomniałam sobie zabawną z dzisiejszego punktu widzenia historyjkę.
Rzec można, obciachową nawet.
Był maj, ostatnia semestralna wywiadówka przed zaliczeniem pierwszego roku szkoły średniej. Z żołądkiem podchodzącym do gardła, oczekiwałam  Mamy, w owej chwili z pewnością wtajemniczanej w moje ciemne sprawki.
Pod opieką miałam małego braciszka, którego woziłam w wózeczku, modląc się "trwaj chwilo"!
Nie spieszyło mi się bowiem oko w oko stanąć z rozgniewaną Rodzicielką.
Spacerowałam wokół kwartału kamienic, otaczających kościół Św. Jana, obiecując sobie solennie, że od przyszłego roku szkolnego to już na pewno wezmę się do roboty.
Tymczasem kolejne okrążenie przyniosło olśniewające odkrycie. Bo oto oczom moim ukazało się nieziemskie zjawisko. W leniwej pozie, oparty o rzeźbę lwa stał młodzieniec zniewalającej urody. Pełen wdzięku blondyn, na oko w moim wieku, wpatrywał się we mnie oczami, które zdawały się krzesać iskry. W ręku dzierżył butelkę z jakimś bliżej niezidentyfikowanym napojem, którą co i raz do przepięknych(?) ust podnosił. Zelektryzowana tym odkryciem, trasę jazdy skracałam do minimum, w obawie, czy młodzieniec nie zniknie aby bezpowrotnie. W takim zaś przypadku moje szesnastoletnie serce pękłoby bez wątpienia. W popłochu pomyślałam nawet, czy nie zniechęci się do mnie, braciszka biorąc za moje dziecko. Okrążenia były coraz to szybsze i bardziej nerwowe; w pewnym momencie (o zgrozo!) brat omal mi z wózka nie wypadł. Nareszcie młodzieniec pić skończył i kołyszącym się krokiem ruszył w moją stronę. Im bliżej podchodził, tym większą zaczynał jawić się pomyłką.
Oczy, przepiękne z oddali, okazały się zmrużone obleśnie, włosy w nieładzie i tłuste, gdy zaś przemówił do mnie, "wydało się", że sepleni. Czego oczywistą przyczyną był brak górnej jedynki.
Bez żenady oświadczył, że jest uczniem zbiorczej szkoły dla opóźnionych w nauce. W tym momencie własna moja żenada sięgnęła zenitu; zapragnęłam pod ziemię się ze wstydu się zapaść. Końce palców zdrętwiały mi na myśl, że mógłby ujrzeć mnie w jego towarzystwie mój wymagający Tata.
Z jakąż więc ulgą powitałam wybawienie w postaci nadchodzącej z gniewną miną Mamy.
Tak to nowego znaczenia nabrało sprawdzone porzekadło, że nie wszystko złoto, co się świeci...

piątek, 15 listopada 2013

Kim jesteś

Tej treści pytanie listownie mi zadała przyjazna osoba. Skłoniło mnie to do zastanowienia.
Bo nawet tu, w blogosferze, niejeden raz się słyszy, zarówno wprost, jak też i mniej wprost, zadane pytanie. Kiedy jesteśmy sobą. Kiedy jesteśmy autentyczni.
Na ile kreowany przez nas wizerunek przystaje do obrazu, który na co dzień sobą przedstawiamy.
Dawniej mówiło się: papier cierpliwy, bo wszystko przyjmie. Teraz tę szlachetną funkcję powierza się ekranowi monitora. Sens pozostaje ten sam.
Powszechnie burzymy się na tych , którzy wedle naszych ocen udają innych, niźli są w rzeczywistości.
Czy to naprawdę może funkcjonować?
Moje odczucie jest takie, że prawie wcale coś takiego miejsca mieć nie może. Trzeba tylko umieć odpowiednio patrzeć. Bo tak naprawdę wszystko można "odkodować".
Zakładając, że nie brak nam wnikliwości, oraz ...że nam się po prostu chce.
Przyjrzymy się temu bliżej.
Kiedy jesteśmy bardziej sobą, prywatnie, czy oficjalnie; w domu, czy też w pracy.
Na ulicy, krocząc w modnych szpilkach, czy w miękkich kapciach przed telewizorem.
Samotnie, z kubkiem kawy w dłoniach, czy też brylując w ekskluzywnym towarzystwie.
Będąc wolontariuszem w hospicjum, czy rozwścieczonym kierowcą na drodze.
Prawda o nas jest osadzona w zmieniającej się rzeczywistości. W gruncie rzeczy funkcjonującej jako splot relacji. To, co na jednym poziomie obserwacji wydaje się być ustalone, na innym zanika.
Bo jednocześnie dzieckiem możemy być, jak też i rodzicem. Dla jednego wnukiem, dla drugiego dziadkiem. Szefem i podwładnym. Wszystko to w jednej, tej samej osobie. Różnie jednak odbieranej, w zależności od tego, kto patrzy. Jedni mogą uważać nas za duszę towarzystwa, w oczach innych ponurakiem jawimy się, i odludkiem.
Nie jestem skora do ujawniania prywatnych faktów.
Zawsze byłam zwolenniczką wymiany myśli i spostrzeżeń raczej, niźli wymiany informacji. To, co o sobie piszę, wyłowić można ze skrawków pozornie sprzecznych faktów. Pozornie jednak, bo wszystko ma swoje odniesienia. Trzeba tylko umieć poprawnie je odczytać.
Czy (i na ile) ponosić mam odpowiedzialność za to, jak ktoś odbierze to, co piszę. I jaką sobie o mnie urobi opinię. Bo przecież to, co prezentuję, staje się przedmiotem ocen ludzkich, na które składa ich doświadczenie.  Jak również skłonność do przyjmowania stereotypów.
Ja w żadnym razie głowy sobie tym nie myślę łamać.
Bywam bezkompromisowa, czasem skora do krytycznych sądów - jednak tylko w tekstach oficjalnych, ewentualnie w komentarzach:-). W prywatnej korespondencji jawię się już łagodniejszą, na żywo zaś ...wprost "do rany przyłóż". Wciąż to przecież jestem ja.
Ktoś kiedyś podniósł zarzut anonimowości blogów. Krytyce poddał praktykę ukrywania swojej tożsamości. Nie dość, że przed znajomymi, to przed rodziną także.
Gdy o moich bliskich idzie, pies kot (można by rzec) z kulawą nogą, interesuje się moim blogiem. Bo choćby ten, czy ów skłonny był nawet rzucić okiem, na pewno pominąłby komentarze.
Wszelako one, bądź ich brak, składają się na klimat wypowiedzi. Są to - ni mniej, ni więcej - głosy w dyskusji. Lecz może tylko my, blogerzy jesteśmy w stanie to odebrać. Bo cała rzesza ludzi z zewnątrz niezbyt się orientuje w interfejsie blogów.
W tym miejscu zauważmy - ilość komentarzy o poczytności nie stanowi.
Niektórzy twierdzą, że pierwsze komentarze pojawiły się u nich po czterech latach. Aż się w to wierzyć nie chce, widząc te tłumy walące drzwiami i oknami.

Na koniec, pozwólcie, że przytoczę quasi felietonik, co to go swego czasu w innym miejscu "popełniłam".

Prawda, a kreacja
Trudno jest mówić o tym, co prawdą jest, a co kreacją tylko. Bo jakość naszych kreacji więcej niekiedy o nas mówi, niż gołe (zakładając, że są w stanie takimi być) fakty.
Powiedz mi, w czym gustujesz, a zgadnę, kim naprawdę jesteś. Stanowimy bowiem odbicie swoich pragnień, ambicji, marzeń; kto wie, czy nie projekcji nawet.
Przyjmując na siebie określone role, stajemy się rzeczywiście, choć nie zawsze dostrzegalnie dla nas, obiektami własnych kreacji.
I nic w tym szczególnego, to proces nieuchronny. Jak kształtowanie odlewu na bazie określonej formy. Dlatego tak ważne jest, by wzorce ustalać a' priori.
To one nam są drogowskazem w długim i żmudnym procesie pracy nad sobą.

Myślę, że "prawda" i kreacja w istocie mniej się od siebie różnią, niż się na pierwszy rzut oka sądzi.

P.S. Coś jeszcze dopowiem, choć już z innej beczki. Zbliża się nocna godzina, o której ładnych "parę" tat temu, jechałam do szpitala. Tego dnia, po południu, urodziła się moja córeczka Basia. Dzisiaj jest Jej, a co za tym idzie, również i moje Święto.

środa, 13 listopada 2013

Czy każda wiedza tak samo jest pożądana

Dawno mnie tu nie było. Trochę mi tego brakowało, chociaż z nawiązką folgowałam sobie, odwiedzając inne blogi. Rzecz jasna, jak dało się zauważyć, nie bez śladu przecież. Potrzebowałam dystansu, by uświadomić sobie tę prawdę, która jest w stanie najpełniej wyrazić moją osobę. Bez tego autentyzm diabli biorą, co zwykle skutkuje pisaniną tyleż napuszoną, co jałową.  Jakoś tak potrzebny był mi oddech, świeże spojrzenie na wewnętrzną rzeczywistość.
Z racji nocnego Markowania często spotyka mnie zaszczyt bycia pierwszym czytelnikiem najnowszych postów na niektórych blogach. Tak było i tym razem u Panterki.
Temat był z rodzaju ciężkich, można rzec, przerażających nawet. Dlatego też oddźwięk był przewidywalny. 
Autorka, prezentując przekrojową wiedzę historyczną o stosowaniu tortur, zwróciła naszą uwagę na aspekty życia, których świadomość na co dzień okryta jest mrokiem niepamięci. Co chciała przez to wyrazić?
Takie pytania padały bowiem w komentarzach - jeśli nie wprost, to przynajmniej pośrednio. Czy miała osobiste odniesienie do przedstawionych faktów. Wygląda na to, że nie, po prostu uznała za słuszne podzielić się z nami dezaprobatą dla tej patologii. Z całym bogactwem szczegółów tych haniebnych praktyk. Dlaczego zresztą miałaby ich nam oszczędzać - wszyscy jesteśmy dorośli.
Upiorna lektura nie pozostała bez wpływu na mój sen, czy raczej owego snu brak.
Nazajutrz okazało się, że większość czytelników zapoznała się z notatką rano.
Reakcje, co zrozumiałe, oscylowały wokół potępienia dla zła, którego dopuszcza się wobec człowieka inny człowiek.
Co "wrażliwsi" jednak, zdawali się być zbulwersowani tak śmiałą prezentacją tegoż zła. Czy słusznie?
Autorka, decydując się na ten kontrowersyjny krok chciała z właściwą sobie otwartością pokazać ciemne strony ludzkich dążeń do sukcesów, sławy i bogactwa. Zwróciła uwagę na fakt, że człowiek, jako jedyny z żyjących gatunków, zdolny jest do tak upiornej  przemyślności.
Nie obyło się bez małej, choć sympatycznie przeze mnie odebranej, utarczki słownej.
Otóż pewna znakomita Dama naszej blogosfery stanęła na stanowisku, że nie ma nic budującego w prezentowaniu okropności niszczących obraz piękna, który w sobie posiadamy. Pożytek z tego żaden, bo niczego tym sposobem nie wskóramy. Niechybnie zaś sen spokojny możemy utracić.
Nie odmawiam takiemu sposobowi myślenia racji, przeciwnie, z pewnego punktu widzenia zdaje się być konstruktywny. Rozumiem argumentację i jej nie podważam.
Tym niemniej stoję na całkiem przeciwnym biegunie.
Jeśli bowiem okrucieństwo stanowi niekwestionowany element rzeczywistości, w której człowiek od niepamiętnych czasów żyje, to czyż się godzi zamykać na nie oczy?
Czy też przymykać choćby?
Jaki pożytek, pyta znakomita moja interlokutorka, odniosłam ze zdobytej wiedzy. W czym pomóc może to nieszczęsnym, jeśli nie jestem w stanie ulżyć ich cierpieniom.
A jednak upierać będę się przy swoim. Chociaż realnych możliwości nie mam, to ...nie mam też wyboru.
Nie umiem abstrahować od potworności, niezależnie od tego, czy sen mi zakłócają. 
W tym miejscu muszę zauważyć, jak bardzo ludzie w postrzeganiu spraw różnią się między sobą.
Jakkolwiek nasze motywy mogą być nieco inne, to z grubsza biorąc, trzymam stronę Panterki. Jako odważna, trzeźwo myśląca osoba, nie zwykła chować głowy w piasek w obliczu prawd i sytuacji niewygodnych.
Będąc w pełnej gotowości świadczyć pomoc tam, gdzie tylko można.
W moim przypadku opowiadanie się po stronie wszelkiej informacji, zdaje się mieć źródło w upodobaniu do mistycyzmu.
Mam wrażenie, że w jakiś niepojęty sposób moja wiedza o ludzkim cierpieniu stanowi milczącą - nawet jeśli bezsilną - to jednak obecność. Współcierpiąc z nimi mam pewność, że robię to, co leży w mojej mocy. Czy płynie z tego realny pożytek? Tak, bo jeśli nie materialny nawet, to duchowy bez wątpienia. Kto wie, może przede wszystkim dla mnie. Niczego nie życzę sobie tak bardzo, jak tego, by świat wolny był od zbrodni i koszmarów. Dopóki tak jednak nie jest, chcę o tym wiedzieć możliwie najwięcej.




poniedziałek, 28 października 2013

Ojcowie Dominikanie

Jako, że cenię profesjonalizm, w każdą niedzielę staram się odwiedzać kościół tych wspaniałych Ojców.
W przeciwnym razie mam wrażenie braku, czasami nawet ogarnia mnie irytacja. Ale nie o tym dzisiaj.  Zabytkowy,  XII-wieczny kościół Św. Mikołaja w Gdańsku, usytuowany na Starówce składa się na ten niepowtarzalny klimat, dla którego warto podjąć ( w moim przypadku półgodzinną) podróż do Sródmieścia. Kiedyś, w dzieciństwie, była to moja parafia; potem "nasze drogi" (z czego zadowolona nie jestem) , rozeszły się jakoś.
Teraz przypomniałam sobie zabawną historyjkę. Od najmłodszych lat dom mój miał ścisły związek z zakonnikami w biało-czarnych habitach. Każda wizyta "po kolędzie" kończyła się kolacją u nas.
Rodzice szykowali poczęstunek, dzieciaki układały zabawki, cała rodzina stawała na baczność.
Po skończonej części oficjalnej przychodził czas na główną atrakcję wieczoru. W miłej komitywie zazwyczaj przesiadywano do późna. Rozmowom nie było końca, zwłaszcza, że przeor, pasjonat fotografii, znalazł w osobie mojego taty równego sobie zapaleńca. Tu można by pomyśleć, że ksiądz też człowiek.         Lecz hola, hola, bez takich tam! 
W naszym domu panował bezgraniczny szacunek dla osób duchownych, niepodobieństwem byłoby jakiekolwiek lekceważące słowo o nich. W moich wyobrażeniach Ojcowie jawili się istotami nieziemskimi prawie. 
Jednak w kontekście tych przyjaznych wizyt, zaczęło mnie nurtować nieodparte pytanie.
Czy Świątobliwi Mężowie podzielają z resztą ludzkości jej fizjologiczne potrzeby.
Zaraz jednak wzięłam się w garść i odsunęłam od siebie te obrazoburcze myśli. Jak mogłam powziąć tak nikczemne podejrzenie wobec podziwu godnych istot!
Lecz widok szacownego Ojca, udającego się w ustronne miejsce, spokoju mi nie dawał.
Nazajutrz chciałam spytać o to mamę, jednak ...nie mogłam się odważyć. Wstyd mi zwyczajnie było narazić się na śmieszność w surowych oczach rodzicielki. Bałam się rozczarować ją, kiedy okaże się, jakim profanem jestem. Już nie pamiętam, jak długo dręczyłam się wątpliwościami. Dość, że w stosownym momencie zdobyłam się na odwagę.
Kto pyta, nie błądzi. Pojęłam, że fizjologia nie może stać w sprzeczności z głębią umysłu i uduchowieniem.

czwartek, 24 października 2013

Niż

 Mówi się, a nawet powszechnie ubolewa, że mamy demograficzny niż. 
Kto więc w przyszłości (trąbi się!) utrzyma wybujały, powojenny wyż. 
 Zważywszy jednak skalę obecnego bezrobocia, niewczesne zdają się owe lamenty. 
Wszak system dawno już przepadł, zjedzony przez "śmieciowe" umowy. 
A cały nadmiar siły roboczej - ludności w wieku produkcyjnym - bazuje na obecnych emerytach. 
 Bo gdzież poczciwy piwosz bez zajęcia lepszą znajdzie przystań, niż wikt i opierunek u matki rencistki.  
Czy znów ta cała rzesza ukrytego bezrobocia, wiecznych studentów, nakręcających uczelnianą koniunkturę. Kuszona coraz to nowszymi, niechby i "z księżyca wziętymi" kierunkami studiów.
  I myślę sobie, nie tyle martwmy się, kto utrzyma zstępujące pokolenie, ile, co stanie się z tym wstępującym, gdy już "zaplecza" mu zabraknie:-).

wtorek, 22 października 2013

Buły rozkwitłe jak róże

Wspominając szczenięce lata nie sposób pominąć drobnych koszmarków dziecięcego życia. Stąd dzisiaj taka mała, kulinarna impresja. Nasza Mama, w trosce o wyżywienie pociech, zwykła je wyposażać w astronomiczne ilości kanapek, aby dzieciątka nie zgłodniały zbytnio.
 Fakt ten przysparzał mi mnóstwo dylematów. Jak tu bowiem uporać się z całym tym dobrodziejstwem, zwłaszcza, gdy już za chwilę pora na świetlicowy obiad. W owych czasach wrzucanie buł do śmietnika piętnowane było społecznie niemal pod sankcją grzechu. Zaś zmagazynowane w sekretnej przegródce tornistra, łatwo mogły paść łupem rodzicielskiej kontroli.
 I na to mój młodociany umysł wymyślił "genialne" rozwiązanie. Za oknem naszego domu usytuowano tymczasowe baraki w celu odnowy elewacji. Między ścianami był niewielki prześwit, w który każdego dnia zrzucałam niezjedzony balast.
 Wszystko mogłoby ujść bezkarnie, gdyby nie pech, który mi zwykle towarzyszy. Któregoś dnia Mama wybrała się w to miejsce szukając strąconych przez wiatr klamerek. W jakież osłupienie wpaść musiała moja nieszczęsna rodzicielka na widok takiego magazynu prowiantu.  Bowiem po powrocie usiadła wyczerpana, mówiąc do Taty pamiętne słowa. "Przychodzę, patrzę, a tam ...buły rozkwitłe jak róże!".
No tak, przecież w nocy padało...

poniedziałek, 21 października 2013

Konkursy, ach konkursy...

Wielka ostatnimi czasy moda zapanowała na nie. Bo fajna to rzecz i wiele nieprzewidzianych implikacji z sobą niesie.
Konkurs, a to czytelniczy, to znów domowo-wnętrzarski, wszelkiego autoramentu "rozdawajki"; do wyboru, do koloru. 
A teraz (słuchajcie, słuchajcie!), List do Mikołaja: 

http://catinabag-beata.blogspot.com/2013/10/list-do-mikoaja.html

Kto list napisze tudzież paru pomniejszych warunków dopełni, jedną z tych pięknych toreb wygrać w drodze losowania może. Torby, owszem, pasjami lubię, więc też i liścik stosowny wypocę:-).
Tymczasem na widok rzeczonych toreb... Oko mi zbielało, uszami zastrzygłam i parskać nieledwie zaczęłam.
Jak ten stuletni koń, co to mu się wyścigi przypomniały...


Nr.1

Nr.2

Nr.3

 Takie to właśnie, dech w piersi zapierające cuda, szczodrym gestem Beata nam zaserwowała:-).

niedziela, 20 października 2013

"Dom moich marzeń"

Takie oto hasło rzuciła nam Panterka wczoraj. Przy tym miała dziewczyna gest, dała nam wolną rękę co do kasy.  Mówisz - masz, nic prostszego jak przeczesać poczciwe google i ...do wyboru, do koloru.
No to se teraz poszaleję!
Nic bardziej mylnego. Bo albo ja kompletnie nie umiem szukać, albo też robię to według niewłaściwego klucza. Tak, czy owak, nici.
Nie powiem, coś tam jednak znalazłam. Lecz nijak to się ma do moich wymarzonych wnętrz, tudzież domu, który by mnie oczarował. Poszłam jednak w zaparte i z całego dostępnego tam (jakże ubogiego!) materiału wybrałam coś, co mogłoby mnie zadowolić. A wybredna ze mnie bestia, że ho ho!

A więc na początek dom. Zawsze podobały mi się te z pruskiego muru. Przyznaję, wolałabym oryginalny, ale ten też mi się podoba. Jest nowoczesny, ładny, a co ważne, solidny.
 

O, jednak dałam radę wstawić zdjęcie! Już myślałam, że nigdy tego nie dokonam:-).
Wobec tego kontynuuję polowanie. Teraz poszukam przykładów aranżacji wnętrz.
Oto co udało mi się zdobyć
Takie klimaty bardzo mnie inspirują:

Co za kominek!

Cudowna kuchnia!
Uwielbiam takie piękne, stare meble.
Sypialnia, która zachwyca mnie swoją prostotą.










Tę też mogłabym polubić.






Uff! Wreszcie dobrnęłam do końca. Przyznaję, nie było łatwo uporać się z konfiguracją zdjęć. Pewnie i tak okaże się, że kompozycja strony jest do kitu. Trudno.
W każdym bądź razie zaszalałam sobie:-). W końcu to nic nie kosztuje, a zabawa jest przednia.
Panterko, dzięki!
A może by teraz rzucić hasło "facet moich marzeń":-))).



piątek, 18 października 2013

Obserwowanie blogów

 W jakim celu się to robi? Z ciekawości, jak zapewne domyślić się nietrudno.
Ta odpowiedź moją listę powodów całkowicie wyczerpuje. Jest taka mała zakładka z boku strony, informująca odwiedzających o tym, co czytamy.
Innymi słowy, co godnym swojej uwagi uznajemy. I przyznać trzeba, że lepszej nie może już być reklamy.
 Każdy z odwiedzających ma ogląd wpisów, których ostatnio dokonano. Odkrywa w ten sposób coraz to nowe obszary blogosfery. Może to robić również według klucza komentarzy. Co ciekawsze z nich zachęcają do wyświetlenia profilu komentującej osoby. Tam zaś umieszczona jest informacja o prowadzonych przez nią blogach. I dalej już z górki - po nitce do kłębka.
 Gdy w maju tego roku znalazłam się na Bloggerze, zaczęłam od obserwacji wyszukiwanych na chybił-trafił blogów. Założyłam profil, żeby komentować. Bo taki to już ze mnie stwór, co wszystko skomentować musi. I wszędzie swój nochal wścibić. Zanim jeszcze (w ostatnim dniu września) założyłam własny blog, starałam się teren rozeznać, czy też, jak kto woli, języka zasięgnąć. Niektórzy z Was zdążyli mnie polubić / znielubić:-).
Za mój cięty wirtualny jęzor i nieprzewidywalność sądów - nawet w obrębie tego samego bloga. Tak to już bywa; nikt nie jest w stanie wszystkich zadowolić. 
 Wracając do meritum; czy w pełni identyfikuję się z tym, co siłą rzeczy na stronie swojej "promuję"? W tym miejscu przyznam, że nie do końca zgadzam się z treścią wszystkich blogów, które obserwuję. I daję temu wyraz w swoich w komentarzach. Bo czyż nie o to w tym wszystkim chodzi?
 Wszak obserwować można wszystko. W celach poznawczych, a czasem nawet rozrywkowych:-). Tak, tak, rozrywkowych właśnie. Ja bardzo lubię poczytać sobie do śniadanka o wszystkich tych egzorcyzmach, tudzież teoriach spiskowych, szczodrze na pewnych blogach serwowanych.
 Właściwie trudno tu o jakiś system; nowe tereny odkrywam często w sposób przypadkowy. Niektóre blogi omijam jako nudne, inne zaś odwiedzam, mimo znaczącej niezgodności z tym, co promuję. Pewnie odbywa się to według klucza intuicji. I tak już raczej musi być.
 Gdy idzie o mnie, mało jest rzeczy, które skłonić by mnie mogły do zaniechania obserwacji. Ciekawość zwykle bierze górę; nawet w obliczu drastycznej różnicy zdań, czy światopoglądów. I jeśli są takie blogi, z których ideologią zgodzić się nie mogę, to snu mi z powiek jakoś to nie spędza.
 W tym miejscu prośba do odwiedzających moje skromne progi / blogi, by nie sugerowali się zbytnio wykazem na stronie. 
 Swego czasu rozważałam, czy spośród całości obserwowanych, nie wydzielić tych szczególnie ulubionych. Lecz według jakiego klucza miałabym to zrobić? Bo "ulubione" mogą być z różnych powodów. Z takich nawet, że najmocniej są krytykowane. Musiałabym więc do jednego worka włożyć je z tymi, które cenię sobie najwyżej. W tej sytuacji niechaj na razie pozostaną obserwowanymi.
 Pewnie kiedyś ogłoszę prywatną listę prawdziwych perełek w mojej kolekcji. Z wyraźnym zastrzeżeniem, że jedynym kryterium jest moje własne widzimisię. Lecz na to potrzebuję troszkę czasu. Ot choćby po to, by mi się wszystko w "pustakach" ułożyć mogło:-).

środa, 16 października 2013

Od przybytku głowa ...czasami boli

Przeglądając jesienną garderobę, miałam okazję sprawdzić swój stan posiadania. Możecie mi wierzyć - "kolekcja" to imponująca. Choć nie w tym sensie, w którym powinna imponować. Bo otóż mnóstwo w niej półkowników - rzeczy, które od momentu zakupu światła dziennego nie ujrzały. Innymi słowy, na półkach przeleżały. Z powodu ich kompletnej nieprzydatności do spożycia / użycia. Bo każda z nich kupiona była tyleż z potrzeby ducha, co z niedostatku ciała. A raczej z owego ciała naddatku.
Znacie ten stan, gdy widok wymarzonego ciuszka podnosi poziom adrenaliny do górnych granic? Co prowadzi do jedynie słusznego wniosku, że koniecznie musicie go mieć! Ja w takich razach popuszczam wodze wyobraźni, kierując się odruchem serca. Przymierzam i oczami duszy, widzę, że wyglądam zjawiskowo. Wszakże pod warunkiem stania z wciągniętym brzuchem tudzież oddechu brakiem. Choć często, gęsto w biuście się opina, cóż stąd, skoro tak pięknie prezentuję się "ideologicznie". Czyli w mojej projekcji. Nic to, biorę! I ad acta odkładam. Czytaj: do szczuplejszych czasów.  Zdarza się (choć z rzadka), że (tadam!) tryumfalnie nadchodzą. Ostatnio jednak, niestety, nie. A więc jak ognia unikam ich widoku. W obawie, by nie zepsuły mi humoru, przypominając jak bardzo stan faktyczny odbiega od wymarzonego. Stanowiąc ponadto żywy wyrzut sumienia, uświadamiając, ileż to kasy na to poszło.

Z butami rzecz ma się podobnie. Widok szczególnie pięknej ich pary, rozsądku mnie może ze szczętem pozbawić. Tata żartował kiedyś, że na tle mojej kolekcji blado wypadłaby nawet słynna Imelda Marcos. W tym miejscu przyznać muszę, że zbiór mój jest imponujący.
Dlaczego więc przeważnie nie mam co na nogi włożyć? Ponieważ kupując kieruję się głównie wyglądem, nie zaś wygodą. Następnie czuję się uprawniona do poszukiwania kolejnej pary - bo przecież nie da się w tym chodzić. I tak do skutku, bo otóż okazuje się, że te wygodne do niczego mi nie pasują.
I tym sposobem sklep już mogłabym otworzyć:-). Lecz nic z tych rzeczy. Bo jeszcze bardziej, niż kupować, nie znoszę niczego się pozbywać. O wyrzucaniu oczywiście nie ma mowy. Do swoich rzeczy jestem wielce przywiązana, traktując wszystkie, jak przedmioty "z duszą".

Mam jednak solenne postanowienie, by więcej nie gromadzić rzeczy nieprzydatnych. Moje mieszkanko nie jest przecież z gumy. 
Opracowałam pewien sprytny sposób. Nie kupuję od razu czegoś, co w sposób szczególny moją uwagę zwróci. Proszę o odłożenie do jutra. Następnego dnia patrzę na to świeżym okiem, weryfikując swój wczorajszy zachwyt. I wiecie co? Najczęściej czuję się "zwolniona" z zakupu. Ach, jaka ulga! Ileż to kasy zostaje w kieszeni.

sobota, 12 października 2013

"De gustibus non disputandum est"

 Domyślam się, że większość z nas nie może obejść się bez muzyki. Na pewno różnimy się upodobaniami; one też z kolei zmieniają się w czasie. Ja słucham swojej ulubionej muzyczki przed snem, bądź też gdy jestem w drodze. Czasami, w ramach komitywy, urządzamy sobie rodzinne sesje. Ale o tym już kiedyś było. I jeszcze będzie, bo nie wygląda na to, by nam zabrakło weny:-). Jednak dziś z nieco innej beczki.
 Gdyby ktoś zapytał, czyj głos uważam za szczególnie piękny, mogłabym od ręki wymienić wielu wokalistów. W tym miejscu powiem, że nie ma na mojej liście większości głosów, które powszechnie za piękne się uważa. Leonard Cohen, Louis Armstrong, Freddie Mercury, Withney Houston, czy nawet sama Anna German - nie należą do moich faworytów. Za to Celine Dion, Tarja Turunen, Sharon den Adel, Axel Rudi Pell i Demis Roussos - jak najbardziej. Są to, rzecz jasna, przykłady pierwsze z brzegu. Nie sposób bowiem wymienić wszystkich tych, którzy mój podziw sobie zaskarbili.
 Teraz z kolei chcę się przyjrzeć wykonawcom, którzy sprawiają, że mam przyjemność słuchać ich ze względu na sam tylko głos. Niezależnie od tego, co śpiewają.
To dosyć trudne; jak tu oddzielić jakość wokalu od całości dzieła. Czasem jednak podczas słuchania zdarza mi się w myślach wykrzyknąć - Boże, co za cudowny głos, uwielbiam go dla samego brzmienia! Urzeka mnie jego barwa, artykulacja głosek, akcent, czy też intonacja.
Dzisiejsza rodzinna sesja muzyczna dostarczyła nam okazji do pewnych ustaleń. Otóż matka i syn jednogłośnie orzekli, że najwspanialszymi głosami dysponują:

1. James Hetfield (Metallica)
2. Joan Baez
3. Vincent Cavanagh (Anathema)
4. Dawid Podsiadło
5. Robert Gawliński
6. Simone Simons (Epica)
7. Leszek Długosz

Matka ponadto zaliczyła do grona faworytów takie znakomitości jak:
Ewa Demarczyk, Lauryn Hill, Максим Галкин, Kuba Sienkiewicz (Elektryczne Gitary), Sebastian Karpiel-Bułecka (Zakopower), Marek Dyjak, Robin Gibb (Bee Gees), Jakub Kawalec (Happysad) i Czesław Mozil (Czesław Śpiewa).

Cztery ostatnie propozycje spotkały się z dezaprobatą syna. Choć bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że "suchej nitki" nie pozostawił na nich. Zwłaszcza zaś na moim ulubionym Czesiu! Taki to profan z ukochanego dziecięcia mego:-). O gustach się nie dyskutuje. I tym sposobem, przywołane w tytule słowa znanej łacińskiej sentencji, dowiodły swojej aktualności.

piątek, 11 października 2013

O, przewrotności człowiecza!

Parę dni temu było mi smętnie, potem zaś (za sprawą innego bloga) zrobiło się cokolwiek nerwowo. To dało mi do myślenia na temat ludzkiej wrażliwości. Bo co tu gadać, nie ma ludzi niewrażliwych. Tylko że każdy ma swój indywidualny filtr przepustowy. Co mnie porusza, tak do żywego. Pierwsze skojarzenie - jestem czujna wobec nietolerancji i wykluczenia. Lecz zaraz korekta. Czy wobec każdego jej przejawu? I tu w pierś własną uderzyć się muszę - nie wobec każdego. Po prostu są rzeczy działające na mnie jak na byka czerwień. Inne zaś nie ruszają mnie wcale. I myślę, że większość z nas tam ma. Chyba, że kandydujemy na ołtarze. Jak zachować się, gdy ktoś ujmuje rzeczy w sposób naruszający nasze poczucie autonomii. Szeroko pojęte i nie do końca zdefiniowane. W obawie, by postawienie granicy nie naruszyło naszej harmonii. Ja w takich chwilach mam pokusę, by dać ponieść się emocjom. Wsiąść na swego konika; a wtedy...
No tak, wtedy liczę do dziesięciu. Choć czasem za mało byłoby i setki. Przyznaję, krewka ze mnie niewiasta...
Na szczęście skończyło się polubownie:-). I w tym miejscu ukłon w stronę pojednawczo usposobionych blogerek.

Za to dzisiaj w Biedronce ...sama słodycz.
 -Czy jest pani wolna - zagadnął kasjerkę mężczyzna z kolejki.
- Niestety, od czterdziestu lat zajęta.
- W takim razie ma pan pecha - wtrąciłam się do rozmowy.
Potem zaś stwierdziłam:
- Skoro tutaj kobiety mają takie wzięcie, może sama powinnam się tu zatrudnić.
- Cóż - owa pani na to - wzięcie może i jest, lecz jaka ciężka praca...
- O, moje ulubione czekoladki - wykrzyknęłam w następnej chwili. Zawsze tak reaguję na widok białej belgijskiej czekolady z nugatowym nadzieniem.
- Sześć kilo przybyło mi przez zimę z (niecnego!) ich powodu. Z czego zaledwie kilogram zdołałam do tej pory stracić. A tu już kolejna zima się szykuje...
No i zrobiło się wesoło.
 Człowiek to przewrotna bestia jednak jest. Bo wprawdzie idę "w zaparte", ignorując tamte batoniki... Lecz oto już znalazłam inne, pocieszając się, że jeśli nawet nie tak smaczne, z większą łatwością przyjdzie mi się opanować:-). Ciekawe, jakie są Wasze ulubione słodycze.

wtorek, 8 października 2013

Niemiłe obyczaje

 Jakże się smutno robi człeku, gdy staje się świadkiem obcesowych zachowań bliźnich. Nawet, gdy rzecz dzieje się na czyimś blogu - prywatnym przecież terenie - odczuwam pewien niesmak. Bo z drugiej strony, wszystko co piszemy, do sfery publicznej przynależy. Poooszło! I będzie odtąd żyło własnym życiem, stanowiąc kanwę, na której sądzić nas będą czytelnicy. Nawet, gdyby przeczytać im to przyszło po ładnych paru latach.
 Jak to w naszej blogosferze bywa, po nitce do kłębka trafiłam na pewien wpis. Rzecz była o poszanowaniu życia. Szlachetna to idea. Pod warunkiem, że nie prowadzi do absurdu. Zwłaszcza z naszego ludzkiego punktu widzenia.
 Autorka stawia pytanie mniej więcej w takim duchu. Jakimże  prawem kościół (katolicki, jak nietrudno się domyślić) żąda bezwzględnej ochrony ludzkiego życia, zezwalając jednocześnie na nieograniczone niszczenie innych form.
Już, już, miałam swoje trzy (a nawet cztery grosze wtrącić), gdy wzrok mój padł na komentarze. Mam czasem wrażenie, że nie powinnam zostawiać śladu swej bytności tam, gdzie można się ubrudzić.
Bo odzew na sam wpis przedstawiał sobą poziom żenujący, zaś odpowiedzi porażały agresywnym tonem. Tak, tak, rozumiem, jak autorkę rozjuszyły wszystkie te "wytwory" świadczące o czytaniu bez zrozumienia. Jednak szerszemu gremium czytelników należy się dbałość o kulturę wypowiedzi. Bo przecież, jak przyznaje, nie ma w zwyczaju skrzywdzić muchy, komara, tudzież karalucha.
 Wracając do meritum; nie da się (moim skromnym zdaniem), traktować równorzędnie wszystkich żywych form. Musimy jeść, a także bronić się przed inwazją niektórych organizmów. I sam tylko unik sprawy nie wyczerpie. To byłoby chowaniem głowy w piasek. Ja w żadnym razie czynić tego nie zamierzam.
 Dlatego też, z pokorą, czy też bez, wyznaję, że na rękach mam zwierzęcą krew. Bo nawet jeśli nie bezpośrednio, przyczyniam się jednak do zabijania wielu gatunków. Mięso jadam w (śladowych) ilościach, na które pozwalają skromne me dochody. Osy zabijam laczkiem na szybie, na muchy stosuję lep, do karaluchów bezapelacyjnie wzywam dezynsekcję. Aha, gdy jestem chora, zażywam antybiotyk, a przecież bakterie również są formami życia. W tym miejscu nieco przyhamuję tych, co to powołując się na naukę, bezkrytycznie przeceniają jej dyktat. Bo otóż zdaniem naukowców rośliny również czują ból, jak na ten przykład bezlitośnie skrobana marchewka. Co w takim razie będziemy w końcu mieli prawo jeść? Plastik, piasek, czy też ziemię? Jednak nie spieszmy się za bardzo, "nauka" nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa:-). Kto wie, może te nieorganiczne (w dzisiejszym rozumieniu) twory, okażą się kiedyś istotami rozumnymi.
 Lecz póki co, wskazówek każdy szukać musi w religii, której ufa.  Bądź też kierować się światopoglądem, jaki mu odpowiada.
 W nawiązaniu do tezy autorki postu, pytającej o wspomniane "prawo" kościoła, powiem, co następuje.
Taka jest jego doktryna - głosząca supremację życia ludzkiego nad innymi formami.
Jeśli ktoś ma ochotę polemizować, może to czynić wyłącznie na płaszczyźnie wiedzy, w oparciu o którą owa doktryna została sformułowana. W przeciwnym razie będzie to czysta demagogia.

P.S. W moim pokoju właśnie się obudziła jakaś nie do końca śnięta mucha. I jak myślicie, co ja teraz zrobię? Otóż bez skrupułów wyeksmituję ją za okno, nie martwiąc się, że zmarznie tam bidulka. Bo jeśli nie uśmiercę jej własnoręcznie, to tylko ze względów estetycznych. Takie paskudne ze mnie licho...

piątek, 4 października 2013

"Dobrzy ludzie"

Znacie historyjkę o wilku i zającu jadących pociągiem? Ofiarował się wilk, będącego bez biletu zajączka, przed konduktorem ukryć. Za okno go wystawił i za uszka trzyma.
Lecz gdy konduktor spytał go, co tam ukrywa, ręce otrzepał, mówiąc, że ...już nic.
Dziwią się co niektórzy, iż kobiety nie doceniają uczciwych facetów. Większość z nich ponoć daje się zauroczyć wszelkiego typu draniom. A to jakiemuś macho, to znów żigolakowi, który na jej cnotę dybie. Że o tych, co to z kwiatka na kwiatek skakać zwykli, tudzież wszelkiej maści popaprańcach, skromnie już nie wspomnę.
I tu Was dziś zaskoczę, gdyż wcale tego nie potępię. Bo gdy się bliżej temu przyjrzeć, widać, że to nie przez nich damskie serca krwawią. Po nich bowiem nikt dobra się nie spodziewa, każdy na własną robi to odpowiedzialność. I jeśli coś nie wypali, sprawa po prostu "sypie" się z hukiem. Albo kto wie, może i z humorem nawet.
Inaczej zgoła rzecz się ma, gdy o tych "dobrych" ludzi idzie. Takich, co pragną lekiem być na całe zło, przed podłym nas światem bronić. Swą ulubioną kwestię, jak mantrę serwują - "nigdy cię nie skrzywdzę" - w kółko powtarzając.
I cóż (pozwólcie, że spytam), warte jest to pustosłowie? Bo gdy coś pójdzie nie po myśli, ręce (jak bajkowy wilk) otrzepią, mówiąc, że ..."już nic".
Dlatego proszę, broń mnie Boże przed "dobrymi ludźmi" ... bo przed tymi złymi sama się obronię!

czwartek, 3 października 2013

Rodzinna sesja muzyczna

Matka i syn, będący w dobrej komitywie, mają zwyczaj robić od czasu do czasu muzyczne posiedzonka. Rzecz ma się następująco. Każde z nich przedstawia pięć utworów muzycznych spośród tych, których aktualnie słucha, bądź też uważa za warte omówienia. Co nie jest jednoznaczne z dzieleniem się swymi muzycznymi pasjami - ot prezentacja i tyle.
Pewnym utrudnieniem jest brak odpowiedniego sprzętu; głośniki komputerowe muszą tu wystarczyć.
Na szczęście zarówno matka, jak i syn, na co dzień używają wysokiej jakości słuchawek nausznych. Większość utworów jest im uprzednio znana, dlatego świadomość niskiej jakości nagrania nie wpływa znacząco na ocenę dzieła.
Ostatnio przedstawiona dziesiątka wygląda tak.

Matka:
1.  Uriah Heep - The Golden Palace
http://www.youtube.com/watch?v=kHaSS5Y8Nvs&list=PLAJG0oNKU-eOBolfVPpdsW-SWKkgx_eQV&feature=mh_lolz
2. Haggard - De La Morte Noire
http://www.youtube.com/watch?v=OC0ZLB8UuVI&list=PLAJG0oNKU-eOBolfVPpdsW-SWKkgx_eQV
3. C-Block - Shake Dat Azz
http://www.youtube.com/watch?v=dZ6DvZRQeys&list=PLAJG0oNKU-eOBolfVPpdsW-SWKkgx_eQV
4. Marek Dyjak - Piosenka W Sama Porę
http://www.youtube.com/watch?v=RvjGr7iQig0&list=PLAJG0oNKU-eOBolfVPpdsW-SWKkgx_eQV
5. Apocalyptica feat. Nina Hagen - Seemann
http://www.youtube.com/watch?v=1dLmSVcyxtw&list=PLAJG0oNKU-eOBolfVPpdsW-SWKkgx_eQV

Syn:
A. Opeth - Forest Of October
http://www.youtube.com/watch?v=942P4XdNXW4&list=PLAJG0oNKU-eOBolfVPpdsW-SWKkgx_eQV
B. Opeth - The Twilight Is My Robe
http://www.youtube.com/watch?v=rQNV73Msc7M&list=PLAJG0oNKU-eOBolfVPpdsW-SWKkgx_eQV
C. Type O Negative - My Girlfriend's Girlfriend
http://www.youtube.com/watch?v=2umnQm-zWXI&list=PLAJG0oNKU-eOBolfVPpdsW-SWKkgx_eQV
D. Therion - Introduction / Sitra Ahra
http://www.youtube.com/watch?v=cBthOl60nn8&list=PLAJG0oNKU-eOBolfVPpdsW-SWKkgx_eQV
E. Therion - Nightside Of Eden
http://www.youtube.com/watch?v=-JBTe60QP-c&list=PLAJG0oNKU-eOBolfVPpdsW-SWKkgx_eQV

Potem nastąpiło podsumowanie w postaci krótkiej oceny każdego utworu. Zarówno swojego, jak też interlokutora. Bo, co ciekawe, niektóre dzieła pochodzą ze wspólnych zbiorów matki i syna.
A więc do rzeczy.
Propozycje matki:
1: matka - podoba mi się nawet z perspektywy czasu
    syn - zupełne "nic", muzyka relaksacyjna
2: m. - cudowne
    s. - e, tam; trąci Mozartem
3: obydwoje uznali za fajne
4: m - świetne
    s - takie sobie
5: w zgodnej opinii matki i syna, bardzo dobre

Propozycje syna:
A i B zarówno matka, jak i syn, uznali za wspaniałe
C: s - świetne
    m - nie przemawia do mnie, ale może być
D: s - w porządku, jak zwykle
    m - Therion jest niezawodny
E: s - świetne
    m - rewelacyjne, też mam to w swoim zbiorze

Tak więc faworytem dnia została pozycja E (zaproponowana przez syna). Niniejszym cykl nieformalnych muzycznych sesji został otwarty:-).

środa, 2 października 2013

Coś o czytaniu. I innych rzeczach przy okazji.

Administrowanie nowym blogiem przypomina po trosze rozpracowywanie nowej zabawki. A jednak w nawale prac "konserwatorskich" znalazłam czas na czytanie książki. Zabrałam się za pozycję, do której wróciłam po latach. Bo w przeciwieństwie do niektórych, ja często wracam do obiektów swoich wcześniejszych zachwytów. Z ciekawości, czy ponowna lektura dostarczy mi podobnych wrażeń. Nie zawsze tak jest, wszak upływający czas relatywizuje to, co zdawało się być niczym skała. Obserwowanie tych zmian zabarwione jest dwoiście. Bo z jednej strony miło jest wspominać okoliczności towarzyszące wcześniejszej lekturze, z drugiej zaś, zasmuca świadomość innej perspektywy. Bo wszelkie zmiany zawsze przywołują pamięć "straconego" czasu. Niezależnie od tego, czy dotyczą jego wcześniejszych, czy też późniejszych etapów. Nostalgia maluje obrazy o barwach przywołujących na myśl te widziane "młodszymi" oczyma. Jak dobrze jest mieć upodobanie w czytaniu. Rodzice zawsze nas do tego zachęcali. Rozbudzali naszą dziecięcą wyobraźnię snując opowieści do poduszki. Te, które nam opowiadał Tata, ciekawiły nas bardziej, niż czytane bajki. I jeszcze te niedzielne wyprawy do muzeów, przenoszące mnie i moje siostry w świat ilustrowany flamandzkim malarstwem. Wreszcie powroty przez zaśnieżony Gdańsk; Tata ciągnący naszą trójkę na sankach. Grzanie się przy kaflowym piecu, gorąca herbata i jabłka pieczone w duchówce. Ciekawe, czy ktoś wie, co to za ustrojstwo jest. To taka część pieca, w której można było piec potrawy, jak w piekarniku.
Ot, na wspominki niespodziewanie mi się zebrało. To wina zbyt dużej ilości przeczytanych książek. Co ma piernik do wiatraka? A ma, jak najbardziej; bo rozbudza emocje, czyniąc człowieka podatnym na zawirowania nastrojów. Będzie tego w sposobnym czasie więcej.

Jeśli komuś zabrakło tytułu czytanej książki, to stwierdzam, że nie ma to znaczenia. Konkretne dzieła cytowane będą przy innej okazji. Jednak zdradzę tajemnicę, że obiektem mojego zainteresowania jest książka Edith Wharton "Rafa". Mniej znane dzieło, niż na przykład "Wiek niewinności", ale (jak to przeważnie ze mną bywa:-) mnie podoba się bardziej.

Już wczoraj zorientowałam się, że pominęłam dwie ważne kategorie. Będą to:
- quasi recenzja - moje subiektywne wrażenia tudzież samozwańcze sądy na temat przeczytanych książek, obejrzanych filmów, bądź sztuk, wysłuchanych koncertów etc.
- Matka i Syn - sesje muzyczne połączone z wygłaszaniem własnych opinii o wszystkim, co się z tym wiąże.

wtorek, 1 października 2013

O czym rzecz będzie

Decydując się na pisanie bloga, brałam pod uwagę zróżnicowanie tematyczne postów. Po zastanowieniu nabrałam pewności, że powinien to być jeden blog. Cóż stąd, że taki przemieszany? Nie jestem monolitem, a więc cały ten (pozorny zresztą) miszmasz odzwierciedlać będzie wszystko to, co moją osobę określa. Przewiduję następujące kategorie wypowiedzi:
- spostrzeżenia tudzież przemyślenia na tematy ogólne
- esej - z dziedzin mi znajomych (filozofia i teologia)
- paszkwil - żartobliwe, a nawet więcej, uszczypliwe felietoniki dyskredytujące postawy i zachowania bliźnich
- wspomnienia, najczęściej z lat szczenięcych, lecz nie tylko
- wyznania - teksty o zabarwieniu osobistym; być może  ten, czy ów poczuje się zakłopotany
- tfurczość przez (powiedzmy) średnie "tfu" - wiersze, opowiadania, czy też fragmenty pisanej przeze mnie książki
- z czasem, gdy się "zadomowię", kto wie, może i opisy wydarzeń bieżących

poniedziałek, 30 września 2013

Inauguracja

 Teraz, albo nigdy, wykrzyknęłam, połapawszy się, że oto koniec miesiąca nieubłaganie nadszedł. Wybiła dwudziesta trzecia, wiec do północy niewiele czasu mi pozostaje. Wszak obiecałam, że jeszcze we wrześniu swój blog uruchomię. Obiecanki, cacanki? Ileż to razy...
 Skoro jednak słowo się rzekło, to - jak mówią - kobyłka u płota. Inaczej twarz stracić by przyszło. A taki dyshonor już tylko popełnienie harakiri zrównoważyć może. Lecz widok to nieestetyczny, jak mało który.
 Blog mój zatem traktujcie jako zainaugurowany. Zapraszam wszystkich sympatycznych, potencjalnych czytelników. Jutro szczegóły programowe.