Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.


Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.

Mniejsze formy


Miłość jako akt woli

Tak definiuje się miłość w kościele. Przyjrzyjmy się jednak tej retoryce z bliska. Pokochać można każdego, byleby tylko...rokował.
Myśl owa przyszła mi do głowy przy okazji niedawnej podróży pociągiem.
Jak to w podróży, najchętniej zwierzamy się nieznajomym. Pewien dziarski mężczyzna, w wieku lat czterdziestu ośmiu, jechał do narzeczonej. Od słowa, do słowa, powiedział mi swoją historię.
- Poznałem w zeszłym roku wspaniałą kobietę, niebrzydką, przystojną, wykształconą, mądrą, w najlepszym stylu i guście. Innymi słowy, w każdym calu z klasą. W dodatku wierząca i ogólnie biorąc wartościowy człowiek.
- Lecz cóż - jak to mówią - dopadła nas proza życia. Dzieliła nas spora odległość, a ja przejściowo byłem bez pracy. Teoretycznie biorąc, mógłbym poszukać zajęcia w jej mieście. W końcu ten fach w rękach się, proszę pani, ma! Lecz na przeszkodzie stanęła znów...proza życia.
Kobieta owa mieszkała z dziećmi, dwiema córkami. Do późnej nocy dorosłe panny snuły się po mieszkaniu. A to do kuchni po herbatę, a znów spytać, co na siebie mają włożyć. I godzinami przesiadywały w łazience.
Ponadto wciąż przychodzili jacyś ludzie, krewni i przyjaciele, całe wieczory zaś przegadywała z siostrą. Telefonicznie, znaczy. Zero intymności. Jednym słowem, kołchoz!
Więc mówię sobie - pora zwijać żagle, chłopie - nic tu po tobie. Spakowałem manatki i ruszyłem za granicę.
- Dlaczego? - udałam zdziwienie.
I w tym momencie poczułam, że "na złodzieju czapka gore". Bo zobaczyłam analogię swojej sytuacji.
Z małą modyfikacją, bo nie mam dwóch córek. Czy ja też mam uważać się za towar drugiej kategorii?
Bo z jego punktu punku widzenia tak właśnie wygląda...
- Co dalej - pytam. Po przerwie podjął, co następuje.
- Na jednym z portali poznałem kobietę, która teraz będzie moją żoną. Miłą osobę, będącą na rencie, mocno przez los doświadczoną. Renta nieduża - lecz ja, proszę pani - swoją ambicję mam, i na kobiecie żerować nie myślę.
- Tymi rękami - i ja mu wierzę - zawsze na chleb zapracuję. Ciężarem nikomu być nie zamierzam.
Lecz najważniejsze, że jest samotna; w skromnym mieszkanku po cioci będzie nam jak w gniazdku.
Bo dzieci to już w swoim wieku żadnych nie chcę mieć.
- Lecz jaka ona jest? - pytam nieśmiało.
- Uczciwa, dobra, po prostu... normalna. Żadnych rewelacji. Ja prostak jestem, dwie klasy zawodówki mam, to po co mi wykształcona baba. Tu śmiech, jak można się spodziewać.
- Ach, tak - mówię - lecz gdzie w tym wszystkim miłość, gdzie zachwyt i fascynacja?
- Wie pani, ja jestem wolny chrześcijanin (to taki odłam) i fascynacją to tylko za młodu się kierowałem. I ładnie się wykierowałem! Teraz nie patrzę ani na urodę, ani na wykształcenie.
- Tylko na stan posiadania! - już, już, wtrącić miałam.
- Jak będzie nam razem dobrze, to i miłość z czasem przyjdzie. Bo najważniejsza jest miłość do Boga. Wszystko inne, to fanaberie, tylko zgorszenie z tego idzie.
Dziwnie posmutniałam, słysząc te "krzepiące" słowa.
- Dobrą pan reklamę "swojemu" Bogu robisz! Za nic byś nie przekonał mnie do swojej wiary.
Bo wniosek jest jeden - dosyć pragmatyczny. Nieważne, Kasia, czy Marysia - nieważne nawet, powabna, czy pospolita. Jakie szkoły skończyła i jaką wykonuje pracę. Ważne, by w ogóle zatrudnienie miała. W ostateczności choćby jakąkolwiek rentę. Ogólnie biorąc, nieobciążony rodzinnie dochód. No i (ma się rozumieć!) była mieszkaniowo niezależna.
Bo rokowania na przyszłość, a co najmniej na teraźniejszość to grunt i podstawa. Bez tego nie ma szansy na miłość i wspólne życie.
Tu znów nie wytrzymałam.  Musiałam o "tamtą kobietę" spytać.
- No cóż, to bardzo wartościowa kobieta, każdy powinien uważać się za szczęśliwca, jeśli go wybierze.
- Lecz gdzie ci "szczęśliwcy" - pomyślałam sobie. Większość z nich również nie ma pracy i mieszkania, a wypatruje tylko "dobrych partii".
- A gdyby owa kobieta wygrała większą sumkę na loterii - tu odważyłam się spytać nieśmiało - czy wtedy stałaby się w pańskich oczach rokującą partią?
- Ona nie grywa...
- A gdyby jednak?
- To zmienia postać rzeczy! I niech mi tu pani (teraz dosyć się zaperzył) nie imputuje, że materialistą jestem. Nic podobnego, po prostu życiowo patrzę. I nic nikomu do tego. Ja już wysiadam, bardzo miło było.
Lecz mnie jakoś, niestety, przestało być miło. No tak - pomyślałam sobie - może tu właśnie pies jest pogrzebany. I w tym leży przyczyna mojej samotności. Bo na tym świecie tylu jest "szczęśliwców" bez pracy i mieszkania (które zostawili dzieciom), że ktoś w moim położeniu jawi się towarem wybrakowanym.
W tym wieku przecież każdy jest "rozsądny", wyglądem i uczuciem już się nie kieruje. To tylko nadprogramowe, choć miłe dodatki.
No tak, to się nazywa rokowaniem właśnie,
Pokochać można każdą, byleby ...rokowała tylko.


O Janku, Franku i "wspaniałej kobiecie"

To bardzo piękna, mądra kobieta - tak do siebie w myślach mówił pewien Janek.
W dodatku jeszcze jakie nogi ma! Wspaniała i wartościowa.
Ot, przedmiot westchnień niejednego Franka!

W tym samym czasie rozmarzył się Franek - to wręcz ideał, niebrzydka i mądra!
Ten, co ją usidli, to prawdziwy szczęściarz!
Choćby na przykład taki Janek.

Tak to kobiecie lata płyną smętnie.
Bo jak okiem sięgnąć cała rzesza "Janków".
Nie od rzeczy dodać, że również i "Franków".
Tylko na dobitkę... coraz młodszej nacji.


Niefart

Błogosławieni dobrze uposażeni
Mają w posiadaniu i będzie dodane
Którym odmówiono, po dwakroć przeklęci
Pierwszy raz wskutek braku
Z braku wdzięczności po raz wtóry


Duchu mój

Nie zawiedź mnie duchu mój
bo wszystkie karty na ciebie postawiłam
z uciech fizycznych lekką ręką na rzecz twoją rezygnując
wirtualne doznania nad cielesne przedkładając

Nie wystawiaj mnie teraz na próbę
Już nie mogę wrócić do jaszczurczej skórki 


Oda do ciernia

Bądź pochwalony
cierniu mój powszedni
że ostrogą ranisz

W tobie cała ufność
że na laurach nie dasz
spocząć wenie mojej

Ostrogo, co bodziesz
w bieg nieprzerwany wprawiając
berek!


Chleba naszego poprzedniego

Chleba naszego poprzedniego
upiec nam piekarzu racz
bez polepszaczy i konserwantów

by na śmietniku zalegać nie musiał
- tam należyte miejsce gniota
co go na szyderę chlebem nazywają

Chleba naszego poprzedniego
świeżutkiego i z chrupiącą skórką
zjadliwego do ostatniej kruszynki

czci godnego z racji swej szlachetnej nazwy
chleba naszego powszedniego racz nam dać Panie


W głębi duszy

Jeśli do ciebie mówię
lecz jeno w głębi duszy
czy mnie usłyszysz?

Lecz jeśli nawet
mówię jeno w duszy
i ty nie słyszysz -
mamże prawo mówić?

Czyż przestwór mojej własnej duszy
nie jest mi najsurowszą sankcją?



Specjalna kategoria

 Motto:  

O, przybądź do mnie Mroczna Moja Duszo. 
Zanurz się ze mną w smutku takim czarnym 
że najgłębsza otchłań będzie nam schronieniem. 
Nie masz spokoju, nie masz ukojenia ... w sercu skamieniałym.

Dlaczego akurat takie?  Bo od zawsze mrok był tym, w czym znajdowałam szczególne upodobanie. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego, zarówno bowiem mrok, jak i światło są tak samo uprawnionymi elementami rzeczywistości. Bożej, należałoby z całą mocą dodać, rzeczywistości. Leżą tylko na jej przeciwnych biegunach.
"Popełnione z miłości" to takie małe formy zainspirowane przeżywaniem pewnych aspektów rzeczywistości.
Przeważnie niewesołych, bo uwarunkowanych nieuchronnymi względami egzystencjalnymi:-).


Prawda o trzeciej

Pierwsza była butelkowozielona, pachniała mokrym drewnem i słoną wodą. A innym znów razem skrywała się w starych murach, błagając o ciemność. I została jej darowana.
Druga rozbijała się w porcie o betonowy falochron, aż latarnia morska spoczęła na niej swym łaskawym światłem. Było dalekie i zimne, ale dotknęło skrytego pragnienia. I rozjarzyło się nadzieją. Złowróżbną i daremną.
Lecz trzecia...
Trzecia jest zawsze ta sama, ale też inna. Bo może być szara lub czarna, a może jak Eos, różanopalca.
I zawsze są ptaki, lecz inne o każdej trzeciej godzinie.
A trzecia prawda jest czarno czarna. Albo też czarno błękitna. Nie tym błękitem, którym zachwyca słoneczne niebo, i nie tym spokojnym, morskim, na tle beżowego piasku. Lecz ostrym jak stal kryształowym pięknem, płonącym jak zimne ognie.
Bo zielonobrunatna już nie...
O trzeciej nad ranem napiszę na piasku Twe imię, a kolejne fale zabiorą je z sobą, zatarte, rozmyte i nieczytelne. Odejdę nie oglądając się wstecz; by nie zobaczyć, kto pisze je od nowa...
I choć piasek zasypie Twój ślad do ostatniego ziarenka, przechowam go w pamięci serca...


Cast avay, poza światem

...I poza czasem.
Gdy przestrzeń się dopełni i Alfa tym samym będzie, co Omega
Gdy wszystko jednością stanie się ze Wszystkim
I tam, gdzie wolność w wieczności się zapamięta
Gdzie wiosna nigdy nie obumrze już jesienią
Tam Cię odzyskam.


Serce i rozum

Nie zestarzejemy się razem
i nie będę matką twoich dzieci
Zestarzeję się oddzielnie
i o lata świetlne wcześniej.

Oddzielność jest kategorią banicji
repliką i sankcją rozminięcia w czasie.

Jak mam zwrócić wolność twoim latom przyszłym
rozum to ogarnia, serce nie nadąża.


Nie po drodze

Między odwróconymi ósemkami
Suniemy po liczbowej osi

Kornie wpatrzeni w cyferki
Głusi na zew nieskończoności

"Der ges­tir­nte Him­mel über mir und das mo­ralis­che Ge­setz in mir."*

Wypuszczam dzisiaj
Dłoń Twą z mojej dłoni
Nam nie po drodze już
Ech, nie po drodze...

"...słowo za ciasne ...gest za obszerny..."**

________________
*Immanuel Kant
**Marek Dyjak. Piosenka w samą porę

==================================================================

Mój Przyjacielu (fragment)

Obawiam się, że wkrótce zakończyć przyjdzie nam tę znajomość, którą za przyjaźń uważaliśmy. 
A ściśle biorąc, ja uważałam. Powód jest w gruncie rzeczy jeden: związek nasz nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Przynajmniej z mojej strony tak rzecz widzę. Przyjaźń to wielkie słowo, bo wielką symbolizuje sprawę. Tymczasem chciałbyś przykroić mnie na własną miarę. 
Mam być radosna, podczas gdy ze swej istoty taką nie jestem. Mam być szczęśliwa, podczas gdy moja natura sprzeciwia się temu. Mam wreszcie śmiać się, podczas, gdy do śmiechu mi bynajmniej nie jest.
Czy chcesz powiedzieć, że mam zadowolić się tym, co jest mi dostępne? Bo odmowa oznacza wyjście z gry? 
Tymczasem ja odmawiam gry według tychże reguł. To moja gra i tylko ja ustalam jej reguły.
Przyjaciel, to ktoś, kto nie uszczęśliwia nas na siłę. Nie zamyka nam ust, aby nie słyszeć naszego płaczu. Przyjaciel płacze razem z nami, a gdy wyczerpuje limit łez, pozwala nam płakać w samotności. Patrząc na to z bliskiego dystansu. Nie wycofuje się rakiem, by uniknąć roli świadka własnej bezsilności. 
Potrzeba wielkiej odwagi, by przyznać się do bezradności. Nie wszystkiemu można zaradzić, nie wszystko da się zażegnać. 
I tu otwiera się pole dla naszej pokory. Wniosek jest tylko jeden: nikogo na siłę nie uszczęśliwimy. Mamy więc do wyboru, zostać i patrzeć, bądź też odwrócić się, dając upust fałszywie pojętej wrażliwości. 
Ten wybór należy do Ciebie, ja bowiem pozostanę sobą, nie troszcząc się o to, czy spełniam czyjekolwiek kryteria.

Tej treści list otrzymałem od Madzi już tydzień temu. Mogę sobie wyobrazić, jak trudno jej było wyartykułować ten żal do mnie. Ostatnio rzeczywiście za bardzo starałem się wprowadzić ją w dobry nastrój. Fakt, że czyniłem to w dobrej wierze, nie stanowi usprawiedliwienia. Znam ją na tyle długo, by wiedzieć, że nie lubi zamiatać śmieci pod dywan, żeby koniecznie było czysto. Musiało ją zdrowo ponieść, skoro ujęła rzecz w ten kategoryczny sposób.
Zwykle staram się odpisać najszybciej, jak mogę, bo pisać lubię i zawsze mam o czym.
Tu zresztą swój na swego trafił; żadnego z nas zachęcać nie potrzeba do przelewania myśli na ekran monitora. Przy słowie "myśli" nasunęło mi się pewne spostrzeżenie.
Już w samych początkach naszej  znajomości Madzia szczególnie podkreślała znaczenie tego, by były to myśli. W odróżnieniu od informacji.
Tymczasem ostatnimi czasy łapię się na tym, że coraz częściej serwuję jej opowieści o tym, jak pięknie rosną drzewka w moim sadzie. Jakie to porządki udało mi się zaprowadzić w warzywniku, czy nawet o tym, co zamierzam w przyszłym roku zasiać. Madzia, owszem, chłonie z ciekawością owe miłe opowiastki, wyobrażając sobie pewnie ogrody swojego dzieciństwa.
Lecz gdzieś musiało zakiełkować zniecierpliwienie, podsycane poczuciem braku zrozumienia.
Nie wiem nawet, czy do końca bezpodstawne.
Może odczuwa to jak niewidzialny mur, którym obwarowałem się w obliczu bezsilności wobec jej problemów.
Początkowo przerwy z jej strony stawały się coraz dłuższe, potem korespondencja wkroczyła w inny wymiar.
Madzia po prostu pisała, co czuje, bez względu na to, co przeczytała u mnie. Teraz z kolei przyłapałem się na tym, że coraz mi trudniej zdobyć się na szczery list. Tym samym poważnie się zastanawiam, czy nasza znajomość podzieli los tych, które dotychczas były moim udziałem. Czeka nas ciężka próba; zaś o wyniku zdecyduje to, czy jest unikatowa. Czy warta jest kontynuacji bez względu na niepowodzenia.
Szczególnie te, które wynikają z uświadomienia sobie wzajemnej inności. Prowadząc do konfrontacji postaw i oczekiwań. 
Jakże łatwo zniechęcić się do kogoś tak różnego, niż ten, którego we własnej stworzyliśmy projekcji.
Tu zdaje się zachodzić ten przypadek. Bo na początku urzekło nas wzajemne podobieństwo, które po czasie okazało się tylko pozorne. Teraz przychodzi zmierzyć nam się z egoizmem, który podpowiada pierwsze lepsze rozwiązanie. Ot, choćby zgodę, by z rąk wypuścić coś, co okazało się trudniejsze niż zakładaliśmy. Jak sądzę, rozważania dotyczą w tym samym stopniu mnie, jak też i mojej Przyjaciółki.
I to jest coś, co zbliża nas najbardziej.
Na przekór temu, co mawia się o przyjaźni damsko-męskiej, głęboko wierzę w tę możliwość.
Ale na innych zasadach, w innym już wymiarze.
Nie ma powrotu do tego, co minęło; przypominałoby to jakieś blade popłuczyny.
W czasach, gdzie lekką ręką pozwala się na zanik wszelkich głębszych więzi, potem zaś paradoksalnie cierpi się z ich braku, warto podjąć trud wyjścia z impasu.
Refleksyjna, introwertyczna natura mojej Przyjaciółki pociąga mnie coraz bardziej. Za nic nie chciałbym utracić niepowtarzalnej okazji przebywania w tych niebezpiecznie szarpiących sferach. Choć nie ukrywam, że jest mi ciężko porozumiewać się takim kodem. Po prostu do tego nie przywykłem.
Wyczuwam jednak wielki kredyt zaufania z jej strony. Tak, jakby już wystarczała sama tylko intencja okazania się godnym.
I tak się stanie, bo pragnę temu sprostać bez względu na wyniki.

Kiedyś napisała:
Janku, nie upieram się być szczęśliwą za wszelką cenę; nie każdy rodzaj szczęścia godny jest mojej akceptacji. Jestem ogromnie wymagająca i wolę być nieszczęśliwa, jeśli nie jest możliwe szczęście na moich warunkach. Obserwując tych, którzy cieszą się każdym drobiazgiem, wcale im nie zazdroszczę. Co więcej, trudno mi powstrzymać się od pewnej dozy lekceważenia, a nawet politowania, że tak mało im potrzeba. Czy to właściwa postawa? Nie mam pojęcia; wszystko zależy od  punktu widzenia. I generalnie biorąc, mam dyspozycję do bycia nieszczęśliwą, nigdy bowiem nie otrzymam tego, czego pragnę. Żadnymi zaś resztkami nie zamierzam się zadowolić. 
Wszystko albo nic, to moja maksyma. Nawet, jeśli pamięć o tym nie zawsze mi towarzyszy...

4 komentarze:

  1. Ech, smutne to, że ludzie z wiekiem tracą nie tylko umiejętność kochania, ale i potrzebę doświadczania miłości.
    A ja nadal wierzę w miłość i nie chciałabym przestać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też nad tym boleję. Poddać się wprawdzie nie zamierzam, lecz boję się, że na starość zgorzknieję:-)))

      Usuń
  2. A może miłość to wybory i decyzje? Oczywiście jeśli nie myli się jej z zakochaniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, miłość i zakochanie chyba tożsame nie są. Które z nich atrakcyjniejsze? To zależy - na krótką, czy na dłuższą metę.

      Usuń