Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.


Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.

niedziela, 29 marca 2015

O domach, mieszkaniach i ...bezmózgowiu

Lat temu kilkadziesiąt ludzie żyli w oddzielnych domach, bądź też w obszernych mieszkaniach, które musieli ogrzewać indywidualnie. W każdym pomieszczeniu był kaflowy piec, w którym palono węglem. Czasami trzeba było porządnie się napracować, by, choćby i na czwarte na ten przykład piętro, pełną węglarkę co dzień z piwnicy wnieść. Zwłaszcza, gdy ludzie już się postarzeli.
Potrzeba matką wynalazku.
Zaczęto więc budować całe osiedla nowoczesnych, jak na owe czasy, domów (zwanych potem blokami), których niezaprzeczalną zaletą było centralne ogrzewanie i ciepła woda.
Sweet dream; cud, miód i orzeszki.
Ludność tak zachłysnęła się "zdobyczami cywilizacji", takimi, jak codzienna kąpiel, zmywanie naczyń pod bieżącą wodą, oraz ciepło bez konieczności codziennego palenia w piecu, że lekko przełknęła inne niedogodności.
O jakich wzmiankuję niedogodnościach? Już spieszę uściślić.
Konieczność zaspokojenia rosnących potrzeb mieszkaniowych olbrzymiej rzeszy powojennego wyżu demograficznego postawiła ówczesny (komunistyczny) rząd przed niezwykle trudnym zadaniem.
W wyniku burzy mózgów (czy też może raczej, móżdżków) powstała koncepcja architektoniczna, której (opłakane) skutki lwia część mieszkańców dużych miast* na własnej skórze odczuwa do dziś.
Mieszkają w brzydkich osiedlach-molochach, pełnych szarych i obdrapanych bloków stłoczonych na stosunkowo małym obszarze, często bez zieleni i ławek, na których można by się zrelaksować.
Bywa, że jedynym urozmaiceniem terenu są psie kupy, które w zadziwiająco wielkiej liczbie ozdabiają skrawki trawników i chodniki. Wymuszając na przechodniach cudaczne manewry, pozwalające uniknąć bezpośredniego kontaktu z wiadomą materią organiczną.
Metraż mieszkań jest tak mały, że niektóre pokoje klitki żywo przypominają te dla lalek.
Przyzwyczajenie drugą naturą, więc nawet niespecjalnie już narzekamy**.
W myśl całkowicie obcej mi zasady, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, jak mniemam.
Tymczasem skończyły się dobre czasy.
Ludzkość doczekała się wodomierzy i codzienną kąpiel najprawdopodobniej diabli wzięli.
(Czego symptomy powonieniem swym własnym na co dzień w środkach  masowego rażenia komunikacji miejskiej uświadczam.)
Bo jeśli można na czymś oszczędzić, to nie ma takiej siły, by ludzkość szansy tej nie wykorzystała.
Odwrotnie proporcjonalnie do szansy na zrobienie właściwego użytku ze zwojów mózgowych.
Przykręcanie śrubki, jako, że odbywa się w sposób linearny, ma to do siebie, że można robić to bezkarnie niemal w nieskończoność. Wytrzymałość "materiału" w tej dziedzinie jest zadziwiająco wielka. Człowiek potrafi!
(Jeden - stosować nacisk, drugi - cierpliwie go znosić.)***
W ramach rzeczonego śrubki przykręcania postanowiono powszechnie wprowadzić tak zwane podzielniki ciepła. W celu opomiarowania poboru energii cieplnej w obrębie każdego mieszkania.
W imię oszczędności, znaczy.
Nieważne, że tego typu pionierskie rozwiązania sprzed kilkunastu lat, dawno się skompromitowały.
Zamiast spodziewanych oszczędności sprowadziły na ludzi konieczność ograniczenia ogrzewania pomieszczeń do minimum, zaś zarządców budynków postawiły przed koniecznością leczenia ścian z grzyba. Że o chorobach - w tym, przenoszonych drogą kropelkową - już nie wspomnę.
Okazało się, że nie ma możliwości w dotychczasowej cenie sprostać naszym nawykom co do komfortowej temperatury pomieszczeń.
W tym miejscu warto zaznaczyć, że jeśli spada zapotrzebowanie na energię, to jej jednostkowa cena wzrasta. Adekwatnie do spadku zapotrzebowania.
Już przekonaliśmy się o tym przy okazji wspomnianych wodomierzy. Zaoszczędzić zdążyli jedynie pierwsi ich "założyciele". Z chwilą, gdy stały się obligatoryjne, cena wody odpowiednio wzrosła.
I to w zadziwiająco szybkim tempie. Logiczne do bólu.
Wracając do głównego wątku, wspólnoty - w tej liczbie również i nasza - wpadły na odkrywczy pomysł, by nas w powyższy sposób "uszczęśliwić".
Wprost nie do wiary, że znaleźli się orędownicy tegoż.
I teraz, jeśli wniosek przejdzie - a z doświadczenia wiem, że każdy, najbardziej nawet niedorzeczny wniosek, jakimś cudem tak czy siak przechodzi - znajdziemy się pomiędzy młotem a kowadłem.
Nie sposób bowiem wrócić już do punktu wyjścia, zaszłości na to nam nie pozwalają.
Nie da się, we wspólnocie będąc, zrezygnować z centralnego ogrzewania i zainstalować lokalnego.
Ktoś zresztą musi płacić za utrzymywanie linii przesyłowych.
Zatem z czym zostajemy? Ano, z ręką w nocniku, bracia miła.

Już nie można se pójść do lasu po chrust!

Z uwagi na małą kubaturę pomieszczeń (wysokość do 2,50) i co za tym idzie, zaburzoną cyrkulację powietrza, nim takowe się przewietrzy, my zdążymy już porządnie zmarznąć. Natomiast tuż po zamknięciu okna powietrza rychło zacznie nam brakować. Zatem dość szybko zajdzie ponowna potrzeba jego otwarcia. Wiadomo zaś, że największy pobór energii następuje podczas rozruchu (każdego!) systemu. Błędne koło, innymi słowy.
Słyszy się, że większość z tych "opomiarowanych" zimę spędziło w ciepłych kapciach i polarach.
Nawet pomimo, iż w dwóch ostatnich latach zima była nam wyjątkowo lekka.
Obawiam się, że z uwagi na moje dochody, rzeczone kapcie tudzież polar mogą okazać się niewystarczające. Trza rychło się rozejrzeć za walonkami i kufajką.
Ot, zdobycze cywilizacji godne dwudziestego pierwszego wieku.
 
 _____________________________________
*W postkomunistycznej Polsce "duże miasta" to przeważnie rakowate twory, składające się z niewielkiej obszarowo części, zwanej Głównym Miastem i obrastających ją, pasożytujących na jej (ogólnie pojętej) tkance, narośli w postaci nowych osiedli. Adekwatnie do wyglądu zwanych blokowiskami.
**Mnie w to nie mieszać. Nie dość, że narzekam, to jeszcze psioczę i hardo się stawiam:).
*** Jak wyżej.

środa, 18 marca 2015

Żaden autorytet nie stoi ponad prawem

Znów "ci okropni ateiści" przypuszczają atak na nasz Kościół.
I mówią rzeczy, które, z grubsza biorąc, wcale wyssane z palca nie są.
A jednak niebezpiecznie zbliżają się do granicy, którą niedobrze jest przekroczyć.
Niedobrze zaś ze względu na materii owej delikatność.
O ile bowiem dla nich, czyli ateistów, Kościół jawi się wyłącznie instytucją ludzką, to dla nas, wierzących,  do Bosko-ludzkiego należy porządku.

A zatem jakość stosowanych argumentów wielkie w tej polemice winna mieć znaczenie.
(Czy mielibyśmy czelność za swego przyjaciela uważać kogoś, kto nam w oczy mówi obraźliwe, niechby i prawdziwe nawet, słowa - o matce, ojczyźnie, wierze?)

To wielka sztuka, mądrze, rozważnie krytykować.
I nie mniej wielka, słuszną krytykę przyjąć.

Bo nader często szermuje się argumentem, że wszędzie, w każdej grupie, instytucji, czy też nacji, znaleźć można oprócz złych, również i tych dobrych.
Też mi odkrycie, pozwólcie, że zauważę.
Ja dodam jeszcze, że najwięcej jest tych zwykłych i przeciętnych.
O ile jednak taka "zwykłość" wystarczającą jest kwalifikacją do podjęcia innych funkcji, to już gdy idzie o kapłana, żadną miarą nie.
Bo po mojemu zwykłym to sobie może być pan Jan z gazowni, albo i pani Kasia z warzywniaka, zaś ksiądz ma obowiązek być człowiekiem świętym.
Ponieważ z racji dobrowolnie przyjętych zobowiązań powinni księża służyć wiernym (tudzież pozostałym) własnym przykładem kryształowym. Od siebie wymagając stokroć więcej, niźli od tych, do których są posłani.
Bo przecież są posłani, nie zaś (halo, tu ziemia!) na ciepłej posadce usytuowani.
Dlatego też w moim kościele "wypraszam sobie" zwykłego księdza .

Kapłana niczym świętego traktować nam się każe.
Lecz kiedy dopuści się nieprawości, mówi się, że to tylko człowiek.
Argument obrotowy.
Tymczasem...
Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie, a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą. (Łk 12,48)
Zatem wszystko jasne. Tylko, czy aby na pewno dla tych, którym "dano".

Co daje i czemu służy ukrywanie i zaprzeczanie oczywistym prawdom dowiedzionych przestępstw.
Jeśli chcemy coś zdziałać (a chcieć przecież, tudzież działać, mamy obowiązek), musimy robić to z zaangażowaniem. Własną postawą inspirując, zamiast szermować demagogią.

Autorytet musi podlegać krytyce. Każdy autorytet.
To paradoksalnie wychodzi mu tylko na dobre.
Nikt nie powinien stawiać siebie ponad prawem.
Żadnej nie ma ku temu racji.

Z drugiej strony...
Wielu z tych, którzy krytykują kościół jako instytucję, lubi podkreślać, że nie chodzi im o wiarę, jako taką. Jednak i oni nie potrafią ustrzec się lekceważenia tych wierzących.
Ot, choćby pod pretekstem uległej postawy wobec skompromitowanych autorytetów.
Jest wiele spraw pilnie wymagających przemyślenia.
Gdy o mnie idzie, nie mam zamiaru oczami świecić za Ojca Dyrektora czy Terlikowskiego.
Tudzież usprawiedliwiać wszelkiej maści oszołomstwa.
Nie identyfikuję się też z Frondą, Opus Dei, ni Radiem Maryja.
Z drugiej zaś strony z całą mocą będę się przeciwstawiać próbom dezawuowania wiary.
Zarówno swojej, jak i czyjejkolwiek.
Nie można bowiem negować wartości czegoś z tej jedynie racji, że się samemu nie doświadcza tegoż.

sobota, 7 marca 2015