Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.


Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.

wtorek, 25 lutego 2014

Nie samym chlebem...

Wspaniale jest mieć kuzyna. To prawie brat, tyle, że cioteczny. W moim przypadku stryjeczny.
Można o wszystkim pogadać, pospacerować niespiesznie po mieście, zasiąść w przytulnej kawiarni, zajadając się pysznym ciastkiem. A jeszcze gdy - jak w ubiegłą sobotę - do kina zaprosi, to już jest cud i miód. W posiadaniu takiego to wspaniałego kuzyna mam zaszczyt być.
Zapragnęłam obejrzeć film - Tajemnica Filomeny*. Tak się złożyło, że mój kuzyn też.
Od słowa, do słowa, mówisz - masz.

Co mam powiedzieć o samym filmie. By rąbka tajemnicy uchylić, nie odbierając jednocześnie przyjemności z oglądania.
Bo wprawdzie i tak nie zamierzałam robić tego, czego nie lubię u innych, czyli opowiadać fabuły, lecz teraz szczególnie chcę być ostrożna. Kuzyn przestrzegał mnie bowiem, żebym pod żadnym pozorem nie zdradzała zakończenia. Tak też i postąpię, ograniczając się jedynie do własnych impresji.
Muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś w typie słynnych "Sióstr Magdalenek".
Tymczasem ten film jest z zupełnie innej bajki. Poruszający w swojej cudownej prostocie przekaz, stał się możliwy dzięki niezwykle trafnej obsadzie. To dosłownie strzał w dziesiątkę.
Odtwórczyni głównej roli, brytyjska aktorka  Judi Dench, stworzyła kreację pełną ciepła, ludzkiej prawdy i ducha wybaczenia.  Ekranowy partner Steve Coogan okazał się godnym partnerem.
Przez cały czas trwania film trzymał w napięciu. Nie przez dynamikę akcji, tej bowiem tutaj jak na lekarstwo.
Uwagę skupiał nie tyle z powodu "dziania się", co raczej dzięki sekwencji zbliżeń - pełnych zamyśleń i wielorakich podtekstów.
Jak też za sprawą przekazu - słownego i podskórnego - z nienachalnym poczuciem humoru.
Ten, kto spodziewał się konfrontacji, musiał się rozczarować. Niektórzy to nawet mile.
Jak- nie przymierzając - ja.
To film o wybaczeniu, przyjęciu odpowiedzialności za całość własnej historii, pogodzeniu się z nieuchronnością. Jak też odmowie przyjęcia roli ofiary. Żal, który musiał zostać wyartykułowany, nie miał konkretnego adresata. Na pewno zaś nie był nim Kościół.
W tym miejscu wyznać muszę - moja anarchistyczna natura co i rusz zgłaszała przeciw temu sprzeciw. Wybaczyć, owszem, lecz nie tak bezwarunkowo. Jakaś satysfakcja (u licha!) musi przecież być. Lecz za sprawą końcowych sekwencji ...stopniałam jak lód. I mam wrażenie, że nie tylko ja. Wszelka gorycz i bunt rozpłynęły się w morzu miłości i przebaczenia. Takiego, które znosi potrzebę konfrontacji. Ta bowiem nijak nie mogłaby się ostać w obliczu odwiecznej Mądrości.
Tytułem podsumowania powiem tylko jedno: wart jest tej renomy, którą sobie zdobył.

Taki to, rzec można, a nawet trzeba, miły miałam wieczór. Bo jeszcze i spacer ulicami miasta, a to znów herbatka w uroczym lokalu. Że o ciastkowej rozpuście nie będę wzmiankować.
Jakby jeszcze tego było mało, w niedzielę uczestniczyłam we wspaniałym koncercie.
Muzyka Fryderyka Chopina, Wojciecha Kilara i Witolda Lutosławskiego rozbrzmiewała w Gdańskiej Akademii Muzycznej.
A to jeszcze, okazuje się, nie koniec atrakcji. Teraz za sprawą rodzonego brata stałam się szczęśliwą posiadaczką biletów na premierę opery Mozarta, Cosi Fan Tutte - w najbliższą sobotę.
Będzie się działo.
Tylko w co ja się, nieszczęsna (w obliczu zgubnych skutków objadania ciasteczkami), ubiorę.
Idąc za ciosem, może by tak jeszcze udało się zdobyć bilety na występ André Rieu w Ergo Arenie, kochany Braciszku.

_______________________________________________
*Produkcja: Francja, USA, Wielka Brytania. Reżyseria: Stephen Frears.









niedziela, 23 lutego 2014

Konkurs u Fidrygauki

W ostatniej chwili zauważyłam, że u Fidrygauki jest kolejny konkurs na wprawkę.
Aktualny temat - "Ja". Trudno, a nawet diabelnie trudno jest coś sensownego na taki temat sklecić.
Oto moja propozycja.

Ja

Niezwykle trudno jest mówić o tym, co jest JA, a co już nim nie jest.
Bo jakość kreacji własnej osoby bardzo wiele mówi o kimś, kto prezentacji takiej dokonuje.
Kto wie, czy nie więcej, niż zewnętrzny ogląd według klucza "gołych faktów".  
Wszak one prawie nigdy tak zupełnie gołe nie są.
Powiedz mi, w czym gustujesz, a zgadnę, kim naprawdę jesteś. 
Stanowimy przecież odbicie swoich pragnień, ambicji, marzeń; kto wie, czy nie projekcji nawet.
Przyjmując na siebie określone role, stajemy się realnymi podmiotami własnych kreacji. 
I nic w tym szczególnego, to proces nieuchronny. 
Jak kształtowanie odlewu na bazie określonej formy.
Dlatego zawsze ustalam wzorce a' priori. 
Są mi drogowskazem w tym żmudnym procesie pracy nad JA

sobota, 22 lutego 2014

Nie zawsze się skórka za wyprawkę opłaci

Zapragnęłam śledzików w occie. Marzyłam o nich już od tygodnia.
Takich, co to się je najpierw opieka, potem marynuje w occie z cebulą tudzież przyprawą wszelką.
Niepomna zupełnie na to, co się rok temu przy podobnej okazji działo.
Pamięć, wiadomo, zawodna; wspomnień przykrych dłużej niż rok nie hoduje.
I nie mówię teraz o mojej kamicy żółciowej, dzisiaj o czym inszym zgoła.
Daremnie odradzała mi siostra, że niby od dawna już nie czyni tego.
Posłuchałam przyjaciółki, która poradziła ...otworzyć okno. Mądrala jedna.
Jak (żarłoczny) mus, to mus; śledzie zakupiłam. Półtora kilo, jakby kilogram mi nie wystarczył.
No to się wpakowałam, ogólnie biorąc to-to mnie przerosło. Smażyłam w sześciu etapach, dwa razy zmieniając olej. Powietrze tak zostało tłuszczem nasycone, że drobinki osiadły dosłownie wszędzie. Kuchenka, zlewozmywak, naczynia na suszarce.
Moje ubranie, perfekcyjny makijaż, włosy tudzież okulary.
A pod nimi ...oczy. Które mi teraz na potęgę łzawią. Piszę i płaczę.
Uprzedzając pytania, okna otwarte były podczas całej operacji, a już po wszystkim nawet i balkon. Wszystko bezskutecznie, przez trzy najbliższe dni, kładąc się do snu będę czuć w nozdrzach ten namolny zapach. Trzy dni - nie dlatego jednak, że potem się ulotni - lecz z powodu przyzwyczajenia węchu raczej.
Kuchnia wyszorowana, ale to na nic; tłuszcz wdarł się we wszystkie szczeliny i zakamarki.
Osiadł na wtyczkach i dostał się do kontaktów.
Oczy i nos przepłukane solą fizjologiczną. Prysznic wzięty, wszystkie ubrania w pralce, za chwilę będę zmieniać pościel.
Wezwanie czyściciela dywanów i malowanie ścian jednak odpuszczę sobie. Płaszcze też poczekają na czyszczenie w swoim zwykłym trybie.
Nie tyle z powodu braku konieczności, ile z braku środków na opłacenie tychże.
Tak to mi się skórka za wyprawkę "opłaciła"!
Teraz zawarłam z rodziną umowę. Gdybym w ciągu najbliższego roku choćby nieśmiało napomknęła, że majaczy mi na horyzoncie wizja smażonych śledzików, czym prędzej mają mi ją z głowy wybić. Niechby nawet i tłuczkiem do ziemniaków.

Teraz grzeję się myślą o dniu jutrzejszym, gdyż zapowiada się interesująco.
Wybieramy się z kuzynem do kina - na film, o którym marzyłam - Tajemnica Filomeny.
Potem pójdziemy obejrzeć postępy prac przy budowie Teatru Szekspirowskiego, na koniec zaś pogadamy przy kawie w którejś z przytulnych knajpek Starego Miasta.
Jutro zdam relację, czy ten (tak bardzo nagłośniony) film spełnił moje oczekiwania.

niedziela, 16 lutego 2014

Fascynacja abstraktem

Zachwyt, fascynacja... Jakimi się to prawami rządzi.
Bywa, że kogoś zachwyci człowiek.
A właściwie jego abstrakt - wyizolowany element osoby.
Którego przedmiotem są przemyślenia, poczucie humoru, przejawy osobowości.
Wszystko w porządku, można i tak. Pod jednym wszakże warunkiem.
Nie może to stanowić pożywki pod projekcję całości osoby.
Kiedy to posiłkując się wiedzą własną wnioskujemy z czyjegoś słowa pisanego, kto on zacz.
Niestety, jak wiadomo, wiedza ogranicza. Im większa, tym ogranicza bardziej. Taki paradoks.
Dlatego, gdy do czynienia mamy z abstraktem, najlepiej odrzucić cały jej zasób, skupiając się na odbiorze treści podanych. Bez zbędnej nadinterpretacji.
Czy fascynacja abstraktem może wytrzymać próbę czasu?
Otóż może - dłużej, niż każda inna. Potrafi nawet obrosnąć legendą.
Czy jednak można wyłącznie na tym zbudować więź międzyosobową? Więź pełnokrwistą?
Nie, bo fascynacja owa z natury swojej bezkrwistą jest.
Lecz nawet jako taka ma niezaprzeczalną wartość.
Może być elementem edukacji, duchowym wsparciem, ogólnie biorąc, źródłem inspiracji wszelkich.
Nie wolno wyznawać abstraktowi miłości do grobowej deski. Chyba, że wyłącznie w obszarze abstraktu. Skierowaną do tego jedynie aspektu osoby. Nazywając rzecz po imieniu.
Nie sposób na tak kruchej podstawie przyjąć odpowiedzialności za całość osoby, której jest składową. Wszak cała reszta okazać się może niestrawna.
Nie godzi się wyznawać miłości przez internet; ani przez telefon nawet.
Warunkiem przemiany relacji w godziwą jest przejście na etap realnej znajomości. 
Z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Nie biorę żadnej odpowiedzialności za zrodzone w czyjeś głowie projekcje mojej osoby.
Nawet, jeśli powstały w oparciu o prezentowany przeze mnie abstrakt.
Prawdziwy i logicznie spójny w swym wyrazie. Niedomówiony, jednak, choć zaszyfrowany w sposób nietrudny do odcyfrowania. 
Kto na tej kanwie stwarza sobie wizję osoby z krwi i kości, czyni to na własną odpowiedzialność.

Oto odpowiedź, mój Przyjacielu.
- To, co w chwili obecnej odpowiada mi najbardziej - nic.
Jakie było pytanie?

piątek, 14 lutego 2014

Doczesne szczątki

Umarł muzyk.
Jak to u artystów bywa, nie był ubezpieczony.
Kto go pochowa zatem. Rodzina?
Miał żonę. Też bez ubezpieczenia.
Zwłoki - poważna rzecz - z tych co to "nie cierpią zwłoki".
Żona nie może. Nie stać jej - jasna rzecz.
To na koszt państwa!
Niestety, odmowa. Że niby żona i takie tam dyrdymały.
W kostnicy trzymać nie sposób - za każdy dzień trzeba płacić extra. 
Zostawić do utylizacji nie da rady. Policja przyjdzie, zacznie się sprawa.
Miał facet kolegów paru, zrobili zrzutkę.
Lecz pech, żaden nie zasobny; uzbierali raptem stówek parę.
Co robić?
Nie można nawet zwołać Rady Kahalnej*, nie ta religia.
Zakopać w lesie z udziałem tych, co pamiętali.
Bo na cmentarzu w opuszczonym grobie to kryminał przecież.
Spalić i prochy rozsypać? Brrrrrrrr! Nie uchodzi. Rozniósłby się zapach...
Może w ogródku. Ma ktoś ogródek lub ustronną działkę?
Nie, to elity zerowego stanu posiadania są.
W końcu już nie wiem, jak problem zażegnano. Wieści dotarły do mnie przypadkiem.
Niedawno działo się to - w moim mieście. Wspomniałam, że je uwielbiam?
Widać, nie warto chwalić dnia przed zachodem. 
_____________________________________
ydowski samorząd reprezentujący gminę wyznaniową

czwartek, 13 lutego 2014

Konkurs, a raczej konkursik; bez nagród, niestety

Dziś taki mały konkurs. Niech będzie, że krajoznawczy.
W swobodnym nawiązaniu do posta o ulubionych miejscach.
Z boku mojej strony widnieje zdjęcie opatrzone tajemnym niedomówieniem "Lecz gdybym...".
Nie, spokojnie, nie będę pytać, cóż to według Was mogłoby znaczyć.
Przedmiotem zapytania będzie natomiast określenie miejsca, skąd owa urocza fotografia pochodzi.
Przyznaję, nie jest to takie łatwe. Z tego chociażby względu, że podobne miejsca mogą znajdować się w wielu starych, zabytkowych miastach.
Gdzie zatem leży ta piękna, urokliwa uliczka; jaką nosi nazwę...
                            Nie mogę się powstrzymać i wklejam jeszcze raz. Chociaż jak byk widnieje.


                                                            Rozwiązanie konkursu

Wielu z Was się udało. Nie przypuszczałam, że jesteście takimi znawcami, czy raczej krajoznawcami.
To rzeczywiście Toruń. Ściśle biorąc, ulica Podmurna.
Zwyciężczynią jest GosiAnka Wrocławianka, niekwestionowana globtroterka naszej blogosfery.
Była pierwszą, która rozszyfrowała szczegóły.
Oczywiście Panterka wykazała się podziwu godną intuicją. Ciekawe, skąd ten trop:-).
Fajnie było... Dziękuję.

środa, 12 lutego 2014

Warto jest

Bywa, coś w duszę zapada, smutku budując labirynt.
Zapaść się w sobie, w sen wielki zapaść.
Co niepokój odcina, nieuchronność oddala.

Wtedy zdarzył się cud, choć nie czekałam go wcale.
Odezwał się przyjaciel, co pomaga i wspiera.
Warto się starać, bo jest dla kogo. I wierzyć warto, bo jest w co.

Dziękuję Ci.
(Ty wiesz, że właśnie Tobie)

wtorek, 11 lutego 2014

Moje miasto

Nie znoszę go. I kocham zarazem.
Pewien mieszkający w Krakowie bloger przedstawił pogląd na swoje miasto.
Na co dzień wydaje mu się fajne; dopiero z dystansu dostrzega, co i jak.
Będąc gdzie indziej, zdaje sobie sprawę, jak bardzo brakuje mu ...świeżego powietrza.
Kontrast z innymi miastami tak daje mu do myślenia, że rozważa przeprowadzkę.
Z powodu tej z lekka zatęchłej rodzimej atmosferki.
Zainspirowało mnie to do snucia wniosków własnych.
Skłonna jestem przyznać mu rację, Kraków bowiem znam dosyć dobrze.
Mieszkałam tam przez rok; ba, na stałe się chciałam osiedlić.
Bo to, co dla jednego jest wadą, dla kogoś innego może być zaletą.
O ile w Krakowie "świeżego powietrza" brakuje, w Gdańsku mamy go pod dostatkiem.
Właściwie, rzec można, mamy nawet przeciąg.
Wszak to przelotówa prawie. Miasto dróg.
Są miasta wielu placów. Nasze samo jest ...wielkim placem.
Wiem, wiem, specyfika miast nadmorskich, rozciągniętych na sporym obszarze wzdłuż tegoż.
Rozumiem też, jak wielkim uległo wojennym zniszczeniom. Stąd żart o tym wielkim placu.
Dostrzegam zapierające dech piękno poszczególnych elementów. Niech ktoś nie myśli sobie!
Pamiętam swoje młodzieńcze rozczarowanie warszawską starówką podczas którejś ze szkolnych wycieczek. Czym tu się zachwycać. My w Gdańsku to dopiero mamy powód. Pewnie i Amsterdam nie wytrzymałby porównania w niektórych, co bardziej precyzyjnych, szczegółach.
Zawsze byłam z Gdańska dumna. Jest bowiem z czego!
Dlaczego więc tak go nie lubię?
Brakuje mi tej "substancji miejskiej", którą często poszczycić się mogą niewielkie nawet miasteczka.
Bo w mieście rynek powinien być i basta! Jak Pan Bóg przykazał.
U nas typowego rynku jednak nie uświadczy.
Dopiero, gdy mam okazję gdzie indziej pobyć, dociera do mnie, ile na co dzień tracę.
To wysiadywanie na rynku z widokiem na cały labirynt uliczek, prowadzących odeń. To znów spacery odkrywające te obszary miasta, w których tak uroczo można się zagubić.
Bo u nas to niewykonalne. Nie ma gdzie. Wszystko jasne, ale też i nudne.
Ach, jak zazdroszczę mieszkańcom Warszawy, Wrocławia, Torunia, czy też owego "dusznego" Krakowa nawet.  Powiem więcej, całej rzeszy miast pomniejszych. Byleby tylko posiadały klasycznie rozumianą tkankę miejską. Bowiem do życia potrzebuję miasta właśnie.
Rodzinnie pochodzę z Wielkopolski, Poznań mym miejscem urodzenia.
To wielkie, klasyczne miasto od dziecka kształtowało moje poglądy na życie. Poznańskie ciocie z godnym lepszej sprawy uporem wpajały mi zasady tak zwanej "akuratności". Wszystkie te nieśmiertelne zasady czystości i elegancji, bez których człowiek niechybnie stałby się łupem wybujałych instynktów przerośniętego ego.
Z uporem wprawdzie, choć bez powodzenia raczej.
Lecz teraz to Gdańsk jest moim miastem; tu od wczesnego dzieciństwa mieszkam.
Kiedyś w autobusie zdarzyło mi się usłyszeć rozmowę. Dwie panie gorszyły się wystającym spod czyjejś koszulki stanikiem. Że nie uchodzi, że kto to widział...
Bo u nich w Poznaniu to nie do pomyślenia.
Zdziwiło mnie to i zasmuciło. To oni tam jeszcze na poważnie biorą całe to staropierdolskie pitolenie?
My pod tym względem kompletnie jesteśmy wyzwoleni.
Uwielbiam swoje obecne miasto, jedyne, które mogę nazwać własnym.
Za jego otwartość, a nawet kosmopolityzm. Za atmosferę tolerancji i akceptację różnych form ludzkiego bycia. No cóż, jak mówią, coś za coś.

wtorek, 4 lutego 2014

Rozrywka

Każdy z nas jej potrzebuje. Jako przerywnika w czynnościach "obowiązkowych".
By naładować akumulatory, albo przeciwnie, żeby od harówki mózg się nie zlasował.
Rzecz gustu, co dla kogo taką rozrywką być może. W tej kategorii różne są rodzaje.
Tymczasem linię podziału pomiędzy dwiema przeprowadźmy jakościami.
Istnieje rozrywka miałka, bądź też wartościowa.
Jak od siebie je odróżnić.
Ta miałka jest jak papka, którą się pochłania. Im szybciej, intensywniej, tym w trakcie przyjemniej.
Liczy się tu i teraz; na tym się jej rola kończy.
Nie lubimy, kiedy przestaje - czujemy się poirytowani.
Tak, jakby sprzed nosa ulubioną zabawkę zabrano. Bądź też smakowite danie.
Wracamy do swoich zajęć może i zrelaksowani, z pewnym niedosytem jednak.
Wciąż nam za mało...
Gdy do czynienia z czymś wartościowym mamy, ciągliwe bywa, dłuży się, wręcz doskwiera czasem.
Podskórnie wiemy, że kiedy się skończy, odczujemy ulgę.
Radość spełnionego obowiązku. Świadomość dobrze wykorzystanego czasu.
Właściwie jednak nigdy się nie kończy. Bo trwając w umyśle, implikuje przemyślenia.
Z dnia na dzień ewoluując, staje się zaczynem różnorakich odczuć.
Towarzyszyć nam może nawet przez czas dłuższy. Światło rzucając na dzień nasz powszedni.

sobota, 1 lutego 2014

Pomiędzy wierszami

Dzisiaj fragment większej całości, nad którą z (jeszcze większymi) przerwami pracuję.


Mój Przyjacielu
Obawiam się, że wkrótce zakończyć przyjdzie nam tę znajomość, którą za przyjaźń uważaliśmy. 
A ściśle biorąc, ja uważałam. Powód jest w gruncie rzeczy jeden: związek nasz nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Przynajmniej z mojej strony tak rzecz widzę. Przyjaźń to wielkie słowo, bo wielką symbolizuje sprawę. Tymczasem chciałbyś przykroić mnie na własną miarę. 
Mam być radosna, podczas gdy ze swej istoty taką nie jestem. Mam być szczęśliwa, podczas gdy moja natura sprzeciwia się temu. Mam wreszcie śmiać się, podczas, gdy do śmiechu mi bynajmniej nie jest.
Czy chcesz powiedzieć, że mam zadowolić się tym, co jest mi dostępne? Bo odmowa oznacza wyjście z gry? 
Tymczasem ja odmawiam gry według tychże reguł. To moja gra i tylko ja ustalam jej reguły.
Przyjaciel, to ktoś, kto nie uszczęśliwia nas na siłę. Nie zamyka nam ust, aby nie słyszeć naszego płaczu. Przyjaciel płacze razem z nami, a gdy wyczerpuje limit łez, pozwala nam płakać w samotności. Patrząc na to z bliskiego dystansu. Nie wycofuje się rakiem, by uniknąć roli świadka własnej bezsilności. 
Potrzeba wielkiej odwagi, by przyznać się do bezradności. Nie wszystkiemu można zaradzić, nie wszystko da się zażegnać. 
I tu otwiera się pole dla naszej pokory. Wniosek jest tylko jeden: nikogo na siłę nie uszczęśliwimy. Mamy więc do wyboru, zostać i patrzeć, bądź też odwrócić się, dając upust fałszywie pojętej wrażliwości. 
Ten wybór należy do Ciebie, ja bowiem pozostanę sobą, nie troszcząc się o to, czy spełniam czyjekolwiek kryteria.

Tej treści list otrzymałem od Madzi już tydzień temu. Mogę sobie wyobrazić, jak trudno jej było wyartykułować ten żal do mnie. Ostatnio rzeczywiście za bardzo starałem się wprowadzić ją w dobry nastrój. Fakt, że czyniłem to w dobrej wierze, nie stanowi usprawiedliwienia. Znam ją na tyle długo, by wiedzieć, że nie lubi zamiatać śmieci pod dywan, żeby koniecznie było czysto. Musiało ją zdrowo ponieść, skoro ujęła rzecz w ten kategoryczny sposób.
Zwykle staram się odpisać najszybciej, jak mogę, bo pisać lubię i zawsze mam o czym.
Tu zresztą swój na swego trafił; żadnego z nas zachęcać nie potrzeba do przelewania myśli na ekran monitora. Przy słowie "myśli" nasunęło mi się pewne spostrzeżenie.
Już w samych początkach naszej  znajomości Madzia szczególnie podkreślała znaczenie tego, by były to myśli. W odróżnieniu od informacji.
Tymczasem ostatnimi czasy łapię się na tym, że coraz częściej serwuję jej opowieści o tym, jak pięknie rosną drzewka w moim sadzie. Jakie to porządki udało mi się zaprowadzić w warzywniku, czy nawet o tym, co zamierzam w przyszłym roku zasiać. Madzia, owszem, chłonie z ciekawością owe miłe opowiastki, wyobrażając sobie pewnie ogrody swojego dzieciństwa.
Lecz gdzieś musiało zakiełkować zniecierpliwienie, podsycane poczuciem braku zrozumienia.
Nie wiem nawet, czy do końca bezpodstawne.
Może odczuwa to jak niewidzialny mur, którym obwarowałem się w obliczu bezsilności wobec jej problemów.
Początkowo przerwy z jej strony stawały się coraz dłuższe, potem korespondencja wkroczyła w inny wymiar.
Madzia po prostu pisała, co czuje, bez względu na to, co przeczytała u mnie. Teraz z kolei przyłapałem się na tym, że coraz mi trudniej zdobyć się na szczery list. Tym samym poważnie się zastanawiam, czy nasza znajomość podzieli los tych, które dotychczas były moim udziałem. Czeka nas ciężka próba; zaś o wyniku zdecyduje to, czy jest unikatowa. Czy warta jest kontynuacji bez względu na niepowodzenia.
Szczególnie te, które wynikają z uświadomienia sobie wzajemnej inności. Prowadząc do konfrontacji postaw i oczekiwań. 
Jakże łatwo zniechęcić się do kogoś tak różnego, niż ten, którego we własnej stworzyliśmy projekcji.
Tu zdaje się zachodzić ten przypadek. Bo na początku urzekło nas wzajemne podobieństwo, które po czasie okazało się tylko pozorne. Teraz przychodzi zmierzyć nam się z egoizmem, który podpowiada pierwsze lepsze rozwiązanie. Ot, choćby zgodę, by z rąk wypuścić coś, co okazało się trudniejsze niż zakładaliśmy. Jak sądzę, rozważania dotyczą w tym samym stopniu mnie, jak też i mojej Przyjaciółki.
I to jest coś, co zbliża nas najbardziej.
Na przekór temu, co mawia się o przyjaźni damsko-męskiej, głęboko wierzę w tę możliwość.
Ale na innych zasadach, w innym już wymiarze.
Nie ma powrotu do tego, co minęło; przypominałoby to jakieś blade popłuczyny.
W czasach, gdzie lekką ręką pozwala się na zanik wszelkich głębszych więzi, potem zaś paradoksalnie cierpi się z ich braku, warto podjąć trud wyjścia z impasu.
Refleksyjna, introwertyczna natura mojej Przyjaciółki pociąga mnie coraz bardziej. Za nic nie chciałbym utracić niepowtarzalnej okazji przebywania w tych niebezpiecznie szarpiących sferach. Choć nie ukrywam, że jest mi ciężko porozumiewać się takim kodem. Po prostu do tego nie przywykłem.
Wyczuwam jednak wielki kredyt zaufania z jej strony. Tak, jakby już wystarczała sama tylko intencja okazania się godnym.
I tak się stanie, bo pragnę temu sprostać bez względu na wyniki.

Kiedyś napisała:
Janku, nie upieram się być szczęśliwą za wszelką cenę; nie każdy rodzaj szczęścia godny jest mojej akceptacji. Jestem ogromnie wymagająca i wolę być nieszczęśliwa, jeśli nie jest możliwe szczęście na moich warunkach. Obserwując tych, którzy cieszą się każdym drobiazgiem, wcale im nie zazdroszczę. Co więcej, trudno mi powstrzymać się od pewnej dozy lekceważenia, a nawet politowania, że tak mało im potrzeba. Czy to właściwa postawa? Nie mam pojęcia; wszystko zależy od  punktu widzenia. I generalnie biorąc, mam dyspozycję do bycia nieszczęśliwą, nigdy bowiem nie otrzymam tego, czego pragnę. Żadnymi zaś resztkami nie zamierzam się zadowolić. 
Wszystko albo nic, to moja maksyma. Nawet, jeśli pamięć o tym nie zawsze mi towarzyszy...