Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.


Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.

sobota, 12 listopada 2016

Tu i teraz

Gdybym tak miał jakiś nieodkryty talent - marzy se niejeden ktoś. 
Lecz co to w ogóle jest ten jakiś "nieodkryty" talent. Czy to jest coś, o czym nikt, o dziwo, tej pory nie usłyszał, czy też raczej coś, o czym się samemu nie wie. (Po mojemu bardziej to drugie.)
W przeciwnym razie trza by było rzec - nieujawniony. Światu nieujawniony,  akurat zainteresowanemu znany doskonale. Tylko czy jest prawdopodobne, by ktoś coś takiego skrywał całe lata. (Bo według mnie to znowu jakoś się nie kuma.) Ot, powiedziałabym, ów talent się skrystalizował, objawił, zmaterializował, czy też jakkolwiek coś takiego nazwać - tu i teraz właśnie. 
Jest w tym jakiś sens? 
A koniecznie musi?

środa, 9 listopada 2016

Totalna załamka

Jestem zdruzgotana tudzież pozbawiona chęci. I to do czegokolwiek.
Nic mi się nie chce. Nawet płakać mi się nie chce. Szczególnie już płakać nie mogę, ponieważ jak zacznę, to nie będę mogła przestać.
Nie, spokojnie, nikt mi nie umarł ani nie spotkało mnie nieszczęście, które w opinii ludzkości uprawniałoby mnie do tego typu odczuć. Tu chodzi "tylko" o moje zawiedzione nadzieje. A jednak...
Niby jeszcze przeglądam jakieś tam ogłoszenia, ale zaczyna do mnie docierać, że to praktycznie na nic. A tak się cieszyłam (starając się nie zapeszać) aż do wczoraj.
Już od jakiegoś czasu - tak mniej więcej od półrocza - poszukuję odpowiedniego lokum.
Były na mej wyboistej drodze wzloty, były i upadki. Już-już wydawało się, że to swoje wymarzone mam na wyciągnięcie ręki; potem się okazywało, że albo przeszło mi koło nosa, albo nie było mnie na nie stać, albo nie było rychłych szans na sprzedaż mojego obecnego.
Wreszcie tydzień temu bratu niemal udało się sfinalizować sprawę mieszkania, które z bratową oglądałyśmy latem. Napisałam "niemal", bowiem pozostało jeszcze tylko uzgodnienie wizyty u notariusza. Bratowa prowadzi własne biuro pośrednictwa, zatem jej opinia dla mnie jest wiążąca. Ona zaś uznała, że ów lokal wart jest zakupienia. Mnie to mieszkanie spodobało się do tego stopnia, że nie mogłam przestać o nim myśleć. Tymczasem dzisiaj brat poinformował mnie, że "babsko" (bo jak inaczej taką panią nazwać?) od paru dni nie raczy odpowiadać na jego telefony tudzież sms-y w sprawie. A przecież na wstępnym etapie każdy ma prawo zmienić decyzję, zatem po co taka strusia polityka? Cóż, wygląda na to, iż właściciele sprzedawanych mieszkań są w większości niepoważni. Zaś pośrednicy - nieprofesjonalni. Jak tak dalej pójdzie, z moich planów nici.
Już nie widzę żadnych ofert, które spełniałyby moje (i tak już solidnie zweryfikowane) kryteria, zwłaszcza te cenowe. Tylko sobie humor psuję porównując mieszkanie, które sobie upatrzyłam z tym, na co teraz mogę za tę sumę, którą dysponuję,  liczyć. Ech, biednemu zawsze w oczy wiatr...
Jutro przychodzi ktoś obejrzeć moje mieszkanko, ale nawet jeśli mu się spodoba, to czy uda mi się w krótkim czasie znaleźć coś odpowiedniego dla nas?
Może jeszcze los okaże się łaskawy, karta się odwróci i mieszkanie jednak będzie moje?
Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko modlić się za patronkę ulicy, na której mieszkanie się znajduje (Emilia Hoene).
Z ostatniej chwili: brat wyszukał mi dziewięć ofert, na widok których nie udało mi się łez powstrzymać. Koszmar. Dwie z nich były wręcz takie, iż płakałabym nawet wtedy, gdyby to brat z własnej kieszeni pokrył koszt zakupu.

czwartek, 3 listopada 2016

Ja to dopiero mam wzięcie!

Natyka się razu pewnego moje dziecię na niejakiego Jeremiasza, zwanego przez nas Ogrodnikiem.
Ot, w autobusie, bez możliwości wymigania się od rozmowy.
Pan Jeremiasz, inżynier ogrodnik i architekt krajobrazu w jednym, prowadził kiedyś na dzielni sklep ogrodniczo - nasienny. Swego czasu proponował nawet wakacyjną pracę dziecięciu. Rzecz nie doszła do skutku tyleż z powodu kiepskiej oferty, co i świdrujących oczek pracodawcy in spe.
Dziadyga w typie podlotka, czyli podlatującego. Pod siedemdziesiątkę w rzeczonym przypadku.
- Wiesz, ja to w swoim życiu już trzy żony miałem, a wszystkie bogate - rozmarzył się mężczyzna.
- O! - sentencjonalnie wzdycha moje dziecię, bo i cóż innego można tu powiedzieć. (To by tłumaczyło wypasioną chatę z ogrodem tudzież basenem, myśli sobie w tak zwanym międzyczasie.)
- Ale bez obawy, ja się dobrze pilnowałem żeby z żadną kościelnego ślubu nie brać. Teraz mam czystą kartę i wreszcie mogę żenić się z miłości. A twoja matka to baaaardzo przystojna kobieta - dodaje łypiąc okiem znacząco. Dziecię me zakłopotane, rade jak najszybciej zmienić temat.
- Panie Jeremiaszu, a jak tam ...interes? (Ups!)
Kurtyna.

niedziela, 30 października 2016

Aniela

Starsza pani już od jakiegoś czasu czuje pewien niepokój. Czy aby to wszystko uda się jakoś ogarnąć.
- Wszystkich Świętych za pasem, a tu jeszcze nic nie ustalone - wita nieco nerwowo od progu opiekującą się nią córkę.
- Ależ mamusiu, nic się nie martw, daj mi tylko chwilkę. Powykładam zakupy i przyjdę z notesem - wspólnie ustalimy, co i jak.
- No dobrze, tylko szybko, bo się denerwuję, czy na wszystko nam wystarczy. I tak się zastanawiam, od kogo możemy pożyczyć, gdyby jednak nam nie wystarczyło. Bo to i kwiaty na dwa groby (50 złotych starczy?), znicze (to w Biedronce), no i najważniejsze - wypominki. Księża Sercanie, Sanktuarium w Skępe, Werbiści z Pieniężna - zaczyna wyliczać na jednym oddechu.
- Może od Providenta - rzuca sarkastycznie córka. - Mamo, od nikogo nie potrzebujemy pożyczać, dosyć mamy własnych. No, może tylko rzeczywiście nie stać nas na "futrowanie" Rydzyka.
To oczywiste, że absurdem byłoby zadłużanie się w takim celu - mówi powoli i wyraźnie, nieświadomie lekko podnosząc głos. Po czym się natychmiast mityguje - wszak po udarze matka nie straciła słuchu, to tylko RM nad łóżkiem sączy jej non-stop swój własny przekaz.
- O, tutaj mam przygotowane formularze, trzeba będzie porobić przelewy.
- Lecz wiesz, że za każdy przelew trzeba płacić ekstra - rzuca od niechcenia córka. Może zatem lepiej posłać w jedno, czy dwa miejsca, ale za to większe sumy?
- Tak, tak, wiem, że to kosztuje, ale trzeba wysłać wszystkim, oni odprawiają msze przez cały miesiąc a niektórzy nawet i przez cały rok.
- Skoro tak, to w porządku, chciałam tylko się upewnić.
Wysłać "wszystkim", czyli takim, którzy się zgłosili - przysyłając koperty z przekazem. I tak mamy szczęście, że jest ich tylko pięciu, bo gdyby na ten przykład było ich z piętnastu, mogłoby już nie wystarczyć środków. (Takie myśli pośpiesznie przechodzą przez głowę córce.)
Uporządkowawszy sobie wszystko, kalkuluje, że "ogarnie". Jeszcze tylko dwa kościoły - parafialny i Dominikanów - ale to już nie przekazy, lecz osobiście, w zakrystii.
- Będzie ok, damy radę - uspokaja matkę.
Potem wypisuje imiona zmarłych, porządkuje przekazy, rozkłada pieniądze do przegródek, a następnie idzie do banku zrobić przelewy. Wkłada do kopert dowody wpłat wraz z wypisanymi imionami, nakleja znaczki i do skrzynki wrzuca. Uff, załatwione, mówi do siebie w duchu. Jutro w Biedronce kupię znicze i wkłady, kwiaty może już w sobotę - córeczka zawiezie mnie samochodem. Mąż siostry ofiarował się w tym roku porządkować groby; wszak cały dzień będąc u matki, nawet nie miałaby kiedy tego zrobić.

Następnego dnia poszukując jakiegoś dokumentu córka zauważa skromnie wciśnięte za serwetnik jeszcze trzy wypełnione przekazy. Jeden dla Karmelitanek z Ełku, i dwa dla Radia Maryja - jeden na 20 i drugi na ...100 złotych. Tego było już za wiele, miarka się przebrała.
- Mamo, nie tylko nie musisz ale wręcz nie powinnaś dawać pieniędzy z tego jedynie powodu, że ktoś nalega. Innymi słowy - mówiąc bez ogródek - jest natrętny. W taki sposób cała twoja emerytura odejdzie w siną dal - nie wytrzymuje córka. 
- No tak, pamiętam, jak ksiądz Marek na kolędzie złościł się na ojca Tadeusza, że ten robi pranie mózgu staruszkom. Biedaczki chodzą w zasikanych pampersach, a każdy grosz ładują do jego kieszeni - śmieje się matka.
Nie zatraciła bowiem poczucia humoru, mimo, że udar trochę jej pomieszał szyki.
Wieczorem córka opowiada o tym swojej siostrze. Postanawia, że jeszcze tylko pośle ten ostatni przekaz do Karmelitanek. No i może mniejszą sumę do RM, ale to już na pewno nie w listopadzie - to żadne wypominki nie są. Co się zaś tyczy złotych stu - nie ma takiej opcji. Po moim trupie - mówi - Rydzyk niech się goni.

sobota, 29 października 2016

Dylemat

 (Z cyklu Rozważania na pograniczu)

Jeśli nie jestem w stanie wyartykułować jakiejś prawdy, a w zamian głoszę inną, równie szczerą i ważną, czy to jest kłamstwo?
Jeżeli prawdę o sobie ujawniam w wybranym li tylko obszarze, zakrywając inne, czy to jest nieprawda? Wszak obszar niedopowiedzeń jest kanwą, na której da się stworzyć nieskończenie wiele. A jeśli coś się da, zawsze się to robi.
Może zatem lepiej nic? - wtedy nie ma punktu zaczepienia, nie ma pożywki otwierającej pole wyobraźni.
Mamże odpowiedzialność za cudze inspiracje, czy też jestem w swoich prezentacjach wolna?