Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.


Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.

wtorek, 30 czerwca 2015

Trochę "budyniu" nam nie zaszkodzi

Dziś - całkiem bez okazji - dalszy ciąg czytelniczych rozważań. Konkretnie - o czytaniu blogów.

Aktualnie obserwuję ich jakieś sto pięćdziesiąt. To dla mnie optymalna liczba.
Chociaż nie stronię od szukania dalszych. Wtedy te ciekawsze zastąpią te mniej.
Jeśli pisanie jest naszą pasją, jest nią też i czytanie. Jeżeli chcemy, by czytano nas, musimy czytać
(i komentować) to, co piszą inni. Tak to przecież działa.
Nie każdy pisze codziennie, toteż i nie mam do ogarnięcia zbyt wiele.
A co, jeśli zaczną - wtedy ogłoszę upadłość? Otóż nie, dla mnie to żaden problem.
Wszelako wciąż coś czytać muszę. Zaś wiele blogów ciekawszą jest lekturą, niż niejedna książka.
Dlaczego te, a nie inne blogi w swej czytelni mam?
- lubię je czytać - z różnych powodów, równie dobrze może to być "brukowiec" do śniadania
- lubię ich autorów tudzież quasi kawiarnianą atmosferę, werbalizującą się w komentarzach
- z obu tych powodów łącznie

Nie do końca natomiast wiem, dlaczego jedne blogi czytać lubię, inne zaś nie.
Bardzo chciałabym wiedzieć.
Jak tylko się dowiem, w te pędy obwieszczę. Tudzież uściślę, doprecyzuję.

Teraz chciałabym Was o coś spytać. Bo wzięło mi się i zebrało na wspominki. Sentymentalna się robię, czy co? Przeglądam sobie listę blogów, ot troszkę tak, jak się wyciąga klejnoty ze szkatułki. Ciekawi mnie, czy kogoś interesującego dzięki mnie poznaliście. Bo jeśli chodzi o mnie...
Najpierw poznałam Emkę - na początku było Słowo była Emka...
Następnie odkryłam Klarkę. Odkryłam jest bardzo adekwatnym określeniem, kto zna, ten zresztą wie. Potem już większość według klucza osób z towarzystwa tychże.
Po pewnym czasie - dziwnym trafem dzięki komuś, kogo nie polubiłam wcale - Panterkę. Od razu poznałam się na jej dobrym sercu. To nic, że często-gęsto, nie przebiera w słowach, zwłaszcza pod adresem świątobliwych instytucji. Ja nabrać się nie dałam. U Panterki zaś poznałam Różę i Adama.
U Klarki Antoniego, Olgę i Agnieszkę.
Część osób moją sympatią cieszyło się od początku, do innych przekonałam się nieco później. Tak było na przykład z Rybeńką, która za to obecnie należy do najwyżej szacowanych. Zaś w kategorii Najlepszy Człowiek plasuje się tuż za Judytą.
Niektórych z Was ogromnie lubię. Niektórych "tylko" cenię i szanuję.  Niektórych zaś - jedno i drugie. Czy z którymś z was odczuwam tę szczególną więź? Obawiam się...
To wprost niemożliwe. Bo jestem człowiekiem osobnym. Kto czytał Sto lat samotności Marqueza, ten wie, w czym rzecz. Ja, wieczny outsider. Nigdy zaś inside.
Wszak mało kto mógłby wraz ze mną tę samą rzecz lubić za to samo.
A jeśli będą to dwie równocześnie, trzy, lub więcej rzeczy - z gruntu niemożliwe.
Bo słowa lubić, kochać, czy podobać się, nie znaczą, tak na dobrą sprawę, nic. To puste frazesy jeno.
Dopiero ocena opisowa może jakiś tam, nikły zresztą, obraz dać.

Ciekawi  mnie wielce, czy dzięki mnie udało Wam się poznać kogoś, czyj blog, albo i osoba jest teraz dla Was źródłem cennych inspiracji. Jak też ciekawi mnie, po jakiej ścieżce trafiliście do mnie.

Ze zrozumiałych, mam nadzieję, względów, nie mogę tu wymienić wszystkich tych, którzy mi towarzyszą w odkrywaniu blogowego świata. Wy zresztą wiecie, jako, że w większości znacie się nawzajem i czytacie. Cieszę się, że tu jesteście.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Dlaczego cenię Ninę Wum

À propos poprzedniego posta, dziś planowałam rozwinięcie pewnego (jakże niesłusznie) przez czytaczy mych pomijanego, wątku. Tymczasem jednak zostawmy go - przecież nie zając, to nie ucieknie. Zmiana planów, bo oto na fali Fejsbuczkowych rozważań na wpis trafiłam tak cudowny, że aż nie mogę się nim nie podzielić. Bo mój egoizm, chociaż wielki, tak niebotycznych nie sięga wyżyn. Rzecz dzieje się na jednym z naszych (moim i dziecięcia mego) ulubionych blogów.
Czytając, aż krztusiłam się ze śmiechu - bo to przy śniadaniu było.
Tak się przedziwnie składa, że blog ów zawsze mi poprawia humor.
Co bynajmniej nie oznacza, iż podzielam każdy pogląd Niny.
Z gatunku na ten przykład tych, co to "moja macica..." ot, chociażby. Bo wprawdzie, owszem, moja macica również jeno moja, wszelako odmienne zgoła implikacje płyną dla mnie z tegoż. 
Wracajmy jednak do tematu - to tylko dygresja była.

Obserwuję całe mnóstwo blogów. Nie wszystkie z tych samych powodów.
Cechą wspólną jest iskierka zainteresowania. Dla mnie poznawczość jest pierwszoplanową sprawą.
To nic, że niektóre budzą we mnie sprzeciw, smutek, tudzież uprzedzenie do autorów,
Nieodmiennie za to humor mi poprawia blog wspomnianej Niny.
Dzieje się tak, ponieważ:
- ma pokrewne mojemu, nieco wisielcze, poczucie humoru - to przede wszystkim
- potrafi w taki sposób poprowadzić prezentację, by nie urazić swoich adwersarzy
- ma ten, dość niestety rzadki, dar trafiania w samo sedno i nieobchodzenia tematu
- nie kreuje się na kogoś, kim zasadniczo nie jest

To przecież, póki co, wystarczy.

Internet to akcelerator kultury prymitywnej, mówi mi przy śniadaniu dziecię.

I jeszcze z ostatniej chwili. Ja też użytek zrobiłam z fejsbuczkowej możliwości ...zaprezentowania.
Co prawda  niezupełnie zaprezentowania "się", jeno podzielenia się radością.
Bo oto braciszek mój (tadam!) na prezesa Radia Gdańsk ponownie wybrany przez KRRiT został. Kurtyna.
I jeszcze Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, się okazało. Ja p(...).

piątek, 26 czerwca 2015

Nasza Twarzoksiążka - refleksje po czterech latach przynależności

Swoją znajomość z Twarzoksiążką  rozpoczynałam ponad cztery lata temu. Wszystko wtedy było dla mnie nowe, w kategoriach przygody jawiąc się nieledwie. Codziennie poznawałam różnorakie funkcje, testując nieznane mi ustawienia. Wciąż coś się działo, co rusz na horyzoncie nowy pojawiał się "znajomy" - do zaszczytnego grona starszych mych znajomych dołączając.
Ach, te wspaniałe newsy - swobodne wytwory nieskrępowanej myśli Fejsbukowicza.
Dzisiaj, już z perspektywy czasu, stwierdzam, że ...powiewa nudą.
Wciąż jednak nie brakuje takich, którzy chcą dołączyć do Fejsbuka teraz. Pewnie traktują go, jak komunikator, czy też okazję do promocji jakiejś. 
Czy nadal płynie stąd pożytek dla mnie? Co my tu mamy...
- Już od wczesnego rana miłościwie nam królują różnorakie przepychanki. To ten specyficzny rodzaj quasi-inteligentnej, średnio zakamuflowanej, politycznej propagandy. Tudzież propagandy sukcesu.
- Odkrywcze, po wielekroć odgrzewane w różnych odmianach i konfiguracjach pseudofilozoficzne sentencje.
- Apel o wsparcie dla rozlicznych odmian ludzkiej biedy.
Spam płynie wartką rzeką, tworząc jeziorka i ustronne rozlewiska. Każdy chce mieć swoje pięć minut.
Ja też swego czasu chciałam.
Dzięki smartfonom stale jesteśmy obecni. Nawet, jeśli mentalnie znajdujemy się gdzie indziej.
Nie raz (i nie dwa) chciałam się ewakuować - znudzona i zmęczona tą nieustającą gotowością.
Pustą i bezsensowną, niewiele do sprawy wnoszącą.
Lecz nadal tkwię w machinie - z uwagi na zawarte, bądź też odnowione, znajomości.
Na Fejsbuku melduję się rutynowo jeden raz w ciągu dnia, potem już tylko w razie potrzeby.
Ot, zdarza mi się czasem pogawędzić z bliską koleżanką. To mi wystarczy.
Nie przewijam strony, by zobaczyć, co tam ciekawego u "przyjaciół". Tak, tak, cudzysłów ten nieprzypadkowo spod mej klawiatury wyszedł. Na dobrą sprawę to i ciekawe również winno pozostawać w cudzysłowie. Bo też po prawdzie niezbyt wiele tego "ciekawego". (Taka mała dygresja.)

Tak się szczęśliwie składa, że wszyscy ci, z którymi znajomość na Fejsbuku reaktywowałam, okazali się bez zarzutu pod względem obycia i kultury. Nie ma w ich gronie takich, za których musiałabym wstydzić przed innymi znajomymi. Wiecie, co mam na myśli - wszystkie te żenujące swym poziomem fotki i filmiki, które dosłownie okupują sieć.

Jednak nie wszyscy mogą spać spokojnie. Prawdopodobnie nie ma takiej możliwości pewien Jasio. (Nie jest to wprawdzie jego imię, lecz na potrzeby tego posta proponuję nazwać go Iksińskim Jasiem.)
To, co tutaj insynuuję, mogło mu się przydarzyć, lecz jak było naprawdę, wie tylko on sam, a i to niekoniecznie. Spróbujmy sobie teraz wyobrazić samych siebie w sytuacji, która hipotetycznie mogła być udziałem rzeczonego Jasia.
Załóżmy, że ktoś, kogo znamy z czasów dawnych, nagle okazuje się totalnie nam nie dotrzymywać kroku. Odstawać od poziomu, drastycznie porażać brakiem kultury i obycia. Że już o poziomie intelektu wzmiankować nie będę. Dotyczy to również przyjaciół z dzieciństwa, nawet tych, z którymi rozstaliśmy się nieledwie wczoraj. Może się to wiązać ze zmianą środowiska, wyjazdem na studia, czy też pracą za granicą. Podróże kształcą - mądre to powiedzenie dla niejednego z nas może okazać się kluczowe. Przyjeżdżamy sobie w rodzinne strony, kolejny już urlop zamierzając spędzić w kraju. Chcemy uczcić to z kolegami - tu zaś czeka nas rozczarowanie. Bo chociaż widzieliśmy się z nimi nie dalej, niż przed rokiem, dopiero teraz dociera do nas jakaś smutna prawda o nich. Owszem, siłą bezwładu mamy jeszcze do nich sentyment i sympatię. Te hektolitry wspólnie wypitego piwa, wszystkie na żywo obejrzane mecze, no i koncerty na stadionach. Pomimo to zaczyna docierać do nas, że - siłą rzeczy - daleko w tyle ich zostawiliśmy. Ten urok już nie działa. Wydają nam się jacyś tacy zaściankowi, wulgarni tudzież dosyć nudni z tym swoim ciągłym powtarzaniem "k****".
W którymś momencie robi nam się wstyd na samą myśl, że ktoś mógłby uwiecznić te nasze wygłupy.
Oczyma duszy już widzimy nowych swych znajomych z pracy bądź ze studiów w roli widzów.
To by dopiero była obsuwa. Bo przecież nigdy nie połączylibyśmy w tym samym towarzystwie jednych i drugich. Jeszcze czujemy się z tym nieswojo, to nasi starzy kumple z którymi od dziecka rządziliśmy na dzielni. Tacy, co to z nimi beczkę soli... Lecz życie jakoś to ureguluje. Za parę dni kończy nam się urlop i powracamy do swojego obecnego życia. Którego już nie zamienilibyśmy na to swoje dawne. To nic, że będziemy tęsknić i w sercu trochę będzie nas uwierać. Nie da się drugi raz wejść do tej samej rzeki.

I wszystko wróciłoby do normalności, gdyby nie ...Fejsbuczek, bingo!
Bo jak tu nie "polubić" tego wzruszającego bełkotu dawnego kumpla, popartego jeszcze odpowiednią fotką. Zwłaszcza, gdy sami (a to pech!) znaleźliśmy się na niej.
A wyglądamy se jak panisko, jak hrabia jakiś, nieledwie Ojciec Chrzestny.
Bo to i boczki na wikcie obfitym urosły, ubiór "stosowny" i fryzurę wymodziliśmy też.

Co będzie, jeśli rzeczone corpus delicti całkiem przypadkiem w oko wpadnie komuś z naszego nowego otoczenia. Ot, przyuważy to któraś z tych ślicznych, wykształconych dziewczyn, co to ich niedawno całe tabuny w poczet "znajomych" przyjęliśmy. Czy też kolega z nowej pracy, albo i kierownik magazynu, chociaż taki z niego luzak. A już nie daj Boże, pani Jola z dziekanatu.
Mogliby to zaaprobować? Nie sądzę, oj, nie sądzę.

czwartek, 25 czerwca 2015

Wisielczy humorek nie zawsze popłaca

W poprzednim poście nie planowałam skupiać się na tym skądinąd ważnym zagadnieniu, jakim jest  poczucie własnej wartości. Chodziło mi raczej o wyartykułowanie dystansu do własnej osoby. I to w kontekście dowcipkowania sobie z problemów. Takiego trochę wstydliwego kwitowania uśmieszkiem tego, co boli. Ot, żeby innym nastroju nie psuć. "Bo co tam dla nich moje sprawy znaczą".
Prawdę napisawszy, niewiele się pomyliłam.
Swego czasu pisałam o mojej chorobie. Tak trochę półgębkiem, nie chcąc wywoływać wilka z lasu.
Jak to mam w zwyczaju, trochę sobie pożartowałam, wisielczym swym humorkiem czytaczy miłych zabawiając. Toteż i nikt nie potraktował tego poważnie. Czy właśnie o to na dobrą sprawę mi chodziło? Bo może miał to być jakiś rodzaj zaklinania rzeczywistości.
Jeśli wystarczająco się od choróbska zdystansuję, może się znudzi i pójdzie precz.
Nie poszła.
Czy (i na ile) choroba zniszczyć może człowiekowi radość życia.
Na ile świadomość postępującej dysfunkcji zatruć potrafi potencjalne przyjemności.
Odebrać leitmotiv, działanie pozbawić ważkości.

Otóż może. Totalnie i dogłębnie. Pytanie tylko, czy nieodwracalnie.

środa, 24 czerwca 2015

O "rżnięciu głupa" i stawianiu na piedestale tegoż

Dystans do siebie, w połączeniu z autoironią, jest najczęściej chyba wysławianą cechą ludzką.
Ten punkt widzenia za swój przyjęłam, dworując sobie z siebie na całego.
Jako i żarty sobie strojąc, drocząc się na potęgę, tudzież zwyczajnie się nabijając.
Tymczasem poranna rozmowa z moim dzieckiem* uzmysłowiła mi, że jestem w błędzie.
Bo, owszem, jeśli tak wyjść z siebie i stanąć obok, żadna to sztuka sobie pożartować. To prawie tak, jakbyśmy śmiali się z kogoś innego. Tę przecież umiejętność opanowaną mamy do perfekcji.
Spróbujcie jednak zrobić to samemu sobie. To żadną miarą nie uchodzi.
To przecież brak szacunku do samego siebie, wręcz odzieranie się z godności.
Bo tak naprawdę to największą sztuką jest mówienie wprost.
Nie żadna tam konfabulacja ani upiększanie.
Jak też nie błaznowanie, czy dawanie sobie, zwykle na pokaz zresztą, prztyczków w nos.
Jedynie szczera, prawdziwie autentyczna, w swej prostocie piękna, prezentacja siebie.
Cóż stąd, że przy okazji również i własnego niedostatku, biedy, braku.
Jeśli nie umiem czegoś - czy to naprawdę jest do wstydu powód?
Czy muszę wtedy kamuflować swoje braki, albo krygować się i drwić (z siebie bądź z takiego, który "umie")? Mogę się bez uszczerbku na honorze do swej niewiedzy, braku, czy słabości, przyznać?
Niestety, nie?
Otóż tak - właśnie że mogę!

Skoro ośmieszanie innych uznajemy za oburzające, nie róbmy tego też samemu sobie.
Gdy okażemy szacunek sobie, inni okażą nam go również.
Jeżeli zaś o wstydzie mowa, to - pomna słów** pewnego kolegi - uprawiam trening miedzianego czoła.

__________
* Tak, wiem, że się powtarzam, lecz będę robić to do upadłego: dziecię me najmędrszym człekiem na tym świecie. Ament!
** Wstyd to kraść i z d(...) spaść.