Dziś, rzutem na taśmę, następna historyjka z cyklu Rodzinne anegdoty.
Moja córeczka Basia lubiła wielce, gdy ktoś nazywał ją aniołkiem.
Lubiła od zawsze. Niczym rasowy paw dumna z tegoż była.
Zresztą, nie było w sąsiedztwie osoby, która by za takowego jej nie
uznawała.
Bo dobre miała serduszko, czułe na zwierzęcą a nawet i ludzką, krzywdę i
niesprawiedliwość.
Tak też do dziś pozostało, choć spod tych złotych włosków często niesforne wyzierają rożki.
Zdarzyło się jej swego czasu ostro pokłócić z narzeczonym. Ciocia, pod której dachem
akurat gościliśmy, przybiegła zaaferowana głośnymi jej wyrzekaniami.
- Ma dziewczyna "charakterek" - skonstatowała z mieszaniną zdziwienia i uznania.
- Ja, charakterek?!
- Owszem, taki władczy.
Basia uderzyła w płacz. Ona, aniołek - i ma być despotką?!
Ciocia,
chcąc ją pocieszyć, stwierdziła, że to przecież dobrze, z facetami czasem trzeba ostro, więc ten jej charakterek całkiem jest do rzeczy.
Basia zapłakała jeszcze głośniej.
Ciocia, już nie wiedząc, jakich argumentów użyć, opowiada o niedawno przeczytanej książce.
"Dlaczego mężczyźni kochają zołzy".
Teraz już nieszczęsna rozełkała się na dobre.
Trzeba ją było utulać, zapewniając po tysiąckroć, że w żadnym wypadku terrorystką nie jest.
Zaś najgorliwiej zapewniać musiał ten jej nieszczęsny, sterroryzowany przed chwileczką, narzeczony.
I tak już mniej więcej zostało do dzisiaj.
Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.
Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.
Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.
piątek, 10 lipca 2015
czwartek, 9 lipca 2015
Kto jest winny tej śmierci
Niedawno temu wstrząsnęła nami wieść o samobójstwie czternastoletniego Dominika.
To już kolejna śmierć spod znaku zastraszania i nietolerancji.
Gdzie była szkoła, gdzie był w tym Kościół, zaś przede wszystkim - gdzie byliśmy my.
Tak, właśnie my. Ja, Ty, on, ona, tudzież cała masa "onych".
Nasza blogowa koleżanka, znana wielu z nas Panterka, napisała o tym post.
Poprzednio pisała też o tym Nietypowa Matka Polka.
Nietrudno się domyślić, jak wielkie gromy padały tam na Kościół.
W tym miejscu zwyczajowo następuje obrona. Taka rutynowa, żeby nie wrzucać do jednego wora.
Że w każdym środowisku dobrzy są i źli. Jakbyśmy w szczerej swej naiwności o tym nie wiedzieli.
Już my tę retorykę aż za dobrze znamy. Lecz mimo, iż w takich razach powtarzana jest jak mantra, to skompromitowała się do cna.
Teraz chciałabym odnieść się do niej merytorycznie.
Większość krytyków twierdzi, że młodzi ludzie właśnie z Kościoła wynoszą tę nienawiść tudzież skłonność do tępienia "innych". Czy tak w istocie jest?
W kościele, do którego ja uczęszczam nie ma takich implikacji.
Wszak gdyby takowe były, mnie już by tam nie było. Proste.
Lecz dobrze zdaję sobie sprawę, że dominikanów nie ma w każdym mieście.
To jednak tylko dygresja jest, bo zasadniczo problem, jak na dłoni, widzę inny.
Nie sądzę, by młodzi ludzie z kościoła wynieśli swą nienawiść i nietolerancję.
Głównie zresztą dlatego, że stamtąd już nie za bardzo jest co wynieść.
Ci, którzy to suponują, stanowczo przeceniają tę rolę w kształtowaniu umysłów "młodych".
Młodzież tego pokroju nie przejmuje się kościelnymi naukami, na bierzmowaniu kończąc swą znajomość z nim.
Nie przypisywałabym kościołowi tak wielkiego wpływu. Prędzej już prymitywnej kulturze masowej.
Poza tym, w swym obecnym kształcie kościół nie ma już żadnej siły oddziaływania. I to na kogokolwiek. Jego moralny autorytet praktycznie jest zerowy.
Stąd właśnie pęd do polityki; albo przeciwnie, z pędu owego płynie totalne osłabienie działań.
Nic nie pomoże obrona żałosna - nie warto bronić straconej sprawy.
Co my tu zatem w naszym pięknym kraju mamy.
Lewicę, która de facto żadną lewicą nie jest.
Skrajną prawicę, która z uporem ciemnogród lansuje.
Arogancki, pełen pogardy dla szarego człowieka, liberalizm.
Kościół, który z definicji winien być lewicą, a jest prawicą.
I który swoje zaangażowanie lokuje głównie w działaniach politycznych, miast wspierać wiernych w zgodzie z duchem Ewangelii.
Idę o zakład, że rodzice owych małych prześladowców Dominika z kościoła nie wynieśli nic konstruktywnego. Kultura masowa, zwłaszcza sformatowana internetowo, w połączeniu z subkulturą rówieśniczą tworzy mieszankę wybuchową. W pozytywnym znaczeniu Kościół nie jest w stanie przekazać tym młodym ludziom godziwego wzorca.
Dopiero w takim rozumieniu oddaję sprawiedliwość całej tej rzeszy krytyków.
Bo tam, gdzie nie ma dobra, otwiera się pole dla zła. Przestrzeń mentalna nie znosi pustki.
Wszak właśnie z kościoła płynąć miała ta duchowa siła, co nie daje szansy nienawiści i nietolerancji.
Tchnęła zaś jedynie pustka.
Nie wolno nam szerzyć nienawiści do nikogo, w tym i do Kościoła również.
Agresja rodzi agresję. Atakowany broni się jeszcze zacieklej. Tym samym atak jest nieskuteczny.
By mógł rozpoznać, że jest w błędzie, potrzebna mu atmosfera zrozumienia.
Kościół, to również my. I wszyscy mamy jakąś cząstkową winę.
Ja, Ty, on, ona, tudzież cała masa "onych".
Społeczność to jeden organizm, system naczyń połączonych.
(Że znów przytoczę ten swój ulubiony zwrot.)
Trzeba nam wielkiej przemiany, wielkiej empatii, bezmiaru dobra.
Bo tak, jak teraz jest, całkiem ch***** jest.
__________
Nieprzypadkowo raz pisałam z wielkiej, innym zaś razem z litery małej.
"Kościół" bowiem oznacza instytucję, a "kościół" to konkretny obiekt sakralny.
To już kolejna śmierć spod znaku zastraszania i nietolerancji.
Gdzie była szkoła, gdzie był w tym Kościół, zaś przede wszystkim - gdzie byliśmy my.
Tak, właśnie my. Ja, Ty, on, ona, tudzież cała masa "onych".
Nasza blogowa koleżanka, znana wielu z nas Panterka, napisała o tym post.
Poprzednio pisała też o tym Nietypowa Matka Polka.
Nietrudno się domyślić, jak wielkie gromy padały tam na Kościół.
W tym miejscu zwyczajowo następuje obrona. Taka rutynowa, żeby nie wrzucać do jednego wora.
Że w każdym środowisku dobrzy są i źli. Jakbyśmy w szczerej swej naiwności o tym nie wiedzieli.
Już my tę retorykę aż za dobrze znamy. Lecz mimo, iż w takich razach powtarzana jest jak mantra, to skompromitowała się do cna.
Teraz chciałabym odnieść się do niej merytorycznie.
Większość krytyków twierdzi, że młodzi ludzie właśnie z Kościoła wynoszą tę nienawiść tudzież skłonność do tępienia "innych". Czy tak w istocie jest?
W kościele, do którego ja uczęszczam nie ma takich implikacji.
Wszak gdyby takowe były, mnie już by tam nie było. Proste.
Lecz dobrze zdaję sobie sprawę, że dominikanów nie ma w każdym mieście.
To jednak tylko dygresja jest, bo zasadniczo problem, jak na dłoni, widzę inny.
Nie sądzę, by młodzi ludzie z kościoła wynieśli swą nienawiść i nietolerancję.
Głównie zresztą dlatego, że stamtąd już nie za bardzo jest co wynieść.
Ci, którzy to suponują, stanowczo przeceniają tę rolę w kształtowaniu umysłów "młodych".
Młodzież tego pokroju nie przejmuje się kościelnymi naukami, na bierzmowaniu kończąc swą znajomość z nim.
Nie przypisywałabym kościołowi tak wielkiego wpływu. Prędzej już prymitywnej kulturze masowej.
Poza tym, w swym obecnym kształcie kościół nie ma już żadnej siły oddziaływania. I to na kogokolwiek. Jego moralny autorytet praktycznie jest zerowy.
Stąd właśnie pęd do polityki; albo przeciwnie, z pędu owego płynie totalne osłabienie działań.
Nic nie pomoże obrona żałosna - nie warto bronić straconej sprawy.
Co my tu zatem w naszym pięknym kraju mamy.
Lewicę, która de facto żadną lewicą nie jest.
Skrajną prawicę, która z uporem ciemnogród lansuje.
Arogancki, pełen pogardy dla szarego człowieka, liberalizm.
Kościół, który z definicji winien być lewicą, a jest prawicą.
I który swoje zaangażowanie lokuje głównie w działaniach politycznych, miast wspierać wiernych w zgodzie z duchem Ewangelii.
Idę o zakład, że rodzice owych małych prześladowców Dominika z kościoła nie wynieśli nic konstruktywnego. Kultura masowa, zwłaszcza sformatowana internetowo, w połączeniu z subkulturą rówieśniczą tworzy mieszankę wybuchową. W pozytywnym znaczeniu Kościół nie jest w stanie przekazać tym młodym ludziom godziwego wzorca.
Dopiero w takim rozumieniu oddaję sprawiedliwość całej tej rzeszy krytyków.
Bo tam, gdzie nie ma dobra, otwiera się pole dla zła. Przestrzeń mentalna nie znosi pustki.
Wszak właśnie z kościoła płynąć miała ta duchowa siła, co nie daje szansy nienawiści i nietolerancji.
Tchnęła zaś jedynie pustka.
Nie wolno nam szerzyć nienawiści do nikogo, w tym i do Kościoła również.
Agresja rodzi agresję. Atakowany broni się jeszcze zacieklej. Tym samym atak jest nieskuteczny.
By mógł rozpoznać, że jest w błędzie, potrzebna mu atmosfera zrozumienia.
Kościół, to również my. I wszyscy mamy jakąś cząstkową winę.
Ja, Ty, on, ona, tudzież cała masa "onych".
Społeczność to jeden organizm, system naczyń połączonych.
(Że znów przytoczę ten swój ulubiony zwrot.)
Trzeba nam wielkiej przemiany, wielkiej empatii, bezmiaru dobra.
Bo tak, jak teraz jest, całkiem ch***** jest.
__________
Nieprzypadkowo raz pisałam z wielkiej, innym zaś razem z litery małej.
"Kościół" bowiem oznacza instytucję, a "kościół" to konkretny obiekt sakralny.
środa, 8 lipca 2015
W przerwie na kawę
Dzisiejszy, wakacyjny, post u Rybeńki zainspirował mnie do wyartykułowania tej pogodnej, nieskomplikowanej historyjki. Epizodu właściwie. Jest to przerywnik podczas pisania tekstu cięższego kalibru, takiego dość kontrowersyjnego w swojej wymowie.
Z cyklu: Rodzinne anegdoty
Rzecz działa się dobre kilkanaście lat temu. Czteroletni Mateuszek, syn koleżanki z dzieciństwa, odwiedził moich rodziców wraz z mamą i babcią. Aby podzielić się wrażeniami z ostatniej podróży do Grecji. Tata chłopca jest bowiem rodowitym Grekiem.
- Jak ci się podobało w Grecji, Mateuszku - spytała moja mama.
- Czy ja wiem, trochę za dużo kamieni. Właściwie to same tylko kamienie i kamienie.
Miał zapewne na myśli wszystkie te zabytkowe ruiny.
Następnie poprosił mojego tatę, by ten na chwilkę wyszedł z nim do drugiego pokoju. Chciałby mu bowiem coś ważnego powiedzieć.
- Panie Kaziu, ja panu radzę, niech pan nigdy, ale to nigdy, do tej Grecji nie jedzie.
- Dlaczegóż to, Mateuszku?
- Bo oni, ci Grecy, to baaaardzo dziwni ludzie.
- Tak? Co też ty mówisz - zaciekawił się mój tata.
- A tak, bo oni tam, w tej całej Grecji, w ogóle po polsku nie potrafią mówić!
Dziś Mateuszek jest już zupełnie dużym Mateuszem, lecz my nie omieszkamy mu dobrotliwie dogryzać. Przypominając mu tę jego sympatyczną komitywę z moim, dziś już nieżyjącym, tatą.
__________
Poprawka w tekście. Chodziło nie o Karolka, lecz o jego starszego braciszka, Mateuszka.
Z cyklu: Rodzinne anegdoty
Rzecz działa się dobre kilkanaście lat temu. Czteroletni Mateuszek, syn koleżanki z dzieciństwa, odwiedził moich rodziców wraz z mamą i babcią. Aby podzielić się wrażeniami z ostatniej podróży do Grecji. Tata chłopca jest bowiem rodowitym Grekiem.
- Jak ci się podobało w Grecji, Mateuszku - spytała moja mama.
- Czy ja wiem, trochę za dużo kamieni. Właściwie to same tylko kamienie i kamienie.
Miał zapewne na myśli wszystkie te zabytkowe ruiny.
Następnie poprosił mojego tatę, by ten na chwilkę wyszedł z nim do drugiego pokoju. Chciałby mu bowiem coś ważnego powiedzieć.
- Panie Kaziu, ja panu radzę, niech pan nigdy, ale to nigdy, do tej Grecji nie jedzie.
- Dlaczegóż to, Mateuszku?
- Bo oni, ci Grecy, to baaaardzo dziwni ludzie.
- Tak? Co też ty mówisz - zaciekawił się mój tata.
- A tak, bo oni tam, w tej całej Grecji, w ogóle po polsku nie potrafią mówić!
Dziś Mateuszek jest już zupełnie dużym Mateuszem, lecz my nie omieszkamy mu dobrotliwie dogryzać. Przypominając mu tę jego sympatyczną komitywę z moim, dziś już nieżyjącym, tatą.
__________
Poprawka w tekście. Chodziło nie o Karolka, lecz o jego starszego braciszka, Mateuszka.
poniedziałek, 6 lipca 2015
Tak zwane kompleksy
Dzisiaj, uprzedzam, zebrało mi się na wywody bardzo osobiste.
Jeśli ta "wiwisekcja" będzie przyczyną czyjegoś zakłopotania, to i cóż - takie jest życie.
Czytając wywiad z Urszulą Dudziak (nie, nie ten najnowszy, jeno taki, do którego jest bezpłatny dostęp) nie mogłam uniknąć refleksji. Niektóre były z takich, które przez głowę tylko mi przelatywały, inne zaś z tych, co to zapadają w pamięć, serce, myśli.
Znakomita artystka, niebanalna osobowość, fascynująca kobieta,
Nie bądźmy jednak naiwni. Na ten, owszem, fantastyczny, wygląd artystki pracuje cały sztab ludzi.
Lekarzy (ach, te hormony), chirurgów plastycznych, stylistów. Czyli, krótko mówiąc ...pieniądze.
Nie, nie chcę tu wchodzić w rolę malkontentki - to tak dla jasności tylko.
Na koniec padło pytanie. Czy kompleksy są potrzebne - niechby i jako motor rozwoju.
Odpowiedź może cokolwiek zadziwić.
Oczywiście, że tak! Są konieczne. Ale tylko po to, by je pokonać!
W potocznym rozumieniu tak zwane kompleksy oznaczają wstydliwe tematy związane z ekspozycją społeczną, cechami wyglądu bądź charakteru, poruszenie których wywołuje u danej jednostki lęk, wstyd, czy też niepokój.
Lepiej ich nie mieć, ale jeśli już je mamy... Czy mogą być siłą sprawczą, motorem naszego sukcesu?
Ależ tak, mogą. Jeżeli w twórczy sposób przekujemy braki na tę siłę napędową, może ona stać się "krwiobiegiem zastępczym", pomagając okrężną drogą obchodzić to, co zdaje się na pozór nie do przejścia. Jeśli czegoś nie możemy siłą, bierzmy to sposobem - tak pokrótce można by to streścić.
Czy i ja również mam kompleksy? Otóż nie sądzę.
Bo jeśli nawet mam świadomość pewnych braków, trzeba koniecznie je tak określić?
Nie mam na przykład złudzeń odnośnie swej urody.
Takowej nie posiadam i od dość dawna zdaję sobie z tego sprawę.
To nie jest kompleks, a stwierdzenie faktu.
Czy stąd wynika, że mam się za osobę gorszą? Otóż spokojnie, wartość swoją doskonale znam.
Tudzież świadoma jestem swych niepodważalnych zalet.
Przecież nie łudźmy się, z racji urody i tak mniej atrakcyjną kobietą jestem.
To empirycznie potwierdzony fakt. Tyleż bezsporny, co nieubłagany. Amen.
Bo wprawdzie mózg najseksowniejszą częścią ciała, tyle, że...męskiego jeno.
Z tym trzeba się nauczyć żyć.
Mnie się, jak dotąd, nie udało.
Nie tracę nadziei, że jest na to sposób.
Sęk w tym - jestem tego niemal pewna - że takowy nie istnieje.
Wszelako to asekuracyjne słówko "niemal"...
Jeśli ta "wiwisekcja" będzie przyczyną czyjegoś zakłopotania, to i cóż - takie jest życie.
Czytając wywiad z Urszulą Dudziak (nie, nie ten najnowszy, jeno taki, do którego jest bezpłatny dostęp) nie mogłam uniknąć refleksji. Niektóre były z takich, które przez głowę tylko mi przelatywały, inne zaś z tych, co to zapadają w pamięć, serce, myśli.
Znakomita artystka, niebanalna osobowość, fascynująca kobieta,
Nie bądźmy jednak naiwni. Na ten, owszem, fantastyczny, wygląd artystki pracuje cały sztab ludzi.
Lekarzy (ach, te hormony), chirurgów plastycznych, stylistów. Czyli, krótko mówiąc ...pieniądze.
Nie, nie chcę tu wchodzić w rolę malkontentki - to tak dla jasności tylko.
Na koniec padło pytanie. Czy kompleksy są potrzebne - niechby i jako motor rozwoju.
Odpowiedź może cokolwiek zadziwić.
Oczywiście, że tak! Są konieczne. Ale tylko po to, by je pokonać!
W potocznym rozumieniu tak zwane kompleksy oznaczają wstydliwe tematy związane z ekspozycją społeczną, cechami wyglądu bądź charakteru, poruszenie których wywołuje u danej jednostki lęk, wstyd, czy też niepokój.
Lepiej ich nie mieć, ale jeśli już je mamy... Czy mogą być siłą sprawczą, motorem naszego sukcesu?
Ależ tak, mogą. Jeżeli w twórczy sposób przekujemy braki na tę siłę napędową, może ona stać się "krwiobiegiem zastępczym", pomagając okrężną drogą obchodzić to, co zdaje się na pozór nie do przejścia. Jeśli czegoś nie możemy siłą, bierzmy to sposobem - tak pokrótce można by to streścić.
Czy i ja również mam kompleksy? Otóż nie sądzę.
Bo jeśli nawet mam świadomość pewnych braków, trzeba koniecznie je tak określić?
Nie mam na przykład złudzeń odnośnie swej urody.
Takowej nie posiadam i od dość dawna zdaję sobie z tego sprawę.
To nie jest kompleks, a stwierdzenie faktu.
Czy stąd wynika, że mam się za osobę gorszą? Otóż spokojnie, wartość swoją doskonale znam.
Tudzież świadoma jestem swych niepodważalnych zalet.
Przecież nie łudźmy się, z racji urody i tak mniej atrakcyjną kobietą jestem.
To empirycznie potwierdzony fakt. Tyleż bezsporny, co nieubłagany. Amen.
Bo wprawdzie mózg najseksowniejszą częścią ciała, tyle, że...męskiego jeno.
Z tym trzeba się nauczyć żyć.
Mnie się, jak dotąd, nie udało.
Nie tracę nadziei, że jest na to sposób.
Sęk w tym - jestem tego niemal pewna - że takowy nie istnieje.
Wszelako to asekuracyjne słówko "niemal"...
środa, 1 lipca 2015
Czy one są gorsze? (1)
Zamierzam przyjrzeć się pewnym reliktom dulszczyzny w naszym powszednim, tak zdawałoby się, nowoczesnym, życiu. Dziś pierwszy z trzech przykładów takiego niekonsekwentnego podejścia do rzeczywistości.
Zagorzałych wielbicieli tyleż zgrabnych, co przewidywalnych, dykteryjek z morałem mogę jednak cokolwiek rozczarować. Zresztą, po takowe najlepiej sięgnąć do kolorowej prasy tygodniowej.
Bo tutaj to tylko prywata. I jeszcze prywatą pogania.
Dziesięcioletnia Zuzia wielką miłością darzy swoją siostrzyczkę, ośmiomiesięczną Darię.
Gdyby tylko mogła, spędzałaby przy niej każdą wolną chwilę. Uwielbia się z nią bawić, wozić przed blokiem w wózeczku, potrafi nawet, w razie pilnej potrzeby, zmienić jej pieluszkę. Joanna, mama dziewczynek, cieszy się, że ma tak pomocną córeczkę. Choć w żadnym razie nie nadużywa tego. Ostatnio jednak pomoc Zuzi stała się nieoceniona, ponieważ aktualnie Joanna przygotowuje się do obrony pracy magisterskiej. Tata, kiedy akurat nie jest w pracy, bierze dziewczynki na spacer, by w domu było choć trochę - tak cennego w tych okolicznościach - spokoju. Ponadto nie chce, by Zuzia była nadmiernie przeciążona obowiązkami.
Dziewczynka jest bardzo pogodna, uczynna, koleżeńska, Ma kochających rodziców, troskliwych dziadków, sympatyczne ciocie tudzież kuzynostwo. Ma też przyjaciółkę oraz mnóstwo koleżanek.
A jednak trudno byłoby uznać jej życie za beztroskie.
Ostatnio głębokim cieniem kładzie się na nim pewna sprawa. Sądowa sprawa.
Właściwie jej dziecięcy świat załamał się już jakieś cztery lata temu.
Bo oto nagle okazało się, że jej rodzice dłużej nie chcą już ze sobą żyć. Mama już nie kocha taty i w trybie pilnym chce od niego odejść. Dla małej Zuzi był to prawdziwy szok. No, bo jak to, tak po prostu odejść. Co będzie z nią, z jej własnym pokoikiem, ulubionymi zabawkami.
Mieszkanie trzeba przecież sprzedać, by spłacić pozostały kredyt. Potem wynająć byle jaki kąt.
Marcin ze zrozumieniem, aczkolwiek z wielkim bólem, przyjął tę decyzję żony. Gdy wszelkie negocjacje spaliły na panewce i stało się jasne, że podjętej decyzji już nie zmieni, on starał się znaleźć optymalne logistycznie rozwiązanie dla nich. Tyle tylko był zresztą w stanie zrobić.
Wykazał się wielką szlachetnością, biorąc na siebie większość ich wszystkich zobowiązań. Tak, aby tylko Zuzi żadnego z dóbr materialnych nie zabrakło.
Sprawa ciągnęła się i ciągnęła - w dzisiejszych czasach niełatwo znaleźć na mieszkanie kupca.
Już, już, dziewczynka pewnej nadziei nabierać zaczynała, na zewnątrz wszak rodzice tworzyli bardzo zgrany, przyjacielski duet. Organizowali spontaniczne wypady za miasto i do przyjaciół, a nawet wspólne wczasy. Czy to jedynie pozory? Otóż nie. Bowiem tak jasne postawienie sprawy spowodowało oczyszczenie atmosfery. Skończyły się kłótnie tudzież ciche dni. Nikt nie kwestionował już prawa Joanny do własnego życia, w tej zaś sytuacji spokojnie mogła zgodzić się na przeczekanie. Tymczasem, niczym grom z jasnego nieba, spłynęła na wszystkich wieść, iż kobieta spodziewa się drugiego dziecka.
W tym miejscu czytelnikom należy się małe uściślenie.
Joanna od roku związana była z mężczyzną, poznanym - jak to się pospolicie odbywa - w pracy.
I to on właśnie był tym "szczęśliwym" ojcem mającego przyjść na świat potomka.
Długo by opowiadać, jak przez ten czas - aż do dnia dzisiejszego - miały się ich sprawy.
Dość, że rodzina trzyma się nadal razem. Coś jednak się zmieniło, Marcin nie zamieszkuje już z nimi. Przeprowadził się do mieszkania po swojej zmarłej babci. On, który - z braku chęci ku temu ze strony biologicznego ojca - asystował przy porodzie Darii, traktuje dziecko jak własne. Zajmuje się nim dość często, zwłaszcza, gdy matka jest na zajęciach bądź uczy się do egzaminów. Dojeżdża do nich w każdej wolnej chwili, czy raczej - rzec by należało - na każde zawołanie. Jest przy nich zawsze, kiedy jest potrzebny którejkolwiek z nich.
W czym rzecz, można by w tym miejscu spytać.
Zuzia z obawą przyjęła do wiadomości fakt, iż niedługo ma się odbyć sprawa w sądzie. Trzeba wszak uregulować kwestię nazwiska Darii. Bowiem nie od dziś wiadomo, że tych rzeczy nie da się na dłuższą metę ukryć. Prędzej, czy później wychodzą na jaw, czasami w bardzo niemiłych okolicznościach.
Zdecydowano się więc założyć sprawę o zaprzeczenie ojcostwa - względy rzetelności i inne takie.
Ustalono, że Daria nosić będzie nazwisko biologicznego ojca.
Teraz wreszcie dochodzimy do tego, do czego tą okrężną drogą niespiesznie tu zmierzam.
Cała ta sprawa stanowi źródło ogromnych rozterek małej Zuzi. Ona by przecież chciała mieć taką prawdziwą siostrę, nie jakąś tam przyszywaną, przyrodnią, o innym, niż reszta, nazwisku.
Co więcej, w szczerej rozmowie wyszło na jaw, że ona wręcz się przed koleżankami wstydzi, krępując im się do tego przyznać.
W czym niby gorsza ma być rodzina, w której jedno bądź wszystkie dzieci inne nazwiska noszą.
Rozumiem ten ogrom żalu dziecka, że rodzice się rozchodzą, że rozbiciu ulega całość rodziny.
Lecz ...wstyd? Skąd taki pomysł, pozwólcie, że spytam.
Zuzia wstydzi się przed koleżankami, zaś one zostały tym myśleniem "zainfekowane" przez rodziców.
Skąd w przeciwnym razie wiedziałyby, że to wstyd?
Czy też może zachodzi tutaj zjawisko przeniesienia. Za wszelką cenę broniąc się przed bólem, wolimy już przeżywać traumę w kategoriach wstydu.
Tak, czy owak, kłóci się to z zasadami logiki.
Czyżbyśmy znów mieli do czynienia z pewnym, jakże trafnie przez Piotra Żuka opisanym, syndromem. Wszak jeśli zdarza się to (nagminnie zresztą), w rodzinach aktorów, czy artystów, wszystko jest w porządku. Jeśli zaś w zwyczajnej, w dodatku niezamożnej, to już nieledwie patologia.
Zatem się zdecydujmy. Wóz albo przewóz. Rybki albo akwarium.
Jeżeli wciąż uznajemy seks przed- i poza małżeński za naganny, wtedy ten wstyd jakoś tam może być zasadny. Jeśli zaś w kwestii obyczaju chcemy dotrzymać kroku swym dalej idącym decyzjom, zaakceptujmy ich konsekwencje. W przeciwnym razie Pani Dulska zacierać będzie z zaświatów ręce.
Zagorzałych wielbicieli tyleż zgrabnych, co przewidywalnych, dykteryjek z morałem mogę jednak cokolwiek rozczarować. Zresztą, po takowe najlepiej sięgnąć do kolorowej prasy tygodniowej.
Bo tutaj to tylko prywata. I jeszcze prywatą pogania.
Dziesięcioletnia Zuzia wielką miłością darzy swoją siostrzyczkę, ośmiomiesięczną Darię.
Gdyby tylko mogła, spędzałaby przy niej każdą wolną chwilę. Uwielbia się z nią bawić, wozić przed blokiem w wózeczku, potrafi nawet, w razie pilnej potrzeby, zmienić jej pieluszkę. Joanna, mama dziewczynek, cieszy się, że ma tak pomocną córeczkę. Choć w żadnym razie nie nadużywa tego. Ostatnio jednak pomoc Zuzi stała się nieoceniona, ponieważ aktualnie Joanna przygotowuje się do obrony pracy magisterskiej. Tata, kiedy akurat nie jest w pracy, bierze dziewczynki na spacer, by w domu było choć trochę - tak cennego w tych okolicznościach - spokoju. Ponadto nie chce, by Zuzia była nadmiernie przeciążona obowiązkami.
Dziewczynka jest bardzo pogodna, uczynna, koleżeńska, Ma kochających rodziców, troskliwych dziadków, sympatyczne ciocie tudzież kuzynostwo. Ma też przyjaciółkę oraz mnóstwo koleżanek.
A jednak trudno byłoby uznać jej życie za beztroskie.
Ostatnio głębokim cieniem kładzie się na nim pewna sprawa. Sądowa sprawa.
Właściwie jej dziecięcy świat załamał się już jakieś cztery lata temu.
Bo oto nagle okazało się, że jej rodzice dłużej nie chcą już ze sobą żyć. Mama już nie kocha taty i w trybie pilnym chce od niego odejść. Dla małej Zuzi był to prawdziwy szok. No, bo jak to, tak po prostu odejść. Co będzie z nią, z jej własnym pokoikiem, ulubionymi zabawkami.
Mieszkanie trzeba przecież sprzedać, by spłacić pozostały kredyt. Potem wynająć byle jaki kąt.
Marcin ze zrozumieniem, aczkolwiek z wielkim bólem, przyjął tę decyzję żony. Gdy wszelkie negocjacje spaliły na panewce i stało się jasne, że podjętej decyzji już nie zmieni, on starał się znaleźć optymalne logistycznie rozwiązanie dla nich. Tyle tylko był zresztą w stanie zrobić.
Wykazał się wielką szlachetnością, biorąc na siebie większość ich wszystkich zobowiązań. Tak, aby tylko Zuzi żadnego z dóbr materialnych nie zabrakło.
Sprawa ciągnęła się i ciągnęła - w dzisiejszych czasach niełatwo znaleźć na mieszkanie kupca.
Już, już, dziewczynka pewnej nadziei nabierać zaczynała, na zewnątrz wszak rodzice tworzyli bardzo zgrany, przyjacielski duet. Organizowali spontaniczne wypady za miasto i do przyjaciół, a nawet wspólne wczasy. Czy to jedynie pozory? Otóż nie. Bowiem tak jasne postawienie sprawy spowodowało oczyszczenie atmosfery. Skończyły się kłótnie tudzież ciche dni. Nikt nie kwestionował już prawa Joanny do własnego życia, w tej zaś sytuacji spokojnie mogła zgodzić się na przeczekanie. Tymczasem, niczym grom z jasnego nieba, spłynęła na wszystkich wieść, iż kobieta spodziewa się drugiego dziecka.
W tym miejscu czytelnikom należy się małe uściślenie.
Joanna od roku związana była z mężczyzną, poznanym - jak to się pospolicie odbywa - w pracy.
I to on właśnie był tym "szczęśliwym" ojcem mającego przyjść na świat potomka.
Długo by opowiadać, jak przez ten czas - aż do dnia dzisiejszego - miały się ich sprawy.
Dość, że rodzina trzyma się nadal razem. Coś jednak się zmieniło, Marcin nie zamieszkuje już z nimi. Przeprowadził się do mieszkania po swojej zmarłej babci. On, który - z braku chęci ku temu ze strony biologicznego ojca - asystował przy porodzie Darii, traktuje dziecko jak własne. Zajmuje się nim dość często, zwłaszcza, gdy matka jest na zajęciach bądź uczy się do egzaminów. Dojeżdża do nich w każdej wolnej chwili, czy raczej - rzec by należało - na każde zawołanie. Jest przy nich zawsze, kiedy jest potrzebny którejkolwiek z nich.
W czym rzecz, można by w tym miejscu spytać.
Zuzia z obawą przyjęła do wiadomości fakt, iż niedługo ma się odbyć sprawa w sądzie. Trzeba wszak uregulować kwestię nazwiska Darii. Bowiem nie od dziś wiadomo, że tych rzeczy nie da się na dłuższą metę ukryć. Prędzej, czy później wychodzą na jaw, czasami w bardzo niemiłych okolicznościach.
Zdecydowano się więc założyć sprawę o zaprzeczenie ojcostwa - względy rzetelności i inne takie.
Ustalono, że Daria nosić będzie nazwisko biologicznego ojca.
Teraz wreszcie dochodzimy do tego, do czego tą okrężną drogą niespiesznie tu zmierzam.
Cała ta sprawa stanowi źródło ogromnych rozterek małej Zuzi. Ona by przecież chciała mieć taką prawdziwą siostrę, nie jakąś tam przyszywaną, przyrodnią, o innym, niż reszta, nazwisku.
Co więcej, w szczerej rozmowie wyszło na jaw, że ona wręcz się przed koleżankami wstydzi, krępując im się do tego przyznać.
W czym niby gorsza ma być rodzina, w której jedno bądź wszystkie dzieci inne nazwiska noszą.
Rozumiem ten ogrom żalu dziecka, że rodzice się rozchodzą, że rozbiciu ulega całość rodziny.
Lecz ...wstyd? Skąd taki pomysł, pozwólcie, że spytam.
Zuzia wstydzi się przed koleżankami, zaś one zostały tym myśleniem "zainfekowane" przez rodziców.
Skąd w przeciwnym razie wiedziałyby, że to wstyd?
Czy też może zachodzi tutaj zjawisko przeniesienia. Za wszelką cenę broniąc się przed bólem, wolimy już przeżywać traumę w kategoriach wstydu.
Tak, czy owak, kłóci się to z zasadami logiki.
Czyżbyśmy znów mieli do czynienia z pewnym, jakże trafnie przez Piotra Żuka opisanym, syndromem. Wszak jeśli zdarza się to (nagminnie zresztą), w rodzinach aktorów, czy artystów, wszystko jest w porządku. Jeśli zaś w zwyczajnej, w dodatku niezamożnej, to już nieledwie patologia.
Zatem się zdecydujmy. Wóz albo przewóz. Rybki albo akwarium.
Jeżeli wciąż uznajemy seks przed- i poza małżeński za naganny, wtedy ten wstyd jakoś tam może być zasadny. Jeśli zaś w kwestii obyczaju chcemy dotrzymać kroku swym dalej idącym decyzjom, zaakceptujmy ich konsekwencje. W przeciwnym razie Pani Dulska zacierać będzie z zaświatów ręce.
Subskrybuj:
Posty (Atom)