Ks. Jan Twardowski
Oda do rozpaczy
Biedna rozpaczy
uczciwy potworze
strasznie ci tu dokuczają
moraliści podstawiają nogę
asceci kopią
święci uciekają jak od jasnej cholery
lekarze przepisują proszki żebyś sobie poszła
nazywają cię grzechem
a przecież bez ciebie
byłbym stale uśmiechnięty jak prosię w deszcz
wpadałbym w cielęcy zachwyt
nieludzki
okropny jak sztuka bez człowieka
niedorosły przed śmiercią
sam obok siebie
_________________
Niedorosły przed śmiercią.
Czyżby jeno czyściec rozpaczy mógłby do życia prawdziwie godnego nas przysposobić? Coś jest na rzeczy, ale ...może jednak mogłoby nie być?
Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.
Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.
Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.
sobota, 14 maja 2016
poniedziałek, 9 maja 2016
Dosyć okropny!
Rzecz miała miejsce, kiedy jeszcze byłam "młoda", piękna i naiwna. Choć nie było to tak znowu dawno temu, bo zaledwie jakieś cztery lata wstecz. W nadziei na spotkanie "tego jedynego", czyli poszukując kandydata na partnera życiowego, zgłosiłam akces do portalu randkowego. No i wkrótce już poznałam tam pewnego pana. Wymiana korespondencji trwała, znajomość nabierała tempa, facet wydawał się napalony zapalony, ja zaś niemal przekonana, że to wreszcie ten wyśniony osiągalny. Podczas rodzinnego spotkania pokazałam bliskim jego zdjęcie.
- To jest właśnie Michał - powiedziałam, oczekując ich reakcji.
Na widok tego łysiejącego, dobrze po pięćdziesiątce, pana, jedna z moich siostrzenic, z lekka speszona sytuacją, orzekła: hm ...dosyć okropny.
Poniekąd zrozumiałe; w oczach młodej osoby ktoś taki niekoniecznie musi jawić się ciekawie.
Jednak rzeczony Michał również miał siostrzeńca, ten zaś na widok mej z kolei foty wykrzyknąć mógłby: ale pasztet! Tak czy siak rychło mój entuzjazm opadł. Spławiłam dziada i było po sprawie.
Nie myślę obniżać poprzeczki li tylko z racji (koń by się uśmiał) wieku i niefartownego usytuowania.
Jest po temu racja? Ano, jak najbardziej; tyle, że skutkuje ...brakiem ziszczalności.
No i gitara!
"Dosyć okropny". Owo specyficzne określonko żyje teraz własnym życiem - jako narzędzie do weryfikacji mankamentów.
- To jest właśnie Michał - powiedziałam, oczekując ich reakcji.
Na widok tego łysiejącego, dobrze po pięćdziesiątce, pana, jedna z moich siostrzenic, z lekka speszona sytuacją, orzekła: hm ...dosyć okropny.
Poniekąd zrozumiałe; w oczach młodej osoby ktoś taki niekoniecznie musi jawić się ciekawie.
Jednak rzeczony Michał również miał siostrzeńca, ten zaś na widok mej z kolei foty wykrzyknąć mógłby: ale pasztet! Tak czy siak rychło mój entuzjazm opadł. Spławiłam dziada i było po sprawie.
Nie myślę obniżać poprzeczki li tylko z racji (koń by się uśmiał) wieku i niefartownego usytuowania.
Jest po temu racja? Ano, jak najbardziej; tyle, że skutkuje ...brakiem ziszczalności.
No i gitara!
"Dosyć okropny". Owo specyficzne określonko żyje teraz własnym życiem - jako narzędzie do weryfikacji mankamentów.
sobota, 7 maja 2016
Każdemu, kto ma, będzie dodane
Być, czy też mieć? Odwieczne pytanie.
Jasna rzecz - być; tak by się zdawało. Ale jak tu być, kiedy się nic nie ma?
Bowiem aby być, trza najsampierw mieć!
Taka jest kolejność - ot, chociażby z racji piramidy potrzeb.
Kto ma, temu będzie dodane...
Jasna rzecz - być; tak by się zdawało. Ale jak tu być, kiedy się nic nie ma?
Bowiem aby być, trza najsampierw mieć!
Taka jest kolejność - ot, chociażby z racji piramidy potrzeb.
Kto ma, temu będzie dodane...
niedziela, 1 maja 2016
Roszada mieszkaniowa to nie lada kłopot
Szukając odpowiedniego dla mojej potencjalnie powiększającej się rodziny, lokum, z konieczności musiałam przyswoić sobie spory zasób wiedzy. Zdawałoby się, do tej pory nieistotnej i ogólnie biorąc, daleko poza obszarem moich zainteresowań. Ot, na ten przykład, kwestia zadłużenia. Czyli kredytu, innymi słowy. Powszechna obecnie praktyka wykupywania lokali na własność postawiła nas, właścicieli, przed koniecznością zrzeszania się w tak zwane Wspólnoty Mieszkaniowe. Ktoś przecież musi zawiadywać mieszkaniami - z całym dobrodziejstwem inwentarza. No i teraz dotykamy kwestii najważniejszej. Starzejące się budynki siłą rzeczy wymagają nieustannych napraw i modernizacji. Nie bez powodu Skarb Państwa pozbył się tego badziewia dobytku, cedując go na obywateli, dodatkowo jeszcze mydląc im oczy w aureoli dobrodzieja. Oglądając pierwsze z mieszkań w ofercie miałam okazję widzieć takie przykładowe ..."dobrodziejstwo". (Tak nawiasem, jest to tylko usankcjonowanie wcześniejszej - niesprawiedliwej - dystrybucji dóbr.) Do brzegu jednak.
W gestii każdej wspólnoty leży utrzymanie budynku we właściwym stanie technicznym, w tym docieplenie, remont dachu, malowanie części ogólnodostępnych. Wszystko to generuje - znaczne niekiedy - koszty, niosąc ze sobą konieczność zaciągania kredytów. I to cyklicznie - bowiem taki remont nigdy się nie kończy. Jak się nietrudno domyślić, my, mieszkańcy, żyjemy w stanie permanentnego zadłużenia. Pół biedy, jeśli są to niewielkie kwoty - w skali miesiąca kilkadziesiąt złotych. Zgoła inaczej ma się rzecz, kiedy przychodzi ponieść koszty rzędu kilkuset nawet złotych. Bo kamienica stara jest, bądź zabytkowa, miasto zaś partycypuje tylko w części. Z tego wszystkiego wyłania się dla mnie pewna prawidłowość. Duża wspólnota skutkuje małym udziałem lokatora w kosztach. Mała - wręcz przeciwnie. Powoli staje się jasne, że w moim zasięgu będzie już chyba tylko mieszkanie w wieżowcu. A tak pragnęłam od tego się odżegnać.
Póki co, jestem na etapie poszukiwań, chociaż z każdym krokiem mój entuzjazm słabnie.
Wygląda na to, że moje / nasze oczekiwania trudno będzie spełnić. Mam tu na myśli metraż, ilość pokoi, oraz stan techniczny. Nie zawsze spotykam się z akceptacją - nawet i ze strony bliskich. Ja to rozumiem, lecz pewnych standardów nie sposób pominąć.
Trzymajcie zatem kciuki, aby wreszcie się udało znaleźć takie, które wszystkich zadowoli.
Mieszkanie ma być duże, w idealnym stanie, musi też być usytuowane w kamienicy. Która, ma się rozumieć, w najbliższym stuleciu nie będzie wymagać remontu. Niedrogie w utrzymaniu i ogólnie biorąc takie, na które będzie mnie stać. Czyli (o, ja naiwna) bardzo, bardzo tanie.
Nawiasem mówiąc, gdzie mi będzie tak dobrze, jak teraz? Za darmo gaz (w ryczałcie, czyli praktycznie za darmo) i ogrzewanie liczone "od metra", czyli de facto bez ograniczeń. Oj, popłaczę ja sobie jeszcze za tym swoim (znienawidzonym) mieszkankiem, popłaczę...
W gestii każdej wspólnoty leży utrzymanie budynku we właściwym stanie technicznym, w tym docieplenie, remont dachu, malowanie części ogólnodostępnych. Wszystko to generuje - znaczne niekiedy - koszty, niosąc ze sobą konieczność zaciągania kredytów. I to cyklicznie - bowiem taki remont nigdy się nie kończy. Jak się nietrudno domyślić, my, mieszkańcy, żyjemy w stanie permanentnego zadłużenia. Pół biedy, jeśli są to niewielkie kwoty - w skali miesiąca kilkadziesiąt złotych. Zgoła inaczej ma się rzecz, kiedy przychodzi ponieść koszty rzędu kilkuset nawet złotych. Bo kamienica stara jest, bądź zabytkowa, miasto zaś partycypuje tylko w części. Z tego wszystkiego wyłania się dla mnie pewna prawidłowość. Duża wspólnota skutkuje małym udziałem lokatora w kosztach. Mała - wręcz przeciwnie. Powoli staje się jasne, że w moim zasięgu będzie już chyba tylko mieszkanie w wieżowcu. A tak pragnęłam od tego się odżegnać.
Póki co, jestem na etapie poszukiwań, chociaż z każdym krokiem mój entuzjazm słabnie.
Wygląda na to, że moje / nasze oczekiwania trudno będzie spełnić. Mam tu na myśli metraż, ilość pokoi, oraz stan techniczny. Nie zawsze spotykam się z akceptacją - nawet i ze strony bliskich. Ja to rozumiem, lecz pewnych standardów nie sposób pominąć.
Trzymajcie zatem kciuki, aby wreszcie się udało znaleźć takie, które wszystkich zadowoli.
Mieszkanie ma być duże, w idealnym stanie, musi też być usytuowane w kamienicy. Która, ma się rozumieć, w najbliższym stuleciu nie będzie wymagać remontu. Niedrogie w utrzymaniu i ogólnie biorąc takie, na które będzie mnie stać. Czyli (o, ja naiwna) bardzo, bardzo tanie.
Nawiasem mówiąc, gdzie mi będzie tak dobrze, jak teraz? Za darmo gaz (w ryczałcie, czyli praktycznie za darmo) i ogrzewanie liczone "od metra", czyli de facto bez ograniczeń. Oj, popłaczę ja sobie jeszcze za tym swoim (znienawidzonym) mieszkankiem, popłaczę...
Ot, właśnie z tego chciałabym się wymiksować. Niestety, coś za coś - jak mówią.
wtorek, 26 kwietnia 2016
Dziwaczny sen, chociaż ja nigdy nie lubię o snach
Odwiedzając w dzieciństwie Wesołe Miasteczko nieraz miewałam do czynienia z gokartami. To chyba było tak, że nie mając (jeszcze)* syna, ojciec przelewał na nas, córki, swoje motoryzacyjne pasje. Niestety, ku rozczarowaniu taty, miałam okazać się wyjątkowym antytalentem. Ciągle na kogoś wpadałam, ciągle kogoś potrącałam, bądź się zderzałam czołowo ze ścianą.
Stąd moje późniejsze przekonanie, że żadną miarą nie dam rady zrobić prawa jazdy. Mama jeszcze i dzisiaj potrafi mi wypomnieć, jak to zdezerterowałam tuż przed opłaconym kursem.
Jakże zatem mogę sobie wytłumaczyć swój dzisiejszy sen?
Jechałam nowiutką, czerwoną yariską, slalomem biorąc takie przeszkody, jakie nie lada wyzwaniem byłyby nawet dla kierowcy z wieloletnim stażem. Miałam świadomość każdego manewru, moje ruchy były przemyślane w najdrobniejszym wprost szczególe. Ogólnie biorąc świetnie się spisałam.
No i teraz myślę, czy to nie jest dla mnie jakiś znak.
Kto wie, może we śnie znalazłam się w alternatywnym życiu - ot, coś na modłę Życia po życiu - gdzie jest możliwość nabycia nieposiadanej dotychczas umiejętności.
W końcu nie byłabym ani pierwszą, ani też ostatnią co przekracza niewidzialną przepaść, która jawi się nie do przebycia.
___________
Nasz brat urodził się kilkanaście lat później, a wtedy to dopiero się działo...
Stąd moje późniejsze przekonanie, że żadną miarą nie dam rady zrobić prawa jazdy. Mama jeszcze i dzisiaj potrafi mi wypomnieć, jak to zdezerterowałam tuż przed opłaconym kursem.
Jakże zatem mogę sobie wytłumaczyć swój dzisiejszy sen?
Jechałam nowiutką, czerwoną yariską, slalomem biorąc takie przeszkody, jakie nie lada wyzwaniem byłyby nawet dla kierowcy z wieloletnim stażem. Miałam świadomość każdego manewru, moje ruchy były przemyślane w najdrobniejszym wprost szczególe. Ogólnie biorąc świetnie się spisałam.
No i teraz myślę, czy to nie jest dla mnie jakiś znak.
Kto wie, może we śnie znalazłam się w alternatywnym życiu - ot, coś na modłę Życia po życiu - gdzie jest możliwość nabycia nieposiadanej dotychczas umiejętności.
W końcu nie byłabym ani pierwszą, ani też ostatnią co przekracza niewidzialną przepaść, która jawi się nie do przebycia.
___________
Nasz brat urodził się kilkanaście lat później, a wtedy to dopiero się działo...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
