Dzisiejszy, wakacyjny, post u Rybeńki zainspirował mnie do wyartykułowania tej pogodnej, nieskomplikowanej historyjki. Epizodu właściwie. Jest to przerywnik podczas pisania tekstu cięższego kalibru, takiego dość kontrowersyjnego w swojej wymowie.
Z cyklu: Rodzinne anegdoty
Rzecz działa się dobre kilkanaście lat temu. Czteroletni Mateuszek, syn koleżanki z dzieciństwa, odwiedził moich rodziców wraz z mamą i babcią. Aby podzielić się wrażeniami z ostatniej podróży do Grecji. Tata chłopca jest bowiem rodowitym Grekiem.
- Jak ci się podobało w Grecji, Mateuszku - spytała moja mama.
- Czy ja wiem, trochę za dużo kamieni. Właściwie to same tylko kamienie i kamienie.
Miał zapewne na myśli wszystkie te zabytkowe ruiny.
Następnie poprosił mojego tatę, by ten na chwilkę wyszedł z nim do drugiego pokoju. Chciałby mu bowiem coś ważnego powiedzieć.
- Panie Kaziu, ja panu radzę, niech pan nigdy, ale to nigdy, do tej Grecji nie jedzie.
- Dlaczegóż to, Mateuszku?
- Bo oni, ci Grecy, to baaaardzo dziwni ludzie.
- Tak? Co też ty mówisz - zaciekawił się mój tata.
- A tak, bo oni tam, w tej całej Grecji, w ogóle po polsku nie potrafią mówić!
Dziś Mateuszek jest już zupełnie dużym Mateuszem, lecz my nie omieszkamy mu dobrotliwie dogryzać. Przypominając mu tę jego sympatyczną komitywę z moim, dziś już nieżyjącym, tatą.
__________
Poprawka w tekście. Chodziło nie o Karolka, lecz o jego starszego braciszka, Mateuszka.
Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.
Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.
Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.
środa, 8 lipca 2015
poniedziałek, 6 lipca 2015
Tak zwane kompleksy
Dzisiaj, uprzedzam, zebrało mi się na wywody bardzo osobiste.
Jeśli ta "wiwisekcja" będzie przyczyną czyjegoś zakłopotania, to i cóż - takie jest życie.
Czytając wywiad z Urszulą Dudziak (nie, nie ten najnowszy, jeno taki, do którego jest bezpłatny dostęp) nie mogłam uniknąć refleksji. Niektóre były z takich, które przez głowę tylko mi przelatywały, inne zaś z tych, co to zapadają w pamięć, serce, myśli.
Znakomita artystka, niebanalna osobowość, fascynująca kobieta,
Nie bądźmy jednak naiwni. Na ten, owszem, fantastyczny, wygląd artystki pracuje cały sztab ludzi.
Lekarzy (ach, te hormony), chirurgów plastycznych, stylistów. Czyli, krótko mówiąc ...pieniądze.
Nie, nie chcę tu wchodzić w rolę malkontentki - to tak dla jasności tylko.
Na koniec padło pytanie. Czy kompleksy są potrzebne - niechby i jako motor rozwoju.
Odpowiedź może cokolwiek zadziwić.
Oczywiście, że tak! Są konieczne. Ale tylko po to, by je pokonać!
W potocznym rozumieniu tak zwane kompleksy oznaczają wstydliwe tematy związane z ekspozycją społeczną, cechami wyglądu bądź charakteru, poruszenie których wywołuje u danej jednostki lęk, wstyd, czy też niepokój.
Lepiej ich nie mieć, ale jeśli już je mamy... Czy mogą być siłą sprawczą, motorem naszego sukcesu?
Ależ tak, mogą. Jeżeli w twórczy sposób przekujemy braki na tę siłę napędową, może ona stać się "krwiobiegiem zastępczym", pomagając okrężną drogą obchodzić to, co zdaje się na pozór nie do przejścia. Jeśli czegoś nie możemy siłą, bierzmy to sposobem - tak pokrótce można by to streścić.
Czy i ja również mam kompleksy? Otóż nie sądzę.
Bo jeśli nawet mam świadomość pewnych braków, trzeba koniecznie je tak określić?
Nie mam na przykład złudzeń odnośnie swej urody.
Takowej nie posiadam i od dość dawna zdaję sobie z tego sprawę.
To nie jest kompleks, a stwierdzenie faktu.
Czy stąd wynika, że mam się za osobę gorszą? Otóż spokojnie, wartość swoją doskonale znam.
Tudzież świadoma jestem swych niepodważalnych zalet.
Przecież nie łudźmy się, z racji urody i tak mniej atrakcyjną kobietą jestem.
To empirycznie potwierdzony fakt. Tyleż bezsporny, co nieubłagany. Amen.
Bo wprawdzie mózg najseksowniejszą częścią ciała, tyle, że...męskiego jeno.
Z tym trzeba się nauczyć żyć.
Mnie się, jak dotąd, nie udało.
Nie tracę nadziei, że jest na to sposób.
Sęk w tym - jestem tego niemal pewna - że takowy nie istnieje.
Wszelako to asekuracyjne słówko "niemal"...
Jeśli ta "wiwisekcja" będzie przyczyną czyjegoś zakłopotania, to i cóż - takie jest życie.
Czytając wywiad z Urszulą Dudziak (nie, nie ten najnowszy, jeno taki, do którego jest bezpłatny dostęp) nie mogłam uniknąć refleksji. Niektóre były z takich, które przez głowę tylko mi przelatywały, inne zaś z tych, co to zapadają w pamięć, serce, myśli.
Znakomita artystka, niebanalna osobowość, fascynująca kobieta,
Nie bądźmy jednak naiwni. Na ten, owszem, fantastyczny, wygląd artystki pracuje cały sztab ludzi.
Lekarzy (ach, te hormony), chirurgów plastycznych, stylistów. Czyli, krótko mówiąc ...pieniądze.
Nie, nie chcę tu wchodzić w rolę malkontentki - to tak dla jasności tylko.
Na koniec padło pytanie. Czy kompleksy są potrzebne - niechby i jako motor rozwoju.
Odpowiedź może cokolwiek zadziwić.
Oczywiście, że tak! Są konieczne. Ale tylko po to, by je pokonać!
W potocznym rozumieniu tak zwane kompleksy oznaczają wstydliwe tematy związane z ekspozycją społeczną, cechami wyglądu bądź charakteru, poruszenie których wywołuje u danej jednostki lęk, wstyd, czy też niepokój.
Lepiej ich nie mieć, ale jeśli już je mamy... Czy mogą być siłą sprawczą, motorem naszego sukcesu?
Ależ tak, mogą. Jeżeli w twórczy sposób przekujemy braki na tę siłę napędową, może ona stać się "krwiobiegiem zastępczym", pomagając okrężną drogą obchodzić to, co zdaje się na pozór nie do przejścia. Jeśli czegoś nie możemy siłą, bierzmy to sposobem - tak pokrótce można by to streścić.
Czy i ja również mam kompleksy? Otóż nie sądzę.
Bo jeśli nawet mam świadomość pewnych braków, trzeba koniecznie je tak określić?
Nie mam na przykład złudzeń odnośnie swej urody.
Takowej nie posiadam i od dość dawna zdaję sobie z tego sprawę.
To nie jest kompleks, a stwierdzenie faktu.
Czy stąd wynika, że mam się za osobę gorszą? Otóż spokojnie, wartość swoją doskonale znam.
Tudzież świadoma jestem swych niepodważalnych zalet.
Przecież nie łudźmy się, z racji urody i tak mniej atrakcyjną kobietą jestem.
To empirycznie potwierdzony fakt. Tyleż bezsporny, co nieubłagany. Amen.
Bo wprawdzie mózg najseksowniejszą częścią ciała, tyle, że...męskiego jeno.
Z tym trzeba się nauczyć żyć.
Mnie się, jak dotąd, nie udało.
Nie tracę nadziei, że jest na to sposób.
Sęk w tym - jestem tego niemal pewna - że takowy nie istnieje.
Wszelako to asekuracyjne słówko "niemal"...
środa, 1 lipca 2015
Czy one są gorsze? (1)
Zamierzam przyjrzeć się pewnym reliktom dulszczyzny w naszym powszednim, tak zdawałoby się, nowoczesnym, życiu. Dziś pierwszy z trzech przykładów takiego niekonsekwentnego podejścia do rzeczywistości.
Zagorzałych wielbicieli tyleż zgrabnych, co przewidywalnych, dykteryjek z morałem mogę jednak cokolwiek rozczarować. Zresztą, po takowe najlepiej sięgnąć do kolorowej prasy tygodniowej.
Bo tutaj to tylko prywata. I jeszcze prywatą pogania.
Dziesięcioletnia Zuzia wielką miłością darzy swoją siostrzyczkę, ośmiomiesięczną Darię.
Gdyby tylko mogła, spędzałaby przy niej każdą wolną chwilę. Uwielbia się z nią bawić, wozić przed blokiem w wózeczku, potrafi nawet, w razie pilnej potrzeby, zmienić jej pieluszkę. Joanna, mama dziewczynek, cieszy się, że ma tak pomocną córeczkę. Choć w żadnym razie nie nadużywa tego. Ostatnio jednak pomoc Zuzi stała się nieoceniona, ponieważ aktualnie Joanna przygotowuje się do obrony pracy magisterskiej. Tata, kiedy akurat nie jest w pracy, bierze dziewczynki na spacer, by w domu było choć trochę - tak cennego w tych okolicznościach - spokoju. Ponadto nie chce, by Zuzia była nadmiernie przeciążona obowiązkami.
Dziewczynka jest bardzo pogodna, uczynna, koleżeńska, Ma kochających rodziców, troskliwych dziadków, sympatyczne ciocie tudzież kuzynostwo. Ma też przyjaciółkę oraz mnóstwo koleżanek.
A jednak trudno byłoby uznać jej życie za beztroskie.
Ostatnio głębokim cieniem kładzie się na nim pewna sprawa. Sądowa sprawa.
Właściwie jej dziecięcy świat załamał się już jakieś cztery lata temu.
Bo oto nagle okazało się, że jej rodzice dłużej nie chcą już ze sobą żyć. Mama już nie kocha taty i w trybie pilnym chce od niego odejść. Dla małej Zuzi był to prawdziwy szok. No, bo jak to, tak po prostu odejść. Co będzie z nią, z jej własnym pokoikiem, ulubionymi zabawkami.
Mieszkanie trzeba przecież sprzedać, by spłacić pozostały kredyt. Potem wynająć byle jaki kąt.
Marcin ze zrozumieniem, aczkolwiek z wielkim bólem, przyjął tę decyzję żony. Gdy wszelkie negocjacje spaliły na panewce i stało się jasne, że podjętej decyzji już nie zmieni, on starał się znaleźć optymalne logistycznie rozwiązanie dla nich. Tyle tylko był zresztą w stanie zrobić.
Wykazał się wielką szlachetnością, biorąc na siebie większość ich wszystkich zobowiązań. Tak, aby tylko Zuzi żadnego z dóbr materialnych nie zabrakło.
Sprawa ciągnęła się i ciągnęła - w dzisiejszych czasach niełatwo znaleźć na mieszkanie kupca.
Już, już, dziewczynka pewnej nadziei nabierać zaczynała, na zewnątrz wszak rodzice tworzyli bardzo zgrany, przyjacielski duet. Organizowali spontaniczne wypady za miasto i do przyjaciół, a nawet wspólne wczasy. Czy to jedynie pozory? Otóż nie. Bowiem tak jasne postawienie sprawy spowodowało oczyszczenie atmosfery. Skończyły się kłótnie tudzież ciche dni. Nikt nie kwestionował już prawa Joanny do własnego życia, w tej zaś sytuacji spokojnie mogła zgodzić się na przeczekanie. Tymczasem, niczym grom z jasnego nieba, spłynęła na wszystkich wieść, iż kobieta spodziewa się drugiego dziecka.
W tym miejscu czytelnikom należy się małe uściślenie.
Joanna od roku związana była z mężczyzną, poznanym - jak to się pospolicie odbywa - w pracy.
I to on właśnie był tym "szczęśliwym" ojcem mającego przyjść na świat potomka.
Długo by opowiadać, jak przez ten czas - aż do dnia dzisiejszego - miały się ich sprawy.
Dość, że rodzina trzyma się nadal razem. Coś jednak się zmieniło, Marcin nie zamieszkuje już z nimi. Przeprowadził się do mieszkania po swojej zmarłej babci. On, który - z braku chęci ku temu ze strony biologicznego ojca - asystował przy porodzie Darii, traktuje dziecko jak własne. Zajmuje się nim dość często, zwłaszcza, gdy matka jest na zajęciach bądź uczy się do egzaminów. Dojeżdża do nich w każdej wolnej chwili, czy raczej - rzec by należało - na każde zawołanie. Jest przy nich zawsze, kiedy jest potrzebny którejkolwiek z nich.
W czym rzecz, można by w tym miejscu spytać.
Zuzia z obawą przyjęła do wiadomości fakt, iż niedługo ma się odbyć sprawa w sądzie. Trzeba wszak uregulować kwestię nazwiska Darii. Bowiem nie od dziś wiadomo, że tych rzeczy nie da się na dłuższą metę ukryć. Prędzej, czy później wychodzą na jaw, czasami w bardzo niemiłych okolicznościach.
Zdecydowano się więc założyć sprawę o zaprzeczenie ojcostwa - względy rzetelności i inne takie.
Ustalono, że Daria nosić będzie nazwisko biologicznego ojca.
Teraz wreszcie dochodzimy do tego, do czego tą okrężną drogą niespiesznie tu zmierzam.
Cała ta sprawa stanowi źródło ogromnych rozterek małej Zuzi. Ona by przecież chciała mieć taką prawdziwą siostrę, nie jakąś tam przyszywaną, przyrodnią, o innym, niż reszta, nazwisku.
Co więcej, w szczerej rozmowie wyszło na jaw, że ona wręcz się przed koleżankami wstydzi, krępując im się do tego przyznać.
W czym niby gorsza ma być rodzina, w której jedno bądź wszystkie dzieci inne nazwiska noszą.
Rozumiem ten ogrom żalu dziecka, że rodzice się rozchodzą, że rozbiciu ulega całość rodziny.
Lecz ...wstyd? Skąd taki pomysł, pozwólcie, że spytam.
Zuzia wstydzi się przed koleżankami, zaś one zostały tym myśleniem "zainfekowane" przez rodziców.
Skąd w przeciwnym razie wiedziałyby, że to wstyd?
Czy też może zachodzi tutaj zjawisko przeniesienia. Za wszelką cenę broniąc się przed bólem, wolimy już przeżywać traumę w kategoriach wstydu.
Tak, czy owak, kłóci się to z zasadami logiki.
Czyżbyśmy znów mieli do czynienia z pewnym, jakże trafnie przez Piotra Żuka opisanym, syndromem. Wszak jeśli zdarza się to (nagminnie zresztą), w rodzinach aktorów, czy artystów, wszystko jest w porządku. Jeśli zaś w zwyczajnej, w dodatku niezamożnej, to już nieledwie patologia.
Zatem się zdecydujmy. Wóz albo przewóz. Rybki albo akwarium.
Jeżeli wciąż uznajemy seks przed- i poza małżeński za naganny, wtedy ten wstyd jakoś tam może być zasadny. Jeśli zaś w kwestii obyczaju chcemy dotrzymać kroku swym dalej idącym decyzjom, zaakceptujmy ich konsekwencje. W przeciwnym razie Pani Dulska zacierać będzie z zaświatów ręce.
Zagorzałych wielbicieli tyleż zgrabnych, co przewidywalnych, dykteryjek z morałem mogę jednak cokolwiek rozczarować. Zresztą, po takowe najlepiej sięgnąć do kolorowej prasy tygodniowej.
Bo tutaj to tylko prywata. I jeszcze prywatą pogania.
Dziesięcioletnia Zuzia wielką miłością darzy swoją siostrzyczkę, ośmiomiesięczną Darię.
Gdyby tylko mogła, spędzałaby przy niej każdą wolną chwilę. Uwielbia się z nią bawić, wozić przed blokiem w wózeczku, potrafi nawet, w razie pilnej potrzeby, zmienić jej pieluszkę. Joanna, mama dziewczynek, cieszy się, że ma tak pomocną córeczkę. Choć w żadnym razie nie nadużywa tego. Ostatnio jednak pomoc Zuzi stała się nieoceniona, ponieważ aktualnie Joanna przygotowuje się do obrony pracy magisterskiej. Tata, kiedy akurat nie jest w pracy, bierze dziewczynki na spacer, by w domu było choć trochę - tak cennego w tych okolicznościach - spokoju. Ponadto nie chce, by Zuzia była nadmiernie przeciążona obowiązkami.
Dziewczynka jest bardzo pogodna, uczynna, koleżeńska, Ma kochających rodziców, troskliwych dziadków, sympatyczne ciocie tudzież kuzynostwo. Ma też przyjaciółkę oraz mnóstwo koleżanek.
A jednak trudno byłoby uznać jej życie za beztroskie.
Ostatnio głębokim cieniem kładzie się na nim pewna sprawa. Sądowa sprawa.
Właściwie jej dziecięcy świat załamał się już jakieś cztery lata temu.
Bo oto nagle okazało się, że jej rodzice dłużej nie chcą już ze sobą żyć. Mama już nie kocha taty i w trybie pilnym chce od niego odejść. Dla małej Zuzi był to prawdziwy szok. No, bo jak to, tak po prostu odejść. Co będzie z nią, z jej własnym pokoikiem, ulubionymi zabawkami.
Mieszkanie trzeba przecież sprzedać, by spłacić pozostały kredyt. Potem wynająć byle jaki kąt.
Marcin ze zrozumieniem, aczkolwiek z wielkim bólem, przyjął tę decyzję żony. Gdy wszelkie negocjacje spaliły na panewce i stało się jasne, że podjętej decyzji już nie zmieni, on starał się znaleźć optymalne logistycznie rozwiązanie dla nich. Tyle tylko był zresztą w stanie zrobić.
Wykazał się wielką szlachetnością, biorąc na siebie większość ich wszystkich zobowiązań. Tak, aby tylko Zuzi żadnego z dóbr materialnych nie zabrakło.
Sprawa ciągnęła się i ciągnęła - w dzisiejszych czasach niełatwo znaleźć na mieszkanie kupca.
Już, już, dziewczynka pewnej nadziei nabierać zaczynała, na zewnątrz wszak rodzice tworzyli bardzo zgrany, przyjacielski duet. Organizowali spontaniczne wypady za miasto i do przyjaciół, a nawet wspólne wczasy. Czy to jedynie pozory? Otóż nie. Bowiem tak jasne postawienie sprawy spowodowało oczyszczenie atmosfery. Skończyły się kłótnie tudzież ciche dni. Nikt nie kwestionował już prawa Joanny do własnego życia, w tej zaś sytuacji spokojnie mogła zgodzić się na przeczekanie. Tymczasem, niczym grom z jasnego nieba, spłynęła na wszystkich wieść, iż kobieta spodziewa się drugiego dziecka.
W tym miejscu czytelnikom należy się małe uściślenie.
Joanna od roku związana była z mężczyzną, poznanym - jak to się pospolicie odbywa - w pracy.
I to on właśnie był tym "szczęśliwym" ojcem mającego przyjść na świat potomka.
Długo by opowiadać, jak przez ten czas - aż do dnia dzisiejszego - miały się ich sprawy.
Dość, że rodzina trzyma się nadal razem. Coś jednak się zmieniło, Marcin nie zamieszkuje już z nimi. Przeprowadził się do mieszkania po swojej zmarłej babci. On, który - z braku chęci ku temu ze strony biologicznego ojca - asystował przy porodzie Darii, traktuje dziecko jak własne. Zajmuje się nim dość często, zwłaszcza, gdy matka jest na zajęciach bądź uczy się do egzaminów. Dojeżdża do nich w każdej wolnej chwili, czy raczej - rzec by należało - na każde zawołanie. Jest przy nich zawsze, kiedy jest potrzebny którejkolwiek z nich.
W czym rzecz, można by w tym miejscu spytać.
Zuzia z obawą przyjęła do wiadomości fakt, iż niedługo ma się odbyć sprawa w sądzie. Trzeba wszak uregulować kwestię nazwiska Darii. Bowiem nie od dziś wiadomo, że tych rzeczy nie da się na dłuższą metę ukryć. Prędzej, czy później wychodzą na jaw, czasami w bardzo niemiłych okolicznościach.
Zdecydowano się więc założyć sprawę o zaprzeczenie ojcostwa - względy rzetelności i inne takie.
Ustalono, że Daria nosić będzie nazwisko biologicznego ojca.
Teraz wreszcie dochodzimy do tego, do czego tą okrężną drogą niespiesznie tu zmierzam.
Cała ta sprawa stanowi źródło ogromnych rozterek małej Zuzi. Ona by przecież chciała mieć taką prawdziwą siostrę, nie jakąś tam przyszywaną, przyrodnią, o innym, niż reszta, nazwisku.
Co więcej, w szczerej rozmowie wyszło na jaw, że ona wręcz się przed koleżankami wstydzi, krępując im się do tego przyznać.
W czym niby gorsza ma być rodzina, w której jedno bądź wszystkie dzieci inne nazwiska noszą.
Rozumiem ten ogrom żalu dziecka, że rodzice się rozchodzą, że rozbiciu ulega całość rodziny.
Lecz ...wstyd? Skąd taki pomysł, pozwólcie, że spytam.
Zuzia wstydzi się przed koleżankami, zaś one zostały tym myśleniem "zainfekowane" przez rodziców.
Skąd w przeciwnym razie wiedziałyby, że to wstyd?
Czy też może zachodzi tutaj zjawisko przeniesienia. Za wszelką cenę broniąc się przed bólem, wolimy już przeżywać traumę w kategoriach wstydu.
Tak, czy owak, kłóci się to z zasadami logiki.
Czyżbyśmy znów mieli do czynienia z pewnym, jakże trafnie przez Piotra Żuka opisanym, syndromem. Wszak jeśli zdarza się to (nagminnie zresztą), w rodzinach aktorów, czy artystów, wszystko jest w porządku. Jeśli zaś w zwyczajnej, w dodatku niezamożnej, to już nieledwie patologia.
Zatem się zdecydujmy. Wóz albo przewóz. Rybki albo akwarium.
Jeżeli wciąż uznajemy seks przed- i poza małżeński za naganny, wtedy ten wstyd jakoś tam może być zasadny. Jeśli zaś w kwestii obyczaju chcemy dotrzymać kroku swym dalej idącym decyzjom, zaakceptujmy ich konsekwencje. W przeciwnym razie Pani Dulska zacierać będzie z zaświatów ręce.
wtorek, 30 czerwca 2015
Trochę "budyniu" nam nie zaszkodzi
Dziś - całkiem bez okazji - dalszy ciąg czytelniczych rozważań. Konkretnie - o czytaniu blogów.
Aktualnie obserwuję ich jakieś sto pięćdziesiąt. To dla mnie optymalna liczba.
Chociaż nie stronię od szukania dalszych. Wtedy te ciekawsze zastąpią te mniej.
Jeśli pisanie jest naszą pasją, jest nią też i czytanie. Jeżeli chcemy, by czytano nas, musimy czytać
(i komentować) to, co piszą inni. Tak to przecież działa.
Nie każdy pisze codziennie, toteż i nie mam do ogarnięcia zbyt wiele.
A co, jeśli zaczną - wtedy ogłoszę upadłość? Otóż nie, dla mnie to żaden problem.
Wszelako wciąż coś czytać muszę. Zaś wiele blogów ciekawszą jest lekturą, niż niejedna książka.
Dlaczego te, a nie inne blogi w swej czytelni mam?
- lubię je czytać - z różnych powodów, równie dobrze może to być "brukowiec" do śniadania
- lubię ich autorów tudzież quasi kawiarnianą atmosferę, werbalizującą się w komentarzach
- z obu tych powodów łącznie
Nie do końca natomiast wiem, dlaczego jedne blogi czytać lubię, inne zaś nie.
Bardzo chciałabym wiedzieć.
Jak tylko się dowiem, w te pędy obwieszczę. Tudzież uściślę, doprecyzuję.
Teraz chciałabym Was o coś spytać. Bo wzięło mi się i zebrało na wspominki. Sentymentalna się robię, czy co? Przeglądam sobie listę blogów, ot troszkę tak, jak się wyciąga klejnoty ze szkatułki. Ciekawi mnie, czy kogoś interesującego dzięki mnie poznaliście. Bo jeśli chodzi o mnie...
Najpierw poznałam Emkę - na początkubyło Słowo była Emka...
Następnie odkryłam Klarkę. Odkryłam jest bardzo adekwatnym określeniem, kto zna, ten zresztą wie. Potem już większość według klucza osób z towarzystwa tychże.
Po pewnym czasie - dziwnym trafem dzięki komuś, kogo nie polubiłam wcale - Panterkę. Od razu poznałam się na jej dobrym sercu. To nic, że często-gęsto, nie przebiera w słowach, zwłaszcza pod adresem świątobliwych instytucji. Ja nabrać się nie dałam. U Panterki zaś poznałam Różę i Adama.
U Klarki Antoniego, Olgę i Agnieszkę.
Część osób moją sympatią cieszyło się od początku, do innych przekonałam się nieco później. Tak było na przykład z Rybeńką, która za to obecnie należy do najwyżej szacowanych. Zaś w kategorii Najlepszy Człowiek plasuje się tuż za Judytą.
Niektórych z Was ogromnie lubię. Niektórych "tylko" cenię i szanuję. Niektórych zaś - jedno i drugie. Czy z którymś z was odczuwam tę szczególną więź? Obawiam się...
To wprost niemożliwe. Bo jestem człowiekiem osobnym. Kto czytał Sto lat samotności Marqueza, ten wie, w czym rzecz. Ja, wieczny outsider. Nigdy zaś inside.
Wszak mało kto mógłby wraz ze mną tę samą rzecz lubić za to samo.
A jeśli będą to dwie równocześnie, trzy, lub więcej rzeczy - z gruntu niemożliwe.
Bo słowa lubić, kochać, czy podobać się, nie znaczą, tak na dobrą sprawę, nic. To puste frazesy jeno.
Dopiero ocena opisowa może jakiś tam, nikły zresztą, obraz dać.
Ciekawi mnie wielce, czy dzięki mnie udało Wam się poznać kogoś, czyj blog, albo i osoba jest teraz dla Was źródłem cennych inspiracji. Jak też ciekawi mnie, po jakiej ścieżce trafiliście do mnie.
Ze zrozumiałych, mam nadzieję, względów, nie mogę tu wymienić wszystkich tych, którzy mi towarzyszą w odkrywaniu blogowego świata. Wy zresztą wiecie, jako, że w większości znacie się nawzajem i czytacie. Cieszę się, że tu jesteście.
Aktualnie obserwuję ich jakieś sto pięćdziesiąt. To dla mnie optymalna liczba.
Chociaż nie stronię od szukania dalszych. Wtedy te ciekawsze zastąpią te mniej.
Jeśli pisanie jest naszą pasją, jest nią też i czytanie. Jeżeli chcemy, by czytano nas, musimy czytać
(i komentować) to, co piszą inni. Tak to przecież działa.
Nie każdy pisze codziennie, toteż i nie mam do ogarnięcia zbyt wiele.
A co, jeśli zaczną - wtedy ogłoszę upadłość? Otóż nie, dla mnie to żaden problem.
Wszelako wciąż coś czytać muszę. Zaś wiele blogów ciekawszą jest lekturą, niż niejedna książka.
Dlaczego te, a nie inne blogi w swej czytelni mam?
- lubię je czytać - z różnych powodów, równie dobrze może to być "brukowiec" do śniadania
- lubię ich autorów tudzież quasi kawiarnianą atmosferę, werbalizującą się w komentarzach
- z obu tych powodów łącznie
Nie do końca natomiast wiem, dlaczego jedne blogi czytać lubię, inne zaś nie.
Bardzo chciałabym wiedzieć.
Jak tylko się dowiem, w te pędy obwieszczę. Tudzież uściślę, doprecyzuję.
Teraz chciałabym Was o coś spytać. Bo wzięło mi się i zebrało na wspominki. Sentymentalna się robię, czy co? Przeglądam sobie listę blogów, ot troszkę tak, jak się wyciąga klejnoty ze szkatułki. Ciekawi mnie, czy kogoś interesującego dzięki mnie poznaliście. Bo jeśli chodzi o mnie...
Najpierw poznałam Emkę - na początku
Następnie odkryłam Klarkę. Odkryłam jest bardzo adekwatnym określeniem, kto zna, ten zresztą wie. Potem już większość według klucza osób z towarzystwa tychże.
Po pewnym czasie - dziwnym trafem dzięki komuś, kogo nie polubiłam wcale - Panterkę. Od razu poznałam się na jej dobrym sercu. To nic, że często-gęsto, nie przebiera w słowach, zwłaszcza pod adresem świątobliwych instytucji. Ja nabrać się nie dałam. U Panterki zaś poznałam Różę i Adama.
U Klarki Antoniego, Olgę i Agnieszkę.
Część osób moją sympatią cieszyło się od początku, do innych przekonałam się nieco później. Tak było na przykład z Rybeńką, która za to obecnie należy do najwyżej szacowanych. Zaś w kategorii Najlepszy Człowiek plasuje się tuż za Judytą.
Niektórych z Was ogromnie lubię. Niektórych "tylko" cenię i szanuję. Niektórych zaś - jedno i drugie. Czy z którymś z was odczuwam tę szczególną więź? Obawiam się...
To wprost niemożliwe. Bo jestem człowiekiem osobnym. Kto czytał Sto lat samotności Marqueza, ten wie, w czym rzecz. Ja, wieczny outsider. Nigdy zaś inside.
Wszak mało kto mógłby wraz ze mną tę samą rzecz lubić za to samo.
A jeśli będą to dwie równocześnie, trzy, lub więcej rzeczy - z gruntu niemożliwe.
Bo słowa lubić, kochać, czy podobać się, nie znaczą, tak na dobrą sprawę, nic. To puste frazesy jeno.
Dopiero ocena opisowa może jakiś tam, nikły zresztą, obraz dać.
Ciekawi mnie wielce, czy dzięki mnie udało Wam się poznać kogoś, czyj blog, albo i osoba jest teraz dla Was źródłem cennych inspiracji. Jak też ciekawi mnie, po jakiej ścieżce trafiliście do mnie.
Ze zrozumiałych, mam nadzieję, względów, nie mogę tu wymienić wszystkich tych, którzy mi towarzyszą w odkrywaniu blogowego świata. Wy zresztą wiecie, jako, że w większości znacie się nawzajem i czytacie. Cieszę się, że tu jesteście.
poniedziałek, 29 czerwca 2015
Dlaczego cenię Ninę Wum
À propos poprzedniego posta, dziś planowałam rozwinięcie pewnego (jakże niesłusznie) przez czytaczy mych pomijanego, wątku. Tymczasem jednak zostawmy go - przecież nie zając, to nie ucieknie. Zmiana planów, bo oto na fali Fejsbuczkowych rozważań na wpis trafiłam tak cudowny, że aż nie mogę się nim nie podzielić. Bo mój egoizm, chociaż wielki, tak niebotycznych nie sięga wyżyn. Rzecz dzieje się na jednym z naszych (moim i dziecięcia mego) ulubionych blogów.
Czytając, aż krztusiłam się ze śmiechu - bo to przy śniadaniu było.
Tak się przedziwnie składa, że blog ów zawsze mi poprawia humor.
Co bynajmniej nie oznacza, iż podzielam każdy pogląd Niny.
Z gatunku na ten przykład tych, co to "moja macica..." ot, chociażby. Bo wprawdzie, owszem, moja macica również jeno moja, wszelako odmienne zgoła implikacje płyną dla mnie z tegoż.
Wracajmy jednak do tematu - to tylko dygresja była.
Obserwuję całe mnóstwo blogów. Nie wszystkie z tych samych powodów.
Cechą wspólną jest iskierka zainteresowania. Dla mnie poznawczość jest pierwszoplanową sprawą.
To nic, że niektóre budzą we mnie sprzeciw, smutek, tudzież uprzedzenie do autorów,
Nieodmiennie za to humor mi poprawia blog wspomnianej Niny.
Dzieje się tak, ponieważ:
- ma pokrewne mojemu, nieco wisielcze, poczucie humoru - to przede wszystkim
- potrafi w taki sposób poprowadzić prezentację, by nie urazić swoich adwersarzy
- ma ten, dość niestety rzadki, dar trafiania w samo sedno i nieobchodzenia tematu
- nie kreuje się na kogoś, kim zasadniczo nie jest
To przecież, póki co, wystarczy.
Internet to akcelerator kultury prymitywnej, mówi mi przy śniadaniu dziecię.
I jeszcze z ostatniej chwili. Ja też użytek zrobiłam z fejsbuczkowej możliwości ...zaprezentowania.
Co prawda niezupełnie zaprezentowania "się", jeno podzielenia się radością.
Bo oto braciszek mój (tadam!) na prezesa Radia Gdańsk ponownie wybrany przez KRRiT został. Kurtyna.
I jeszcze Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, się okazało. Ja p(...).
Czytając, aż krztusiłam się ze śmiechu - bo to przy śniadaniu było.
Tak się przedziwnie składa, że blog ów zawsze mi poprawia humor.
Co bynajmniej nie oznacza, iż podzielam każdy pogląd Niny.
Z gatunku na ten przykład tych, co to "moja macica..." ot, chociażby. Bo wprawdzie, owszem, moja macica również jeno moja, wszelako odmienne zgoła implikacje płyną dla mnie z tegoż.
Wracajmy jednak do tematu - to tylko dygresja była.
Obserwuję całe mnóstwo blogów. Nie wszystkie z tych samych powodów.
Cechą wspólną jest iskierka zainteresowania. Dla mnie poznawczość jest pierwszoplanową sprawą.
To nic, że niektóre budzą we mnie sprzeciw, smutek, tudzież uprzedzenie do autorów,
Nieodmiennie za to humor mi poprawia blog wspomnianej Niny.
Dzieje się tak, ponieważ:
- ma pokrewne mojemu, nieco wisielcze, poczucie humoru - to przede wszystkim
- potrafi w taki sposób poprowadzić prezentację, by nie urazić swoich adwersarzy
- ma ten, dość niestety rzadki, dar trafiania w samo sedno i nieobchodzenia tematu
- nie kreuje się na kogoś, kim zasadniczo nie jest
To przecież, póki co, wystarczy.
Internet to akcelerator kultury prymitywnej, mówi mi przy śniadaniu dziecię.
I jeszcze z ostatniej chwili. Ja też użytek zrobiłam z fejsbuczkowej możliwości ...zaprezentowania.
Co prawda niezupełnie zaprezentowania "się", jeno podzielenia się radością.
Bo oto braciszek mój (tadam!) na prezesa Radia Gdańsk ponownie wybrany przez KRRiT został. Kurtyna.
I jeszcze Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, się okazało. Ja p(...).
Subskrybuj:
Posty (Atom)