Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.


Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.

piątek, 4 marca 2016

4 marca - imieniny Kazimierza

Gdyby mój tata żył, miałby dziś imieniny. Lecz, na dobrą sprawę, jeśli jest w pamięci, nic nie stoi na przeszkodzie, by je nadal miał. Świętujemy zatem. Napisz coś o dziadku - prosi córka, Basia.
Czemuż by nie; dawno wszak nie było tu wspominkowego posta. 

We wczesnym dzieciństwie mieszkaliśmy w samym centrum miasta. Latem często bywaliśmy nad morzem, co wiązało się z przeszło półgodzinną podróżą starym, rozklekotanym tramwajem. Obecnie, rzecz jasna, trwa to o wiele krócej - nowoczesne pojazdy pokonują ten dystans w niespełna 20 minut. 
Pewnej upalnej niedzieli (wolnych sobót wówczas nie było) tata wybrał się ze swoimi trzema córeczkami na plażę. Jak sądzę, mama musiała mieć pilne zajęcie, w przeciwnym razie nie zaprzepaściłaby takiej okazji. Bo, chociaż trudno dziś w to uwierzyć, wypad z rodziną nad morze był wtedy dla ludzi pracy nie lada atrakcją. (Nawiasem mówiąc, obecnie bywa tak, że całymi latami mogę nie oglądać morza.)
W mocno przepełnionym tramwaju - nawet pomimo otwartych okien - trudno było wytrzymać. Za to jaka potem była ulga, gdy na końcowym przystanku udało nam się wreszcie rozprostować nogi i odetchnąć świeżym powietrzem. No dobrze, w tym konkretnym dniu powietrze nie było zbyt rześkie.
Pamięć jak to pamięć, bywa zawodna, zatem nie wspomnę, jak długo trwał ten nasz pobyt na plaży i czy w ogóle była jakaś kąpiel. Znając słynną ostrożność taty, bardziej prawdopodobne jest, że zezwolił nam jedynie popluskać się przy brzegu.
Tak czy owak w końcu trzeba było wracać. Łatwiej powiedzieć niźli wykonać.
Wszystkie pojazdy tak były zatłoczone, że szpilki przysłowiowej nie sposób już było wcisnąć. Mało tego, ludzie siedzieli nawet na stopniach, inni uczepili się poręczy niczym winne grona. Co bardziej zdeterminowani zwisali z pootwieranych okien.
Tata podjął szybką decyzję - wracamy piechotą. Przynajmniej dopóki nie nadjedzie jakiś mniej przepełniony tramwaj. Aby wzbudzić w nas entuzjazm, obiecał, że przez całą drogę będziemy robić postoje przed każdą napotkaną budką z lodami, by orzeźwić się i odpocząć. Jak obiecał, tak też zrobił.
W połowie drogi byłyśmy już tak objedzone lodami, że miałyśmy dość. (Kto by pomyślał, że naprawdę istnieje taka możliwość.) Niewiele już brakowało, by spełniła się czyjaś groźba, że zamarznie nam w tyłkach.  Nareszcie przyszło wybawienie, nadjechał wyludniony już tymczasem tramwaj i mogliśmy odciążyć umęczone nogi. W domu okazało się, że nasze klapki na piankowych podeszwach są kompletnie zdarte. Mama nie była tym stanem rzeczy zbytnio zachwycona.
Po latach ojciec opowiadał tę historię naszym dzieciom - czyli swoim wnukom. One zaś ochoczo przyjmowały "lodowatą" propozycję, zwłaszcza, że teraz do przejścia miały zaledwie jeden przystanek. Bowiem rodzice zamieszkali w tej nadmorskiej okolicy, do której z takim samozaparciem dojeżdżaliśmy w dzieciństwie.

18 komentarzy:

  1. Piękne wspomnienie :) Takie ciepłe pomimo tych lodów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę sobie jeszcze trochę powspominać:).

      Usuń
  2. Kiedys mozna bylo "wisiec" z tramwaju, wskakiwac w biegu (praktykowalam!) - nie to, co teraz, kiedy drzwi zatrzaskuja sie automatycznie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też lubiłam sobie co koń wyskoczyć:). Raz wyskoczyłam tak, że znalazłam się z nogą pod tramwajem. Na szczęście zdążył już wyhamować. Od tamtego czasu jestem diabelnie wyhamowana:)

      Usuń
  3. Zapomniałaś dodać, że osobiście wybrałaś najłuższą drogę, byle jak najwięcej łodziarni po drodze było ..tak przynajmniej relacjonował dziadek ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo takie rzeczy zawsze z czasem obrastają legendą:)

      Usuń
  4. od tamtego zdarzenia lody zostały znienawidzone czy dalej je lubisz?
    Uwielbiam takie historie, przekazywane z pokolenia na pokolenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znienawidzone, ale tylko do następnego dnia:)). Miałyśmy z siostrami taką ulubioną lodziarnię Miś. Zawsze wypraszałyśmy u taty złotówkę na loda:)

      Usuń
    2. Lody Miś były najlepsze :)

      Usuń
    3. Właściwie nadal są, pomimo że cokolwiek "spodlały":)). Maj niedaleko, będziemy kultywować lodożerstwo:)

      Usuń
  5. I ja mam swojego znajomego Kazimierza do świętowania

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Są tacy szczęśliwcy, o których pamiętają wszyscy:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Odpowiedzi
    1. Bo to tylko taka ściema z tym przeziębieniem od lodów:)

      Usuń
  8. Odpowiedzi
    1. Miło, lecz tak rzadko zapuszczam się w te rejony. Muszę to zmienić.

      Usuń