Moja wczorajsza rozmowa z siostrą dała mi pożywkę do przemyśleń.
Po pierwsze, nie warto bawić się w głuchy telefon, wszelkie ważne kwestie podejmując na gorąco. Choćby nawet i po to, żeby rozwiać (bądź potwierdzić) własne podejrzenia. Swobodna interpretacja czyjegoś nastroju, zwłaszcza w oparciu o relację osób trzecich nie sprzyja trafności osądu.
Zaś po drugie, skąd bierze się mit, iż pieniądze szczęścia nie dają.
Otóż dają, z tym, że jedynie na chwilę. Bowiem szybko się kończą, nie pozwoliwszy zaspokoić rosnących apetytów. Gdyby jednak założyć, że mamy nieograniczone konto, moglibyśmy dożyć setki wcale nie pytając, czy jesteśmy szczęśliwi. Tak się w życiu składa, że nie tylko czas to pieniądz, ale również ...pieniądz to praca. I to naprawdę absorbująca praca. Skonsumowawszy bowiem wszystko, co tylko do bieżącej konsumpcji się nadaje, zaczyna się człek ...nudzić. Po czym sam zaczyna tworzyć sobie "miejsce pracy". Stąd, zdaje się, pochodzą wszystkie ważkie przedsięwzięcia, wielkie projekty architektoniczne; stąd bierze się mecenat sztuki i fundacje pomocowe.
Może by zatem - na mocy skrótu myślowego - uznać, że tylko praca może dać prawdziwe szczęście?
Że niby truizm i wyważanie otwartych drzwi? Że każdy głupi dawno o tym wie?
Oj, nie wydaje mi się, nie wydaje...
Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.
Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.
Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.
poniedziałek, 15 sierpnia 2016
poniedziałek, 1 sierpnia 2016
Jak to dosłownie "padłam" ofiarą
Praca, rozrywka i wypoczynek. Pomiędzy te trzy można z grubsza podzielić życie. Tak przynajmniej powinno być. Niestety, zdarza się, iż praca absorbuje do tego stopnia, że pozostaje już tylko ździebko czasu na regenerację sił. To ostatnie jest zresztą wskazane - w przeciwnym razie ekstensywna gospodarka własnymi zasobami prędzej czy później uniemożliwi nam sprostanie obowiązkom.
Rozrywka w tym kontekście jawi się już luksusem. Co nie jest na dłuższą metę dobre.
Bowiem dla naszej psychiki jest ona tym, czym dobre akumulatory dla każdego urządzenia.
Jednak nie każdy może sobie na nią pozwolić. I nie chodzi teraz o to, że kosztowna. Bo nawet rozrywka darmowa jest niekiedy wykluczona. To znaczy, niektóre osoby są z niej siłą rzeczy wykluczone. Albo też same muszą się wykluczyć. Jakie to osoby? Ano takie, które wszystkie swoje (skromne) siły zmuszone są zogniskować na pracy. Ponieważ tylko na pracę może ich wystarczyć. Przy dobrych wiatrach - po rozmowie z bratem takie akurat określenie na myśl mi przychodzi.
Moja córeczka dokłada wszelkich starań, by mi - tytułem odskoczni - zapewnić możliwie jak najwięcej letnich atrakcji. Stąd nasz sobotni projekt rodzinnej wycieczki do odległego o 50 kilometrów Tczewa. Dlaczego nie - wszak do tej pory znany nam był jedynie z przejazdów koleją.
W bliższym oglądzie miało się okazać, że nie ma tam zbyt wiele godnych naszej uwagi obiektów. Mieliśmy też spore trudności w namierzeniu lokalu gastronomicznego, który byłby godny "zaszczycenia". Można by rzec, taka Polska B. Aż nie do wiary, że niewiele dalej są Kaszuby - te zaś dosłownie tętnią życiem turystycznym.
Pomimo wszystko sama wycieczka i tak zapamiętana będzie pozytywnie jak też długo odgrzewana we wspomnieniach, kiedy to za oknem szarość i niepewność.
Przynajmniej mogłaby być. Zaś wszystkiemu winien ...Fejsbuk.
Krótko mówiąc, przydarzył mi się wypadek. Starając się stworzyć imponującą galerię na Fejsbuczka namiętnie pstrykałam telefonem fotki. Po czym zrobiłam spory krok do tyłu, a następnie raptowny zwrot o 180 stopni. Tym sposobem zderzyłam się z kantem granitowego słupa zagradzającego uliczkę pojazdom. W starciu z którym to słupem odniosłam kilka obrażeń. Koszmarny siniak o powierzchni 10 centymetrów kwadratowych na podbrzuszu i podobny, sześciocentymetrowy, na udzie. Ten ostatni wskutek upadku na ziemię. Telefon, co ciekawe, wyszedł z tego starcia bez szwanku. Nie ma to jak solidne zabezpieczenia. (Reklamę powyższych darujemy sobie ewentualnie.)
Do czego jednak zmierzam? Otóż wnioski ze zdarzenia są dla mnie jednoznaczne.
Tak, owszem, trzeba uważać. To też, jednak teraz mam na myśli co innego.
Jakże niewiele brakowało, bym pozostała całkowicie unieruchomiona. Moja kontuzja skomplikowałaby życie kilku innych, powiązanych, osób. Które w takim stanie rzeczy musiałyby przejąć moje obowiązki. Toteż ktoś, komu poruczono ważne zadanie powinien roztropnie gospodarować swoim czasem wolnym. Przeznaczając go głównie na relaks i regenerację sił. Rzecz jasna, zgadzam się, że osoba sprawna fizycznie tudzież zdrowa może sobie pozwolić na "aktywny" wypoczynek. W moim jednak przypadku musi to być jedynie coś, co nie nadwyręży resztek moich - szumnie powiedziane - sił.
Reasumując, jeśli do wyboru mamy pracę i rozrywkę, pierwsza z nich zawsze pozostaje priorytetem.
Dzielić czas pomiędzy jedną i drugą ma możliwość jeno taki, kto o sobie w pełni stanowiący.
Lecz choć lubimy mawiać, że to wolny kraj, prawdziwa wolność kończy się nam z chwilą, kiedy zobowiązujemy się rodzinnie. Bądź też zostaniemy siłą wyższą zobligowani.
A oto czarne (a właściwie fioletowe) na białym:
Sorki za striptiz, ale ...musiałam.
Zaś wszystkiemu winne jest poniższe zdjęcie:
Rozrywka w tym kontekście jawi się już luksusem. Co nie jest na dłuższą metę dobre.
Bowiem dla naszej psychiki jest ona tym, czym dobre akumulatory dla każdego urządzenia.
Jednak nie każdy może sobie na nią pozwolić. I nie chodzi teraz o to, że kosztowna. Bo nawet rozrywka darmowa jest niekiedy wykluczona. To znaczy, niektóre osoby są z niej siłą rzeczy wykluczone. Albo też same muszą się wykluczyć. Jakie to osoby? Ano takie, które wszystkie swoje (skromne) siły zmuszone są zogniskować na pracy. Ponieważ tylko na pracę może ich wystarczyć. Przy dobrych wiatrach - po rozmowie z bratem takie akurat określenie na myśl mi przychodzi.
Moja córeczka dokłada wszelkich starań, by mi - tytułem odskoczni - zapewnić możliwie jak najwięcej letnich atrakcji. Stąd nasz sobotni projekt rodzinnej wycieczki do odległego o 50 kilometrów Tczewa. Dlaczego nie - wszak do tej pory znany nam był jedynie z przejazdów koleją.
W bliższym oglądzie miało się okazać, że nie ma tam zbyt wiele godnych naszej uwagi obiektów. Mieliśmy też spore trudności w namierzeniu lokalu gastronomicznego, który byłby godny "zaszczycenia". Można by rzec, taka Polska B. Aż nie do wiary, że niewiele dalej są Kaszuby - te zaś dosłownie tętnią życiem turystycznym.
Pomimo wszystko sama wycieczka i tak zapamiętana będzie pozytywnie jak też długo odgrzewana we wspomnieniach, kiedy to za oknem szarość i niepewność.
Przynajmniej mogłaby być. Zaś wszystkiemu winien ...Fejsbuk.
Krótko mówiąc, przydarzył mi się wypadek. Starając się stworzyć imponującą galerię na Fejsbuczka namiętnie pstrykałam telefonem fotki. Po czym zrobiłam spory krok do tyłu, a następnie raptowny zwrot o 180 stopni. Tym sposobem zderzyłam się z kantem granitowego słupa zagradzającego uliczkę pojazdom. W starciu z którym to słupem odniosłam kilka obrażeń. Koszmarny siniak o powierzchni 10 centymetrów kwadratowych na podbrzuszu i podobny, sześciocentymetrowy, na udzie. Ten ostatni wskutek upadku na ziemię. Telefon, co ciekawe, wyszedł z tego starcia bez szwanku. Nie ma to jak solidne zabezpieczenia. (Reklamę powyższych darujemy sobie ewentualnie.)
Do czego jednak zmierzam? Otóż wnioski ze zdarzenia są dla mnie jednoznaczne.
Tak, owszem, trzeba uważać. To też, jednak teraz mam na myśli co innego.
Jakże niewiele brakowało, bym pozostała całkowicie unieruchomiona. Moja kontuzja skomplikowałaby życie kilku innych, powiązanych, osób. Które w takim stanie rzeczy musiałyby przejąć moje obowiązki. Toteż ktoś, komu poruczono ważne zadanie powinien roztropnie gospodarować swoim czasem wolnym. Przeznaczając go głównie na relaks i regenerację sił. Rzecz jasna, zgadzam się, że osoba sprawna fizycznie tudzież zdrowa może sobie pozwolić na "aktywny" wypoczynek. W moim jednak przypadku musi to być jedynie coś, co nie nadwyręży resztek moich - szumnie powiedziane - sił.
Reasumując, jeśli do wyboru mamy pracę i rozrywkę, pierwsza z nich zawsze pozostaje priorytetem.
Dzielić czas pomiędzy jedną i drugą ma możliwość jeno taki, kto o sobie w pełni stanowiący.
Lecz choć lubimy mawiać, że to wolny kraj, prawdziwa wolność kończy się nam z chwilą, kiedy zobowiązujemy się rodzinnie. Bądź też zostaniemy siłą wyższą zobligowani.
A oto czarne (a właściwie fioletowe) na białym:
Sorki za striptiz, ale ...musiałam.
Zaś wszystkiemu winne jest poniższe zdjęcie:
![]() |
| Moja córeczka w towarzystwie kociewskiego tradycjonalisty, Romana Landowskiego |
poniedziałek, 25 lipca 2016
Obiecuję solennie
W oczach moich najbliższych uchodzę za osobę roztargnioną. A to ciągle coś gubię, to znów czegoś zapominam zabrać. Żegnajcie niezliczone zastępy parasoli, szalików, rękawiczek, a nawet ulubiona kurtko! O chusteczkach do nosa nawet nie warto wzmiankować.
Wracając autobusem z kolejnego "dyżuru" beztrosko położyłam na siedzeniu torbę. Taką, z którą na ogół nie rozstaję się nigdy. Trzymam ją na ramieniu bądź przynajmniej przekładam przez rękę pasek. Tym razem coś mnie podkusiło, by ją położyć na siedzeniu obok. Potem zwyczajnie wyszłam sobie z autobusu. Niestety, dopiero po czasie skonstatowałam, że jakoś mi podejrzanie lekko. Zrobiłam pospiesznyrachunek sumienia remanent potencjalnie utraconych dóbr. Czarna sukienka - bynajmniej nie nowa, ale jedyna, w której się aktualnie mieszczę, brudna bielizna, domowy stanik ze złamaną fiszbiną, kilka T shirtów, no i - to prawdziwy pech - wyniki badań laboratoryjnych mojej mamy. Niewiele brakowało, a włożyłabym tam jeszcze swój najnowszy smartfon. Na szczęście coś mnie przed tym powstrzymało. Anioł Stróż, ani chybi.
Po chwili zorientowałam się, że w torbie pozostało jeszcze coś. Moje ulubione słuchawki!
Czyli problem wyglądał poważnie. Przełączyłam się na tryb działania.
Podeszłam do najbliższego autobusu, referując sprawę kierowcy. Uprzejmy pan podał mi numer do dyspozytorni. Niestety, chyba nie ten właściwy - nikt nie odbierał telefonu. Następny kierowca wykazał się większą skutecznością - połączył się przez SB radio z centralą, pytając, gdzie obecnie znajduje się pojazd, z którego wysiadłam. Domyślnie udałam się na przystanek, z którego odchodzą autobusy w kierunku powrotnym. Niebawem okazało się, że dobrym tropem poszłam. Pani dyspozytorce udało się połączyć z kierowcą "mojego" pojazdu. Już w toku usłyszanej rozmowy zorientowałam się, że torba szczęśliwie pozostała na miejscu. Hura! Nikt się na nią nie połaszczył. Innymi słowy, nie całkiem wymarła uczciwość w narodzie.
Za kilka minut podjechał autobus i zgłosiłam się do kierowcy. Pan wręczył mi torbę z uśmiechem. Voila! Uradowana podziękowałam serdecznie, obiecując, że będę się za wszystkich modlić.
Teraz muszę się z tego wywiązać. No i jeszcze obiecane dziesięć złotych dla świętego Antoniego.
(Proszę mi się tu nie śmiać! To poważna rzecz.)
Obiecuję solennie - od dziś będę miała oczy dookoła głowy.
Czy to dziwne, że nie od razu sprawdziłam zawartość?
Chciałam nacieszyć się chwilą - i tak nie miałam wpływu na to, co niechybnie miało się okazać. Zajrzałam ostrożnie, miast niecierpliwie lustrować stan.
Bogu dzięki, nie brakowało niczego.
Wracając autobusem z kolejnego "dyżuru" beztrosko położyłam na siedzeniu torbę. Taką, z którą na ogół nie rozstaję się nigdy. Trzymam ją na ramieniu bądź przynajmniej przekładam przez rękę pasek. Tym razem coś mnie podkusiło, by ją położyć na siedzeniu obok. Potem zwyczajnie wyszłam sobie z autobusu. Niestety, dopiero po czasie skonstatowałam, że jakoś mi podejrzanie lekko. Zrobiłam pospieszny
Po chwili zorientowałam się, że w torbie pozostało jeszcze coś. Moje ulubione słuchawki!
Czyli problem wyglądał poważnie. Przełączyłam się na tryb działania.
Podeszłam do najbliższego autobusu, referując sprawę kierowcy. Uprzejmy pan podał mi numer do dyspozytorni. Niestety, chyba nie ten właściwy - nikt nie odbierał telefonu. Następny kierowca wykazał się większą skutecznością - połączył się przez SB radio z centralą, pytając, gdzie obecnie znajduje się pojazd, z którego wysiadłam. Domyślnie udałam się na przystanek, z którego odchodzą autobusy w kierunku powrotnym. Niebawem okazało się, że dobrym tropem poszłam. Pani dyspozytorce udało się połączyć z kierowcą "mojego" pojazdu. Już w toku usłyszanej rozmowy zorientowałam się, że torba szczęśliwie pozostała na miejscu. Hura! Nikt się na nią nie połaszczył. Innymi słowy, nie całkiem wymarła uczciwość w narodzie.
Za kilka minut podjechał autobus i zgłosiłam się do kierowcy. Pan wręczył mi torbę z uśmiechem. Voila! Uradowana podziękowałam serdecznie, obiecując, że będę się za wszystkich modlić.
Teraz muszę się z tego wywiązać. No i jeszcze obiecane dziesięć złotych dla świętego Antoniego.
(Proszę mi się tu nie śmiać! To poważna rzecz.)
Obiecuję solennie - od dziś będę miała oczy dookoła głowy.
Czy to dziwne, że nie od razu sprawdziłam zawartość?
Chciałam nacieszyć się chwilą - i tak nie miałam wpływu na to, co niechybnie miało się okazać. Zajrzałam ostrożnie, miast niecierpliwie lustrować stan.
Bogu dzięki, nie brakowało niczego.
wtorek, 5 lipca 2016
Absurd
- Za jakieś, powiedzmy, pięć lat nie będę miał wyboru i będę musiał popełnić samobójstwo.
- No tak, lecz w jaki sposób chciałbyś to zrealizować - udaję, że rozważam z troską.
- Do tego czasu na pewno jakieś możliwości się otworzą. Dostępne będą odpowiednie procedury. Taką przynajmniej mam nadzieję.
- Ja zaś w cichości ducha liczę, że staną się zupełnie zbędne. Że zniknie powód, dla którego...
Pięć lat to mnóstwo czasu, wszak jeszcze mogą zmienić się układy, już tak niewiele brakowało.
- Ja również; tym niemniej wyjście awaryjne zawsze powinno być.
W jakim kierunku nastąpi progres - co bardziej społeczności się opłaci.
Czy lepiej człowiekowi umożliwić, by mógł tożsamość swą konstytuować, czy też zwyczajnie spisać go na straty. Utylizować miast humanizować - toż to prawdziwy byłby absurd!
- No tak, lecz w jaki sposób chciałbyś to zrealizować - udaję, że rozważam z troską.
- Do tego czasu na pewno jakieś możliwości się otworzą. Dostępne będą odpowiednie procedury. Taką przynajmniej mam nadzieję.
- Ja zaś w cichości ducha liczę, że staną się zupełnie zbędne. Że zniknie powód, dla którego...
Pięć lat to mnóstwo czasu, wszak jeszcze mogą zmienić się układy, już tak niewiele brakowało.
- Ja również; tym niemniej wyjście awaryjne zawsze powinno być.
W jakim kierunku nastąpi progres - co bardziej społeczności się opłaci.
Czy lepiej człowiekowi umożliwić, by mógł tożsamość swą konstytuować, czy też zwyczajnie spisać go na straty. Utylizować miast humanizować - toż to prawdziwy byłby absurd!
niedziela, 3 lipca 2016
Niespodzianka
- Wracam dzisiaj do domu, będę tak pod wieczór - mówię do dziecięcia przez telefon.
- Ale ...jak to, przecież uzgodniliśmy, że dopiero jutro. Ostrzegam, w twoim pokoju demolka, nogi nie ma gdzie postawić.
Entuzjazmu coś brak - myślę lekko speszona - tak to się mać swoją wita? Ot, sobie człek wyhodował na memłonie własnym!
- Dobra, nieważne, jakoś się przekimam, jutro możesz działać dalej. Porządkować książki, sortować ubrania, demontować sprzęt.
Z uwagi na rychłą przeprowadzkę - chociaż właściwie nie tylko, ponieważ ta konieczność wisi nad nami od dawna - pozbywamy się tego, co zdawałoby się zakorzenione i wręcz nie do wyplenienia.
Ot, na przykład tapczan, który najlepsze lata ma już za sobą i teraz połamanymi sprężynami straszy. Od dawna służy nam jako magazyn niepotrzebnych rzeczy - przywalony stertą poduch, nienoszonych ubrań, a nawet, o zgrozo, książek, które już nie mieszczą się na półkach.
Jak tu się pozbyć tego wszystkiego i jak to logistycznie rozegrać - od jakiegoś czasu myślę z wielką troską. Następnie zapominam o sprawie, w obliczu spraw istotniejszych.
(Kiedy mam wolny tydzień, myślę już o czym innym tudzież regeneruję nadwątlone siły.)
Wchodzę do mieszkania, lukam ostrożnie, a tu zaledwie kilka pakunków skromnie przy regale stoi.
- Chodź do mojego pokoju - woła już od progu dziecię. Voilà!
A to niespodzianka. Cóż bowiem widzą moje piękne oczy?
Połać wolnego miejsca, podłogę odkurzoną starannie, zaś pod samą ścianą równiutko ustawione elementy. Stelaż, oparcia i poprzeczki. Wszystko starannie rozkręcone, rozmontowane dosłownie na części pierwsze. Bardzo łatwe do samodzielnego wyniesienia, oprócz stelaża, który pod osłoną nocy wywieziemy sobie razem. Po to właśnie mamy towarową windę.
Dzisiaj wieczorem - bo akurat jutro jest wywózka tych "wielkogabarytowych".
Wprost nie mogę wyjść z podziwu. Brawo, moje zmyślne dziecię!
- Ale ...jak to, przecież uzgodniliśmy, że dopiero jutro. Ostrzegam, w twoim pokoju demolka, nogi nie ma gdzie postawić.
Entuzjazmu coś brak - myślę lekko speszona - tak to się mać swoją wita? Ot, sobie człek wyhodował na memłonie własnym!
- Dobra, nieważne, jakoś się przekimam, jutro możesz działać dalej. Porządkować książki, sortować ubrania, demontować sprzęt.
Z uwagi na rychłą przeprowadzkę - chociaż właściwie nie tylko, ponieważ ta konieczność wisi nad nami od dawna - pozbywamy się tego, co zdawałoby się zakorzenione i wręcz nie do wyplenienia.
Ot, na przykład tapczan, który najlepsze lata ma już za sobą i teraz połamanymi sprężynami straszy. Od dawna służy nam jako magazyn niepotrzebnych rzeczy - przywalony stertą poduch, nienoszonych ubrań, a nawet, o zgrozo, książek, które już nie mieszczą się na półkach.
Jak tu się pozbyć tego wszystkiego i jak to logistycznie rozegrać - od jakiegoś czasu myślę z wielką troską. Następnie zapominam o sprawie, w obliczu spraw istotniejszych.
(Kiedy mam wolny tydzień, myślę już o czym innym tudzież regeneruję nadwątlone siły.)
Wchodzę do mieszkania, lukam ostrożnie, a tu zaledwie kilka pakunków skromnie przy regale stoi.
- Chodź do mojego pokoju - woła już od progu dziecię. Voilà!
A to niespodzianka. Cóż bowiem widzą moje piękne oczy?
Połać wolnego miejsca, podłogę odkurzoną starannie, zaś pod samą ścianą równiutko ustawione elementy. Stelaż, oparcia i poprzeczki. Wszystko starannie rozkręcone, rozmontowane dosłownie na części pierwsze. Bardzo łatwe do samodzielnego wyniesienia, oprócz stelaża, który pod osłoną nocy wywieziemy sobie razem. Po to właśnie mamy towarową windę.
Dzisiaj wieczorem - bo akurat jutro jest wywózka tych "wielkogabarytowych".
Wprost nie mogę wyjść z podziwu. Brawo, moje zmyślne dziecię!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


