Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.


Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Syn marnotrawny 2014

Ten inspirowany Andrzejkami post miałam już napisany w czasie odpowiednim. 
Brakowało tylko przysłowiowej kropki nad "i".
Trudno mi było w obliczu trapiących mnie przypadłości zdobyć się na dokończenie.
Dziś Urodziny Dziecięcia mego. Wypadałoby zatem uczcić je adekwatnie.
- Co chcemy robić - pytam zainteresowanego.
- Łaskawie dokończ post o Andrzejku!
Zatem aby stało się zadość osobliwym zwyczajom naszym, oto post na cześć nosiciela imienia tegoż.


Obładowana zakupami, przekładając torby do jednej ręki, z trudem wystukuję kod domofonu.
Przeczuwam już, co za chwilę będzie.
Fetor jest tak dotkliwy, że z ogromnym wysiłkiem powstrzymuję mdłości. Nie ma sposobu, by go zignorować. Na pierwszym piętrze, tuż przed drzwiami do mieszkania leży coś.
Na pierwszy rzut oka brudny kłąb łachmanów.
Ja jednak wiem, że to on.
Andrzejek. Przywykliśmy, by go tak nazywać, chociaż teraz to dorosły chłop.
Skupiam całą uwagę, by nie tknąć poręczy.
Może być zanieczyszczona - siostra żartuje, że od samego powietrza.
Od trzeciego piętra zdaje się być nieco lepiej, choć nozdrza i tak kumulują zapach.
Na czwartym, gdzie mieszka moja mama, prawie nic już nie czuć.
"Prawie nic nie czuć" - tak właśnie zwykle odpowiada, gdy zagadujemy o to.
Mama nigdy nie użyłaby określenia "śmierdzi". Żadnego zresztą niecenzuralnego zwrotu.

Gdy Andrzej był mały, zdarzył się wypadek. Poszli z tatą zmienić opony na zimowe.
Lewarek się obsunął, samochód zmiażdżył ojcu płuca. Zmarł na miejscu, nim przyjechała karetka.
Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia. Na oczach pięcioletniego synka.
Po latach rodzina podzieliła się majątkiem. Andrzejkowi w rozliczeniu dano inne mieszkanie, drugi syn został z matką w tym dotychczasowym.
Po to, by się nią opiekować. Od śmierci męża jakoś nie mogła kobieta do ładu dojść.
Zamieszkał Andrzej w innej części miasta. Przez jakiś czas sprawy toczyły się swoim trybem.
Potem los chyba przestał mu sprzyjać, stracił pracę, zaczął pić, popadł w długi.
Koniec końców stracił wszystko.
Pozbawiony środków do życia nocował na klatkach schodowych, w piwnicach, albo i gdzie popadnie.
Zbierał puszki, cierpliwie przeszukując okolice śmietników. W nadziei, że wypatrzy niedopałek papierosa. Albo coś nadającego się do spożycia, bo i z tym zaczynało być krucho.
Nie wiem, czy korzystał z noclegowni bądź z darmowych jadłodajni. Dość, że snuł się po osiedlu, brudny i odrażający. Czasami litościwy kumpel dał mu się napić ze wspólnej flaszki.
Wreszcie wpadła mu do głowy myśl, by wrócić do rodzinnego gniazda.
Ot, niemal jak biblijny, marnotrawny syn.
Tyle, że jego powrotu nie życzył sobie nikt.
Ojciec nie  żyje, matka znalazła sobie konkubenta, a bratu właśnie powiększyła się rodzina.
Tak więc Andrzejek spędzał dni pod drzwiami dawnego mieszkania.
Żywiąc się tym, co łaskawa rodzina wystawiła mu w reklamówce.
Czasem pozwalano mu się wykąpać i zmienić ubranie. To już przecież coś.
Gdy wychodził z budynku, brat zmywał podłogę, chcąc zatrzeć ślady bytności Andrzejka.
Nie zawsze skutecznie. Brud wżerał się w podłoże, na drzwiach znaczył miejsca, których dotykały gnijące łachmany. Odrażający fetor nie miał szans się ulotnić w zastałym powietrzu.
Sąsiedzi zaczęli się burzyć.
To być nie może. Wszak obniża wartość lokali. Sformułowano petycję.
Niechaj stosowne władze się Andrzejkiem zajmą, zabronią wstępu na klatkę.
Zaczęto zbierać podpisy. Oprócz mojej mamy zgodzili się wszyscy.
Czyż nie przeszkadza jej zapach? Owszem, przeszkadza, lecz miłość bliźniego pojmuje serio. 
- A gdyby tak o mnie chciano decydować...

Jakie uczucia mamy odnośnie bezdomnych?

Czujemy się od nich lepsi.
Dlatego, że bardziej uprzywilejowani. Bardziej ogarnięci. Albo mądrzejsi.
Że nam należy się więcej.
Że sami sobie są winni.

Żądamy, by wyrzucać ich z dworców, autobusów, tuneli.
Bo brudni, paskudni i...śmierdzą.

62 komentarze:

  1. Smutna historia :((
    Każdy człowiek jest Człowiekiem. Niezależnie od rasy, kultury, poziomu inteligencji i innych niby wyznaczników. Nie ma ludzi lepszych lub gorszych.
    Widząc bezdomnego czuję smutek ale mimo to próbuję przesłać ciepły uśmiech. Widzę, że u tego człowieka w kórymś momenie życia zabrakło miłości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nasz pozytywny stosunek do bezdomnych pomaga bardziej nam samym, niż tym ludziom.
      Może i niezbyt wiele dla nich możemy zrobić, lecz przynajmniej nie degradujemy własnej osoby pogardą.
      A może zachodzi tu zależność między braniem i dawaniem. Może nic im przyjdzie z naszego współczucia tudzież akceptacji, lecz jakże nas samych to uszlachetnia:). Ci z nas, którzy próbują racjonalizować odczuwaną niechęć, w gruncie rzeczy sami na tym tracą najbardziej.

      Usuń
  2. Jakakolwiek pomoc takim ludziom mija sie i tak z celem, oni po prostu tej pomocy nie chca, wola pic, nie myc sie i zyc po swojemu. A sasiadom naprawde trudno sie dziwic, ja tez wolalabym nie miec pod drzwiami odorku.
    Zal mi i jego, i sasiadow...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba najlepiej Aniu oddałaś moje myśli związane z Andrzejkiem i jemu podobnymi.
      Wszystkim jest trudno pracować, ponosić straty, chorować, a mimo to płacimy te rachunki, żeby nas na dwór nie wystawili, chodzimy do pracy, a nie idziemy pić itd. Dlatego jakoś i ja nie chciałabym mieć takiego Andrzejka na klatce... Po to są noclegownie.
      Przecież mieszkanie miał, skoro przepił, to taki był jego wybór i w to niestety wierzę mocno.

      Usuń
    2. Ja też się podpisuję. Bez przesady, to nie średniowiecze, jeśli ktoś potrzebuje pomocy, to są miejsca, gdzie się można zwrócić. Tylko zwykle trzeba do tego spełnić "arcytrudne" warunki - czyli przyjść trzeźwym, czasem coś zrobić, wykonać jakąś pracę...
      Na miejscu sąsiadów Andrzeja do skutku nasyłałabym sanepid, wzywała straż miejską etc. Pracuję, płacę podatki, płacę czynsz. Nikt mi za darmo niczego nie daje i nie widzę powodu, by żerowały na tym rozmaite pijaczki.

      A historia o synu marnotrawnym zawsze budziła moje wątpliwości. To super wygodnickie podejście - to ja najpierw się dobrze pobawię, wszystko wydam na przyjemności - a potem wrócę z podkulonym ogonem, bo przecież mnie kochają i mi przebaczą... Jak to słyszę, to sama ręka mi się podnosi, aby się popukać w czoło.

      Usuń
    3. Trudno mi się zgodzić z takim podejściem, choć jednocześnie wiem, że to nie takie proste. Oczywiście, że rozumiem wszystkie wymienione racje, sama uciekam na drugi kąt autobusu, żeby nie jechać w smrodzie:)).
      I to jest typowo ludzkie. Chodzi jednak o coś więcej. Mam wrażenie, że szwankuje system, skoro wyrzuca na margines tyle wartościowych osób. Bowiem wartościowy jest każdy - w dobrze funkcjonującym społeczeństwie każdy powinien znaleźć swoje miejsce. To nie jest tylko "wina" niezaradnych osób. Niefrasobliwe pokładanie nadziei w mechanizmach rynku do niczego dobrego nie prowadzi. Nieelastyczne podejście do prawa podaży i popytu może zrujnować nie tylko szarego obywatela, lecz niejedno przedsiębiorstwo.

      Usuń
    4. Interpretacja przypowieści o synu marnotrawnym to taki temat - rzeka.
      Racja jest właściwie po każdej stronie. Inaczej wcale nie byłoby o czym mówić:).

      Usuń
    5. No i z jednym się nie zgodzę Errato. Każdy oczywiście jest wartością samą w sobie jako człowiek w ogóle.
      Ale nie każdy coś z tą swoją wartością robi, a pamiętasz przypowieść o zmarnowaniu talentów? Moim zdaniem jest o wiele bardziej pouczająca. Niestety nie ma we mnie słowa zmiłuj wobec takich synów marnotrawnych, tym bardziej jak sobie wyobrażę, ile osób jeszcze pewnie pociągnęli za sobą lub ile przez nich się rodzin, kobiet i dzieci, oczekujących miłości i zasługujących na nią, wycierpiało.
      Tak że w ogóle synów marnotrawnych mam ... hm w głębokim poważaniu i byle dalej ode mnie!

      Usuń
    6. Przypowieści trzeba odczytywać wielopłaszczyznowo. Oraz korzystać ze wszystkich jednocześnie.
      Względy praktyczne uniemożliwiają nam wcielanie w życie zbawiennych rad - zwykle nie ma już drugiego mieszkania, którym by można "marnotrawnego" poratować. To cena, którą ten płaci.
      Jednak ...nie sądźmy, aby i nas nie osądzono. Kto wie, może między innymi również nasze błędy wychowawcze złożyły się na postępowanie tegoż.

      Usuń
  3. zupełnie niedawno miałam podobny problem. Niewydolność rodziców, mimo że brak tam alkoholu, doprowadza do zaniedbania dzieci.. smród i niedopilnowanie. Okazało się potem, że dużo ludzi pomaga i interweniuje w sprawach tej rodziny.... ale odpowiednie instytucje jak to zwykle bywa, mają to gdzieś. Pomoc ludzi na nic sie nie przydaje, ale i tak mimo to ludzie pomagają... a oni nie widzą swojego problemu i nie czują swojego smrodu. Jak wyleczyć kogoś kto wierzy że jest zdrowy?
    To są bardzo trudne tematy.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się; to bardzo trudne. Najważniejsze jest wyczulenie na problem. Nie można bezrefleksyjnie hołdować zasadom wolnego rynku. Spychać systemowo na margines całych grup ludności, a potem obarczać ich winą za "niezaradność". Jak ja "kocham" to idiotyczne określenie! Każdy człowiek ma wpisaną w swoją naturę pracowitość i zaradność. Jeśli ktoś zdaje się zaprzeczać tej zasadzie, problem musi leżeć głębiej. I to jest również nasz problem.

      Usuń
  4. Bardzo smutna, przejmująca historia...Jak pomóc? Bezradność, współczucie, ludzki odtuch wstrętu i niechęci a jednoczesnie wczucie sie w sytuacje tamtego i wyobrazenie, ze przecież i na nas moze paśc coś takiego...
    Wszystkiego dobrego dla Twojego syna!:-))***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Olu:). I Julian również:).
      Bezradność. Nasza nie dziwi nikogo. Dlaczego tak dziwi ICH bezradność. Wszak nie wytworzyła się bez powodu.

      Usuń
  5. jest wiele sytuacji, w któych nie można pomóc
    nawet jakby ten pan dostał mieszkanie nic by to nie zmieniło,
    czy to brak szacunku że cięzko pracując chcemy wrócić do domu, w którym nic nie śmierdzi?
    czy brak miłości bliźniego?
    nie jestem pewna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no i zyczenia dla Syna i Matki, co w bólu porodziła w zimowy dzień dziecię:))

      Usuń
    2. Oj tam, oj tam:)). Już zapomniałam:).
      Niestety, nie na wszystko mamy środki zaradcze. Przynajmniej nie zawsze od ręki. Ważne, by się od problemu nie odcinać. To również i nasz problem - żyjemy w systemie naczyń połączonych,

      Usuń
    3. społeczeństwo powinno się zajmować swoimi słabszymi, a za takich uznaję bezdomnych
      i się zajmuje
      w Polsc nie brakuje noclegowni
      są też tacy niesamowici ludzie jak siostra Chmielewska
      bieda ludzka to studnia bez dna, każdy dobry uczynek tam się zmieści

      Usuń
    4. To prawda, że zajmuje się tym wiele instytucji. Bez wątpienia ofiarnie. Jednak jest to i zawsze będzie studnia bez dna, jeśli nie wprowadzi się odpowiednich rozwiązań systemowych. Takich, by zjawisko zamiast pogłębiać się, wygasało samoistnie.

      Usuń
    5. nie wierzę, że można taki system stworzyć, który w 100% zlikwiduje problem

      Usuń
    6. Bo świat nie jest doskonały. Ale należy próbować.

      Usuń
    7. absolutnie
      ale też nie mozna sobie zarzucać, że nie umie się zbawić całego świata

      Usuń
    8. Otóż to. W przeciwnym razie zatrulibyśmy sobie całą radość. Tej zaś i tak nie mamy za wiele:).

      Usuń
  6. ciężko pracujący człowiek ma prawo do spokoju i bezpieczeństwa i nie można dawać się terroryzować komuś, kto wybrał takie życie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że ma prawo. Pewien pan w reakcji na smród roztaczany przez nieumytego gościa, wykrzyknął: "jest jeszcze w tym kraju woda i mydło!" Słusznie. Postuluję, by każdy miał możliwość z tych dobrodziejstw cywilizacji skorzystać. W trosce o nasze zbiorowe powonienie:)).
      "Wybrał takie życie"? Czy aby na pewno miał wybór?

      Usuń
    2. są noclegownie, w któych naprawdę można się umyć
      tylko z picia trzeba zrezygnować
      wiadomo, nałóg, niełatwo zerwać
      ale ale ale

      Usuń
    3. Oj, niełatwo, niełatwo. Nawet z takich słodyczy:))

      Usuń
    4. Mnie teraz już też. Dopiero teraz. Kluczem do wszystkiego jest właściwa motywacja. Wtedy działa skutecznie. Samo pragnienie nie wystarczy, choćby było nie wiem, jak jak żarliwe.

      Usuń
    5. to prawda
      teraz staję znowu przed wyborem co rzucić
      z powodu bólu
      jak będzie boleć to zowu zmodyfikuje dietę, byleby nie bolało

      Usuń
    6. I tym sposobem człowiek coraz to bardziej się wycofuje. Powoli rezygnuje z coraz większej liczby przyjemnych rzeczy. Żeby chociaż korzyści były warte swojej ceny. Zresztą może i są tych wyrzeczeń warte, lecz wszystko to i tak niewspółmierne w stosunku do strat. Ot, los...

      Usuń
  7. Trudny temat, a historia maleńkiego chłopca, który jest świadkiem śmierci ojca zupełnie rozłożyła mnie na łopatki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Często sobie o tym przypominam. Tak łatwo poruszają nas dziecięce dramaty...
      Każdy włóczęga, nicpoń, czy przestępca, też był kiedyś dzieckiem.

      Usuń
  8. Przy odrobinie innym układzie okoliczności to mógłby być każdy z nas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobna myśl towarzyszy mi nieustannie.

      Usuń
    2. Mnie też... mnie też.
      Dlatego nie nam sądzić. Oj, nie.

      Usuń
  9. Bywa też tak, że tacy ludzie sami dokonują wyboru, jak chcą żyć. Nie przyjmują pomocy, albo liczą na wieczną łaskę kogoś, kto raz wyciągnie rękę. Trudno wyrokować...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, że go dokonują dowodzi ogromnej izolacji. Nikt nie powinien czuć się wykluczony. Nikt nie zasługuje na to.

      Usuń
  10. To trudny temat... Do naszego domu, szczegolnie zima, przychodza obdarci, cuchnacy ludzie. Zawsze dostana cos cieplego do zjedzenia. Wczesna wiosna przychodzenie wielu z nich sie konczy... zostaje jedna, dwie osoby. Mieszkancy maja prawo do spokoju, ale i ten czlowiek, ktoremu zycie ptoczylo sie tak czy inaczej ma prawo do pomocy, tej niezbednej...
    Serdecznosci
    Judyta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak dobrze, że wiedzą, dokąd mogą przyjść. To wprawdzie na dłuższą metę sprawy nie rozwiąże, lecz okazane serce może stać się dla kogoś impulsem do zmiany.

      Usuń
  11. Nie sadze zeby takie zycie bylo wyborem. Nikt z wyboru nie chce byc bezdomny, smierdzacy czy obdarty.
    Nie wierze w to i nigdy nie uwierze.... powiem wiecej najbardziej boje sie ludzi, ktorzy przymykaja oczy na takie zjawisko i ktorzy chca sie izolowac, bo przeciez "placa i maja prawo zyc bez smordu".
    Naprawde?
    Placa dopoki maja. Nie mowmy hop dopoki nie przeskoczymy.
    Dziekuje Ci bardzo za te notke, od lipca chodzi mi po glowie wlasnie notka na ten temat i chyba dzieki Tobie przyszedl odpowiedni czas zeby ja napisac.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze nie napisalam wszystkiego, wiec wracam.
      Czy ten maly piecioletni Andrzejek wybral sobie byc swiadkiem smierci ojca?
      Kto z nas wie jakie spustoszenie zrobilo to w glowie malego chlopca?
      Kto z nas wie na co moze zachorowac jutro?
      Kto z nas wie jak sie dalej potocza nasze losy?
      Rozne juz fortuny padaly, wiec i kazda z naszych moze pasc w mgnieniu oka... i co wtedy?
      Czy to tez bedzie wybor?

      Usuń
    2. Może nie chodzi o to, co nas czeka, ale jak na to zareagujemy?

      Usuń
    3. Wiesz Thunder, moglabym duzo pisac i podawac przykladow, ale po co?
      Zycze Ci tylko zebys nigdy nie musiala sprawdzac jak zareagujesz kiedy staniesz nad przepascia a w dole zobaczysz tylko ludzka nienawisc, bo tego nie zycze nikomu.

      Usuń
  12. Stardust z ust mi wyjelas slowa, ktore chcialam napisac. AR

    OdpowiedzUsuń
  13. Star wybór polega na tym, że taka osoba nie chce dać sobie pomóc, nie chce spać w schronisku bo tam trzeba przestrzegać regulaminu, na przykład nie pić, poddać się leczeniu, pracować na rzecz schroniska choćby sprzątając za sobą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klarko, co to znaczy "nie chce dac sobie pomoc"? Czy to aby nie znaczy, ze na te pomoc jest juz mocno za pozno i teraz powinna ona wygladac inaczej... A moze choroba alkoholowa jest juz tak daleko posunieta, tak zrujnowala umysl, ze ten czlowiek nie widzi sensu i celu. A moze juz kiedys ktos chwilowo "podal reke" i zabraklo mu cierpliwosc zeby te pomocna reke podawac regularnie i to spowodowalo kolejny zawod, kolejne rozczarowanie zyciem i ludzmi....
      Nie wiem czy wiesz, ale wiekszosc tych nieszczesnikow jest bardzo wrazliwa i wlasnie ta nadwrazliwosc psychiczna czesto powoduje, ze "nie chca sobie dac pomoc" bo oni przezyli juz tyle zawodow zyciowych...
      Najpierw najczesciej odtraceni przez bliskich, moga to byc rodzice, rodzenstwo, potem koledzy w szkole, nauczyciele "bo ty jestes glupi", "bo ty w zyciu do niczego nie dojdziesz" a jak ktos sie urodzil w marginesie spolecznym to naprawde nie ma szans, ani w Polsce, ani nigdzie na swiecie, jest wrecz skazany na to "nie dac sobie pomoc".
      Przepraszam, ze to wszystko w odpowiedzi na Twoj komentarz, ale ja nie rozumiem, nie rozumiem w tym wzgledzie zwlaszcza katolikow. Za dwa tygodnie zaczniemy szykowac Wigilie, kazdy postawi pusty talerz na stole "dla potrzebujacego" i co z nadzieja ze ten potrzebujacy NIGDY nie zapuka do drzwi, czy moze jak zapuka to mu sie je zatrzasnie przed nosem bo smierdzi???

      Usuń
    2. To znaczy, że nie liczą się z nikim i najważniejsze dla nich jest, aby się napić. Przez wiele lat opiekowałam się rodziną takiego człowieka, który nie chciał iść na leczenie twierdząc, że to rodzina winna jest za każdym razem, kiedy on pije. Pił, załatwiał się pod stół lub do łózka, leżał zanieczyszczony wymiocinami. Jego dwunastoletni syn mówił do mnie - wiesz, wolałbym, aby tata pił codziennie, bo tak to nie wiem, co będzie wieczorem albo w nocy. Wreszcie żona i dzieci uciekli z domu i zamieszkali w domu samotnej matki a ten pijak chodzi i żali się jak go bardzo rodzina skrzywdziła opuszczając go w chorobie, bo przecież alkoholizm to choroba. Nigdy jednak nie był ani razu na spotkaniu AA , nie zrobił nic, aby przestać pić. Dodam, że żona składała wniosek o leczenie ale on się nawet nie stawił. Powiem tak - nie mam z tym problemu, jeśli ktoś uważa, że pijaka należy hołubić, niechże go przygarnie u siebie w mieszkaniu, umyje i napoi, nie tylko w wigilię, przecież oni potrzebują tego cały czas i wiara katolicka czy inna nie ma tu nic do rzeczy.

      Usuń
    3. Klarko, tak z reka na sercu ile znasz takich przypadkow jak opisalas, a ile takich gdzie bezdomnosc jest wpisana niejako w akt urodzenia, bo wlasnie dziecko mialo nieszczescie urodzic sie w takiej rodzinie, alkoholizm moze byc dziedziczny.
      Nie mowie o holubieniu pijakow, pijakow to akurat tlukla bym bez zadawania pytan i to tak samo tych bezdomnych jak i tych w garniturach na wysokich stanowiskach, oni nawet wiecej pija bo maja wiecej za co.
      Mowie o przykladzie jaki podala Errata... czy naprawde nikogo nie zastanowil fakt, ze jak rodzina Andrzejka dzielila ten majatek to Andrzejkowi dostalo sie mieszkanie z daleka od matki i brata?
      Czy to aby nie kolejny kopniak losu, najpierw smierc ojca, ktora Andrzejek widzial, pewnie nie bardzo rozumial, ale widzial a skutki tego co widzial dotarly pozniej, potem mieszkanie z daleka od matki i brata.
      A jak stracil prace i zaczal pic to tez matka ani brat nie wyciagneli reki?
      Teraz podaja czasem cos do jedzenia i myja podloge po Andrzejku.... no coz, skoro tylko tyle potrafili przez te wszystkie lata zrobic? to pewnie chwala im za to.
      Zobacz ludzie przygarniaja bezdomne koty, psy, czesto chore, zapchlone i ja mimo, ze nie kociara to ich podziwiam..... a jednoczesnie ci sami ludzie tak latwo odwracaja sie od czlowieka, bo jest brudny.
      Nie rozumiem tego i mam nadzieje, ze nigdy nie zrozumiem... nie chce taka byc.
      Jak wiesz nie jestem kociara, sama przeganialam walesajace mi sie po podworku koty jak sie tu przeprowadzilam, bo ich nie lubie, boje sie ich, ale nie krzywdze. Ja wiem, ze mozesz mi napisac, ze Ty tez nie krzywdzisz, bo przeciez nigdy nie kopnelas takiego "andrzejka" jak i ja nie kopnelam kota.... mozemy tak sobie dyskutowac do usmiechnietej smierci:)
      Ale to ciagle nic nie zmienia.
      buziaki Klarko:***

      Usuń
    4. Pójdź w me ramiona, Stardust kochana:)))*. Słowa Twe balsamem kładą się na mą duszę.
      Właśnie napisałam nowy post, inspirowany Waszymi komentarzami.

      Usuń
  14. Na pewno są wyjątki - czasem jakieś "fatum" ciąży na czyimś życiem,ale zdecydowana większość z tych ludzi żyje tak na WŁASNE ŻYCZENIE.Co nie znaczy,że nie wzbudzają współczucia,czy chęci niesienia pomocy.
    Asia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. anonimowy - aż chciało by się rzec: ale pierdolisz :))) pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  15. haha, spędzam z takimi ludźmi większość życia. nie wypowiem się, bo nie wiem, od czego bym miała zacząć. w każdym razie - bardzo lubię moją pracę, a smród - no cóż, czasem jest trudno, ale wolę go zdecydowanie od pracy w korpo :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę to zrozumieć. Wszystko, tylko nie korpo, na litość Boską:)))

      Usuń
  16. Niektorych brzydzi nie tylko korporacja,ale każda praca:)) I w tym chyba tkwi główna przyczyna problemu,o którym piszesz.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również pozdrawiam. Mimo, iż pozwolę sobie nie podzielić Twojego (dość rozpowszechnionego zresztą) poglądu.
      Nie ma ludzi, których brzydzi "każda praca". To leży w naszej naturze.
      Niektórzy z nas nie zdają sobie sprawy, ile pracy muszą wykonać tacy bezdomni - na pozór nie pracujący - ludzie, aby przy życiu się utrzymać.

      Usuń
    2. acha! dobrze, że chociaż Ty, errato, zrozumiałaś ten komentarz, ja widać już zupełnie jestem poza tym dyskursem :)) i dobrze!

      Usuń
    3. Schronienie, ja tez chyba zrozumialam prawidlowo:)
      No coz sa tacy, ktorych brzydzi zwykle czlowieczenstwo, bo czlowieczenstwo nie zawsze ma oblicze modelki, czesto jest brudne, smierdzace i krwiawiace... ale to tez czlowieczenstwo.

      Usuń
    4. Mojeście Wy kochane:)))*.

      Usuń
  17. czasem najtrudniej zobaczyć człowieka w drugim człowieku

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. A przecież tak czyniąc utwierdzamy się w człowieczeństwie własnym.

      Usuń