Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.


Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.

środa, 25 stycznia 2017

Siła perswazji

Nasze dzieci niekiedy wykazują skłonność, by popełniać te akurat błędy, przed którymi najbardziej ustrzec byśmy je pragnęli. Czyli nie inne, tylko właśnie te, które my sami w przeszłości popełniliśmy. To, zdaje się, boli nas najbardziej. Tymczasem niedaleko pada jabłko od jabłoni...
Jakich słów użyć, by siła perswazji zadziałała najskuteczniej?
By nie narazić się na - słuszny czy niesłuszny - zarzut emocjonalnego szantażu.
Ów bowiem w takich sprawach zgoła nieskuteczny.

31 komentarzy:

  1. Dzieci nie posiadam, lecz obserwuję inne.
    Choćby nie wiem co, to młode chcą przeżyć/odczuć wszystko na własnej skórze.
    I nie ma zmiłuj, więc zapomnij o zbytniej, skutecznej perswazji.
    Tak jest od zawsze.
    Tak już mamy i trza się z tym pogodzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iza, masz racje. Zadna perswazja chyba(?) nie pomoze. Przerabialam to, wiec nie wiem, czy Twoja sila cos da, Errato:)

      Usuń
    2. Tego się właśnie obawiam. Potem człowiek się zadręcza, że to jego wina. I coś chyba musi być na rzeczy.

      Usuń
  2. Pradziadek nauczyl mnie, bo czesto mi spiewal, taka piosenke:
    Andziu mala, nie rusz kwiatka,
    roza kluje - rzekla matka.
    Andzia mamy nie sluchala,
    uklula sie i plakala.
    I tak z pokolenia na pokolenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano, tys prowda:) Tyle, że niektóre skutki są nieodwracalne.

      Usuń
  3. Roznie to bywa, ja akurat jestem absolutnym przeciwienstwem mojej Mamy. Trudno powiedziec dlaczego, ale najpierw czyli jak bylam dzieckiem to chyba z racji cech charakteru, ktore w wiekszosci odziedziczylam po Tacie. Potem z kolei swiadomie nie chcialam byc taka jak ona, po prostu niestety z Mama mimo, ze na pewno sie wzajemnie kochalysmy to jednoczesnie nie lubilysmy sie, wlasnie ze wzgledu na te roznice charakteru, ktore przeciez glownie odbijaja sie na pogladach.
    Tata byl jak najlepszy kumpel, rozumielismy sie bez slow, calkiem instynktownie, z Mama nawet po godzinach rozmow nigdy nie doszlysmy do zadnego kompromisu a Ona sie jedynie obrazala, co mnie doprowadzalo do wscieklosci i juz nie chcialam nawet rozmow, bo to byla tylko strata czasu po obu stronach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, zapomnialam pod poprzednia notka zlozyc gratulacje.
      Wszystkiego najlepszego Babciu i niech Stas rosnie zdrowo!!

      Usuń
    2. Stardust, też w młodości stawiałam opór, jak każdy w tym wieku. Z czasem zauważyłam (niestety) coraz więcej cech przejętych od matki w wyniku takiego a nie innego wychowania :(
      Kiedyś, mimochodem zaczyna powielać się wdrukowane wzorce.

      Usuń
    3. Iza ogromne znaczenie ma przekaz mama-córka. Moja mama, stale i wciąż powtarzała "dziecko i jak ty sobie teraz poradzisz" I tak mi pozostało, że nie wierzę w to, że sobie poradzę.

      Usuń
    4. Dziękuję, Star:)*
      Dzieci chcą być niezależne, co samo w sobie nie jest przecież złe. Byleby tylko owa niezależność nie miała w treści czegoś niszczącego i niegodziwego.
      Obawiam się, że nawet gdy między dzieckiem a rodzicem istnieje porozumienie, to i tak może się okazać, że dziecko pójdzie inną, niekiedy złą, drogą.

      Usuń
    5. Jasne, że pewne rzeczy po prostu się w procesie wychowania wdrukowują. Nawet nie wiemy jak i kiedy. Czy można się obwiniać? Albo, czy można się nie obwiniać?

      Usuń
  4. możesz tylko spoojnie wyluszczyć swoje racji, byleby nie tonem - ja zawsze mam rację, albo - zobaczysz i tak wyjdzie na moje
    bo wtedy wiesz, będzie jazda pt na złość matce odmrożę sobie uszy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy właśnie ustrzec się owego tonu jest najtrudniej:))

      Usuń
    2. i tak się toczy koło pokoleń...

      Usuń
    3. I po co nam to było:))

      Usuń
  5. oj trudny temat.
    Syn podczas ostatniego pobytu w Gdańsku, zapytał ile miałam lat jak zamieszkałam z tatą. Już po tym pytaniu wiedziałam co się święci, bo on doskonale wie, że byłam młoda.
    Uważam, że to za szybko. Syn ma 23 lata, Ania 20. Znają się cztery miesiące. Tak uważam, ale ugryzłam się w język, bo straciłabym syna i przyjaciela.
    - Wiesz, inaczej jest kiedy się spotyka, a inaczej jak się mieszka pod jednym dachem-powiedziałam. Zrobisz jak uważasz, jesteś dorosły. Errato nie masz pojęcia ile ten spokój mnie kosztował :-). Nie wiem co postanowili. Martwię się na odległość, ale co mogę innego zrobić?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wspólne zamieszkanie młodych jest niezwykle trudnym doświadczeniem dla rodziców. Czasem nawet jest to mocno krępujący temat. Zwłaszcza, jeśli dzieci mogą nam "zamknąć usta" mówiąc, że my też tak swego czasu postąpiliśmy. A tak chciałoby się wyprostować ich dziecięce ścieżki. Najlepiej szczerze z nimi porozmawiać, nie ściemniając i nie wybielając się w ich oczach. Czy poskutkuje? Kto wie... Oby.

      Usuń
    2. Ja tam uważam, że młodzi powinni zamieszkać razem przed ew. ślubem. Poznać się wzajemnie w codziennym życiu, swoje nawyki, potrzeby i przyzwyczajenia. Bo chodząc wyłącznie na randki można się wykreować na zupełnie innego człowieka...

      Usuń
    3. Nie jestem zwolenniczką zamieszkiwania ze sobą przed ślubem. Chyba, że bez ślubu, ale to już tylko w przypadku osób preferujących wolne związki.

      Usuń
  6. Czasem jedynym możliwym działaniem jest modlitwa. Zarówno w kwestii _czy_, a jeżeli tak to _co_ powiedzieć, jak i w kwestii postępowania innych. I to wcale nie jest tak mało ta modlitwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest mało. Tyle, że człowiek chciałby działać czynnie:) Zresztą, można przecież to czynić, tamtego nie zaniedbywać.

      Usuń
  7. Moj Kogut za chwile skończy 16 lat,pomimo,ze to dobre dziecko,to niekiedy zaskakują mnie jego poglądy,lekko szokujące.. Zawsze mi tłumaczy swoj punkt widzenia,a ja w duszy nie jestem pewna,czy przypadkiem gdzies nie popelnilam jakiegoś błędu wychowawczego,bo nie wszytko jest niestety po mojej myśli....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Młody człowiek jest jak delikatna roślinka. Trzeba go ochraniać, ale dyskretnie, aby się nie znarowił.

      Usuń
  8. Czasem po prostu mówię "mnie się to nie podoba" i krótko mówię, dlaczego. Nie znaczy to, że zmieni zdanie. To chyba najtrudniejsze by pozwolić dziecku popełnić błąd. Kilka razy musiałam stanowczo podejmować decyzję mówiąc "nie zgadzam się na to i nie pozwalam" ale działo się to w czasach licealnych a dotyczyło życiowych decyzji. Nie jesteśmy kumplami dzieci tylko rodzicami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, zgadzam się w zupełności. Co nie zmienia faktu, że trudno czasem się pogodzić z decyzją dorosłego dziecka "nie po naszej myśli". Ale to ich odpowiedzialność.

      Usuń
    2. To bardzo trudne - przyjąć właściwa rolę wobec dziecka, zwłaszcza, jeśli jest dorosłe i samodzielne. Z tą samodzielnością to zresztą nie taka prosta sprawa.

      Usuń
  9. Moje drogie ,a czy my tak bardzo kierowałyśmy się tym co mówiły nasze matki, może tylko z uwagi na inne czasy naszej młodości nie miałyśmy tyle śmiałości ,żeby powiedzieć swoje zdanie.Przecież i tak każda z nas uważała ,że jest mądrzejsza od matki.Dzieci patrzą na nasze życie i nawet nie zdając sobie sprawy w wielu aspektach je powtarzają,więc popatrzmy na siebie co dobrego przekazaliśmy i trzeba pogodzić się z tym,że nasze dziecko chce ułożyć swoje życie po swojemu.Moje serce też krwawiło nie raz.Krystyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, Krystyno, jakże trafne są Twoje spostrzeżenia. Teraz, kiedy nasze role diametralnie się odwróciły, inaczej oceniamy swoich rodziców. Niekiedy nawet bardzo im współczujemy:)

      Usuń
  10. My możemy uważać że to błąd, dla nich może to być pełnia szczęścia. Nie możemy uszczęśliwiać dzieci na siłę poprzez uszczęśliwianie siebie. Dawno już zrozumiałam że są one odrębną jednostką i lepiej pozwolić im dezydować samym za siebie. Jeśli poproszą o pomoc, pomogę, jeśli nie poproszą to zaproponuję. Jak się zgodzą to będę szczęśliwa, a jak nie to się nie obrażę. Martwić się będę zawsze jako matka, ale będę ich wspierać w ich decyzjach, jakie by nie były, bo jestem szczęśliwa gdy widze że oni są szczęśliwi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, ale takie "szczęście" niekiedy trwa przez króciutką chwilkę zaś konsekwencje tejże ponosić można przez całe życie. Bywa jeszcze i tak, że jeden błąd pociąga za sobą następny i następny...

      Usuń
    2. Ale należy się zastanowić czy one, te dzieci, mają takie samo pojęcie błędu? Ja uważam że powinniśmy latorośl pozostawić z jej błędami i wszystkimi ich konsekwencjami do ponoszenia, bo inaczej niczego się nie nauczy. Ale czuwać, wspierać i pomagać jak poprosi. Pomagać tak jak ona tego od nas oczekuje, nie tak jak my byśmy to zrobili dla siebie. Ot taka różnica.

      Usuń