Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.


Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.

czwartek, 9 stycznia 2014

Miłość jako akt woli

Mini-opowiadanie, które dziś prezentuję, zainaugurowało cykl Mniejsze formy, który stanowi osobną zakładkę mojej strony. Napisałam je parę lat temu i właśnie "odkurzyłam" - z nadzieją, że będzie ilustracją pewnych postaw ludzkich. Muszę tymczasem przyznać, że przygnębiła mnie świadomość, że postawy takie w dzisiejszym świecie są coraz powszechniejsze. Znam w swoim otoczeniu wiele takich "wartościowych kobiet".

Tak definiuje się miłość w kościele. Przyjrzyjmy się jednak tej retoryce z bliska. Pokochać można każdego, byleby tylko...rokował.
Myśl owa przyszła mi do głowy przy okazji niedawnej podróży pociągiem.
Jak to w podróży, najchętniej zwierzamy się nieznajomym. Pewien dziarski mężczyzna, w wieku lat czterdziestu ośmiu, jechał do narzeczonej. Od słowa, do słowa, powiedział mi swoją historię.
- Poznałem w zeszłym roku wspaniałą kobietę, niebrzydką, przystojną, wykształconą, mądrą, w najlepszym stylu i guście. Innymi słowy, w każdym calu z klasą. W dodatku wierząca i ogólnie biorąc wartościowy człowiek.
- Lecz cóż - jak to mówią - dopadła nas proza życia. Dzieliła nas spora odległość, a ja przejściowo byłem bez pracy. Teoretycznie biorąc, mógłbym poszukać zajęcia w jej mieście. W końcu ten fach w rękach się, proszę pani, ma! Lecz na przeszkodzie stanęła znów...proza życia.
Kobieta owa mieszkała z dziećmi, dwiema córkami. Do późnej nocy dorosłe panny snuły się po mieszkaniu. A to do kuchni po herbatę, a znów spytać, co na siebie mają włożyć. I godzinami przesiadywały w łazience.
Ponadto wciąż przychodzili jacyś ludzie, krewni i przyjaciele, całe wieczory zaś przegadywała z siostrą. Telefonicznie, znaczy. Zero intymności. Jednym słowem, kołchoz!
Więc mówię sobie - pora zwijać żagle, chłopie - nic tu po tobie. Spakowałem manatki i ruszyłem za granicę.
- Dlaczego? - udałam zdziwienie.
I w tym momencie poczułam, że "na złodzieju czapka gore". Bo zobaczyłam analogię swojej sytuacji.
Z małą modyfikacją, bo nie mam dwóch córek. Czy ja też mam uważać się za towar drugiej kategorii?
Bo z jego punktu punku widzenia tak właśnie wygląda...
- Co dalej - pytam. Po przerwie podjął, co następuje.
- Na jednym z portali poznałem kobietę, która teraz będzie moją żoną. Miłą osobę, będącą na rencie, mocno przez los doświadczoną. Renta nieduża - lecz ja, proszę pani - swoją ambicję mam, i na kobiecie żerować nie myślę.
- Tymi rękami - i ja mu wierzę - zawsze na chleb zapracuję. Ciężarem nikomu być nie zamierzam.
Lecz najważniejsze, że jest samotna; w skromnym mieszkanku po cioci będzie nam jak w gniazdku.
Bo dzieci to już w swoim wieku żadnych nie chcę mieć.
- Lecz jaka ona jest? - pytam nieśmiało.
- Uczciwa, dobra, po prostu... normalna. Żadnych rewelacji. Ja prostak jestem, dwie klasy zawodówki mam, to po co mi wykształcona baba. Tu śmiech, jak można się spodziewać.
- Ach, tak - mówię - lecz gdzie w tym wszystkim miłość, gdzie zachwyt i fascynacja?
- Wie pani, ja jestem wolny chrześcijanin (to taki odłam) i fascynacją to tylko za młodu się kierowałem. I ładnie się wykierowałem! Teraz nie patrzę ani na urodę, ani na wykształcenie.
- Tylko na stan posiadania! - już, już, wtrącić miałam.
- Jak będzie nam razem dobrze, to i miłość z czasem przyjdzie. Bo najważniejsza jest miłość do Boga. Wszystko inne, to fanaberie, tylko zgorszenie z tego idzie.
Dziwnie posmutniałam, słysząc te "krzepiące" słowa.
- Dobrą pan reklamę "swojemu" Bogu robisz! Za nic byś nie przekonał mnie do swojej wiary.
Bo wniosek jest jeden - dosyć pragmatyczny. Nieważne, Kasia, czy Marysia - nieważne nawet, powabna, czy pospolita. Jakie szkoły skończyła i jaką wykonuje pracę. Ważne, by w ogóle zatrudnienie miała. W ostateczności choćby jakąkolwiek rentę. Ogólnie biorąc, nieobciążony rodzinnie dochód. No i (ma się rozumieć!) była mieszkaniowo niezależna.
Bo rokowania na przyszłość, a co najmniej na teraźniejszość to grunt i podstawa. Bez tego nie ma szansy na miłość i wspólne życie.
Tu znów nie wytrzymałam.  Musiałam o "tamtą kobietę" spytać.
- No cóż, to bardzo wartościowa kobieta, każdy powinien uważać się za szczęśliwca, jeśli go wybierze.
- Lecz gdzie ci "szczęśliwcy" - pomyślałam sobie. Większość z nich również nie ma pracy i mieszkania, a wypatruje tylko "dobrych partii".
- A gdyby owa kobieta wygrała większą sumkę na loterii - tu odważyłam się spytać nieśmiało - czy wtedy stałaby się w pańskich oczach rokującą partią?
- Ona nie grywa...
- A gdyby jednak?
- To zmienia postać rzeczy! I niech mi tu pani (teraz dosyć się zaperzył) nie imputuje, że materialistą jestem. Nic podobnego, po prostu życiowo patrzę. I nic nikomu do tego. Ja już wysiadam, bardzo miło było.
Lecz mnie jakoś, niestety, przestało być miło. No tak - pomyślałam sobie - może tu właśnie pies jest pogrzebany. I w tym leży przyczyna mojej samotności. Bo na tym świecie tylu jest "szczęśliwców" bez pracy i mieszkania (które zostawili dzieciom), że ktoś w moim położeniu jawi się towarem wybrakowanym.
W tym wieku przecież każdy jest "rozsądny", wyglądem i uczuciem już się nie kieruje. To tylko nadprogramowe, choć miłe dodatki.
No tak, to się nazywa rokowaniem właśnie,
Pokochać można każdą, byleby ...rokowała tylko.

27 komentarzy:

  1. A bylo sie uczyc i ksztalcic! Sam zostalby rokujacym osobnikiem... :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kto wie, czy gdyby w swoim mniemaniu rokował, nie nabrałby jeszcze większej maniery...Tacy mają to w genach.
      Trzeba by teraz wymyślić jakąś bardziej budującą opowiastkę:-).

      Usuń
  2. Bóg stworzył mężczyznę i... zapłakał.
    Od takich osobników to się z daleka trzymać trzeba.
    Oraz nic nie jest ważniejsze od miłości, bo bez niej... nie ma nic.
    :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdzież natomiast podziewają się ci lepsi... Wiesz, teraz nagle pomyślałam, żeby napisać coś o zupełnie przeciwnym wydźwięku. Bo przecież bez miłości świat zupełnie traci urok.

      Usuń
  3. A, to ci menda. Ciekawe, czy rzeczywiście po ślubie, na chleb "tymi ręcami" zapracowywał.
    Podróże kształcą, bez dwóch zdań.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, brak danych "w temacie":-). Może pokuszę się o napisanie kilku wersji zakończeń:-). Choć szczerze mówiąc nawet wirtualny kontakt z w/w osobnikiem dość mnie przygnębił. Mimo, że ta konkretna postać jest fikcyjna, to jak najbardziej wzorowana na autentycznych zachowaniach ludzkich.

      Usuń
  4. Nooo...posmutniałam.
    Mało, że menda, to jeszcze dziad pospolity!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takich dziadów snują się po naszej rzeczywistości całe zastępy...

      Usuń
  5. Smutne, bo prawdziwe :( Ale tak, jak napisałaś "we wstępie" coraz więcej takich kobiet (jak ten facet)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektóre kobiety również postępują według podobnego modelu. Tym razem jednak miałam na myśli takie, które padają ofiarą pewnego sposobu postrzegania, zgodnie z którym stanowią nierokujące partie.

      Usuń
    2. Tak, tak, z tekstu jasno to wynika, tylko ja się zastanawiam czy więcej jest materialistek czy materialistów.

      Usuń
    3. Zdaje mi się, że kiedyś celowały w tym kobiety, teraz zaś przeganiają je mężczyźni. I kto wie, czy nie jest to jakiś niekorzystny znak naszych nowych czasów. Jeśli tak, to niemal jedyny. W końcu jakąś cenę za "lepsze" przychodzi zapłacić:-)). Jak na niepoprawną optymistkę przystało, myślę jednak, że i nad tym da się zapanować.

      Usuń
    4. Ja odnoszę wrażenie odwrotne ;) Ale może to kwestia pokolenia? Albo wagi "rokowań".
      Obyś miała rację - i ta tendencja do "wyliczania wartości człowieka" długo się nie utrzymała.

      Usuń
    5. To prawda, że wzięłam pod lupę ludzi w wieku średnim. W innych pokoleniach waga oczekiwań na pewno jest inna. I to właśnie szczególnie mi się nie podoba. Stoję na stanowisku, że to nie ma prawa się zmieniać. Miłość, to miłość.

      Usuń
  6. Ostatnio zauważam, że stan posiadania staje się ważniejszy niż stan ducha, intelektu, nie mówiąc już o uczuciach, sercu i takie tam. Piszesz tu o tym, kogo szukał ten mężczyzna (kobiety tez tak szukają), ale ile "kochających" się małżeństw nie jest w stanie przetrwać kryzysu, kiedy jedno z "kochających" się małżonków traci możliwość zarobkowania.....Ja starodawna jestem, ale wierzę ciągle w to, że jak jest miłość to wszystko można przezwyciężyć, przejść i takie tam. Całe szczęście, że tworząc rodzinę spotkała się miłość z miłością a nie miłość z dobrym rokowaniem:) Fakt to jednak smutny dosyć, że dobre rokowanie lub posiadanie dominuje w otoczeniu bliższym i dalszym....

    OdpowiedzUsuń
  7. Niestety, tak się dzieje coraz częściej. Zwłaszcza po przekroczeniu pewnego wieku zaczyna się myśleć utylitarnie. widocznie wskutek dominacji rozsądku nad uczuciem ludzie postrzegają związek niemal wyłącznie w kategoriach instytucji. To właśnie chciałam uwypuklić. Dla jasności, ja osobiście jestem rzeczniczką ślepego zakochania i szaleńczej namiętności. Gdy ludzie zostają trafieni strzałą Amora, nie ma miejsca na jakiekolwiek kalkulacje. Tylko to jest uczciwe.

    OdpowiedzUsuń
  8. najgorsze zafajdanie można zawsze wytłumaczyć "życiowym podejściem" :) Piszę to jako kobieta "nie rokująca" :)
    a w ogóle to "rokowanie" ostatnio kojarzy mi się nie najlepiej .. :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozwolę sobie nie zgodzić z tym określeniem. Ciebie nikt by tak nie sklasyfikował.*

      Usuń
  9. Świetnie napisane opowiadanie Errato! Chodzi mi o lotnośc pióra, dobór słownictwa, poczucie humoru i głębię przekazu. Wcale niełatwo cos takiego osiągnąć, a więc brawo!
    A co do pragmatycznego podejscia do małżeństwa owego pana z pociągu, to mam wrażenie, że na wsi wiekszosc ludzi jest własnie taka. Te wszystkie omantyczne androny nie w głowie im. Albo może tylko nie mówia o nich, bo wstyd? Tak czy siak, małżeństwo to instytucja, na któej mozna sie oprzeć wszelako. Instytucja oparta na tradycji, stereotypach, kościele. Trwająca jako całosc, mimo codziennych utarczek, wzajemnych pretensji, zmęczenia sobą i rozwianych złudzeń. To wszystko wymaga ogromnego hartu ducha. Czasem jest jednak efektem posiadania wąskich horyzontów myslowych. Jesli jednak owym instytucjonalnym małzonkom jest z takim stanem rzeczy bezpiecznie, to moze i nie jest to w sumie takie złe...?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakoś tak wyszło, że począwszy od krótkich, satyrycznych form, ten rodzaj wyrazu jest mi najbliższy. Wczoraj trafiłam na pewien dawno zapomniany tekst nieco innego typu. Kto wie, może po stosownej obróbce przedstawię jakieś fragmenty:-). Będzie to większej objętości tekst. Lecz kiedy sfinalizuję całość? Raczej to taka robota "na lata"; bardziej, by pisać, niż napisać.
      Dziękuję za miłe słowa:-).

      Usuń
  10. Jak Olga uważam, że to świetny tekst. Czytałam z chęcią i zainteresowaniem. Intryguje, prowokuje do myślenia.... :)

    A ten facet.... - biedny człowiek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Biedny człowiek; tyle, że on nic o tym nie wie. Tak mu dobrze. Najbardziej współczuję takim właśnie osobom. Bo jeśli ktoś przynajmniej wie, czego mu nie dostaje, może nad tym popracować.
      Dzięki serdeczne:-)).

      Usuń
    2. Mnie prócz niego żal też jego samotnej wybranki... bo ona pewnie jak większość kobiet wiele czasu będzie potrzebowała, by go 'odkryć'. I może się okazać, że będzie to wielkie rozczarowanie.
      Szczęśliwa zaś ta pierwsza, co żyje prozą życia.

      Aha.... czy mogę dla własnych potrzeb zaadaptować określenie: 'wolny chrześcijanin (taki odłam)'? Ono jest genialne.

      Usuń
    3. Ok, nie ma sprawy. Odłam, gdy nie wypada powiedzieć, że sekta:-).

      Usuń
  11. Gdy jest milosc to stan posiadania nie ma znaczenia, tzn gdy ludzie maja wspolne priorytety, a pierwszym i najwazniejszym jest milosc wtedy przejda kazdy kryzys, wiem cos o tym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tylko większość ludzi z wiekiem zatraca tę świeżość.

      Usuń